Autor: Angelika

Wciąż szukam swojego miejsca na ziemi. Mieszkałam prawie rok we Włoszech, potem 4 lata w UK w przepięknym Cambridge. Kolejne dwa lata spędziłam w Australii gdzie spełniałam swoje podróżnicze marzenia. Teraz wywiało mnie na mroźną północ Norwegii, gdzie znów odkrywam uroki życia w rytmie slow. Przeżywam ogromną fascynację minimalizmem, ideą slow life, a więc i slow travel. Kocham zieloną herbatę i dobrą książkę. Chętnie opowiem Wam jak zmieniam swoje życie i otaczającą mnie rzeczywistość.

JAK NIE ZWARIOWAĆ SIEDZĄC W DOMU

W tym dosyć dziwnym i trudnym dla nas czasie staram się mieć rutynę, aby nie zwariować. Mam kilka codziennych umilaczy, które pozwalają mi się wyciszyć i odnaleźć spokój podczas siedzenia w domu. 

 

PORANNA MEDYTACJA

Medytuję z przerwami już od kilku lat. Od razu zaczęłam przygodę z aplikacją Headspace, w której na początku zrobiłam sobie kursy dla początkujących, aby wejść w rytm, nauczyć się oddychać i zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.

Medytuję kilka razy w tygodniu, to taki mój początek dnia, gdy skupiam się na sobie, wyznaczam sobie intencję. Headspace ma kilkadziesiąt tematycznych kursów, podczas których ćwiczy się oddychanie czy wizualizację. Teraz na przykład robię kurs dotyczący komunikacji, który składa się z 10 części. Na początku prowadzący mówi kilka słów o komunikacji, o intencji jaką powinniśmy sobie wyznaczyć w tym temacie, następnie przechodzimy do ćwiczeń oddechowych, a na koniec zawsze jest „złota myśl”, którą zwykle „trawię” cały dzień.

Wiem, że bardzo popularna jest również aplikacja Calm i mam zamiar ją w najbliższych dniach wypróbować.

AKTYWNOŚĆ FIZYCZNA

Aktywność fizyczna pomaga mi zredukować stres, dotlenić się i jest wbrew pozorom niesamowitym zastrzykiem energii. Biegam z rana, gdy nie ma na ulicach jeszcze ludzi, ćwiczę z Chodakowską, gdy jest brzydka pogoda, uprawiam jogę, gdy czuję, że potrzebuję wyciszenia i rozciągania. Bardzo brakuje mi chodzenia na długie spacery i łażenia po górach, ale wierzę, że niedługo wszystko wróci do normy.

Całkiem niedawno pisałam o moich ulubionych kanałach na YouTube z jogą:

CHWILA DLA SIEBIE – 7 DNI Z PORANNĄ JOGĄ

GOTOWANIE

Co jak co, ale gotowanie sprawia mi ogromną przyjemność i przy okazji relaksuje. Uwielbiam wyszukiwać nowe przepisy, próbować nowych smaków, ale jeszcze chętniej wracam do tych sprawdzonych przepisów, które znam i lubię. W smakach mam mnóstwo ukrytych wspomnień i dlatego tak chętnie robię w domu makarony i myślę o czasach Erasmusa we Włoszech; zielone curry, które jadłam jak szalona w Australii; pastę jajeczną, która przenosi mnie do czasów dzieciństwa.

Podrzucę Wam kilka sprawdzonych przepisów na dania, które robi się błyskawicznie:

ZROBIENIE CZEGOŚ DLA SIEBIE

To dla mnie ważny element codzienności. Próbuję sama siebie rozpieszczać poprzez domowe SPA czy staranny manicure. Robię domowy peeling z fusów kawy (tutaj znajdziecie więcej przepisów na domowe peelingi), maseczkę z glinki, codziennie nakładam różne serum czy kwasy z mojej ostatnio ulubionej marki The Ordinary. Nakładam olej na włosy na noc, a także daję cerze odpocząć od ciężkich makijaży.

Parzę ulubioną zieloną herbatę czy zioła, które uwielbiam. Rano przygotowuję zielone smoothie, które nie dość, że smakuje genialnie, to jeszcze jest bombą witaminową.

CZYTANIE

Od książek jestem uzależniona. To już oficjalne wyznanie. Zwykle w ciągu roku czytam około 40 pozycji, jednak w związku z tym co się obecnie dzieje i dużą ilością wolnego czasu, do tej pory przeczytałam już 15 książek.

Najczęściej czytam na Kindlu, ale w związku z tym, że teraz więcej czasu spędzam w domu sięgam również po papierowe wydania. W zeszłym roku dołączyliśmy również do Empik Premium i czytam także na telefonie w aplikacji Empik Go, gdzie oprócz dużego wyboru ebooków mam również dostęp do audiobooków, które zdarza mi się słuchać podczas biegania.

Ostatnio przeczytałam „Genialną przyjaciółkę” Eleny Ferrante, powieść, która od pierwszych stron tak mocno wciąga, że trudno przestać o niej myśleć nawet po odłożeniu książki. Jest to historia dwóch przyjaciółek, które wychowują się na jednym podwórku w Neapolu. Jest o dojrzewaniu, o miłości, o zazdrości, o wątpliwościach, które każdy z nas w młodym wieku przeżywał. Na podstawie tej książki powstał serial HBO o tym samym tytule.

DOBRY FILM ALBO SERIAL

Lubię obejrzeć coś dobrego na Netflixie, jednak uważam, że trzeba zachować umiar, bo jak wpadniemy w wir oglądania, to łatwo zapomnieć o całym świecie. Ja, gdy przesadzę z oglądaniem, długo odczuwam tego skutki – bolą mnie oczy i głowa, a sen jest raczej niespokojny. Więc wszystko z głową.

Oglądacie coś fajnego? Co Wam najbardziej zapadło w pamięć?

My wyczekujemy nowego sezonu Domu z papieru, a teraz oglądamy Ozark. O moich ulubionych serialach na Netflixie pisałam tutaj: Najlepsze seriale na Netflixie, na które warto zmarnować czas.

Dobry film? Ostatnio oglądaliśmy Pomiędzy słowami, Irlandczyka oraz bardzo przyjemny polski film pt. Plan B. Jeśli szukacie filmów z podróżami w tle to zajrzyjcie tutaj.

WYZNACZ SOBIE CEL

Wyznacz sobie cel albo znajdź hobby. Ja postanowiłam codziennie spędzać chwilę ucząc się norweskiego oraz kaligrafii. Robię notatki, czytam, uczę się nowych słówek w aplikacji na telefonie. Jeśli chodzi o kaligrafię to codziennie siadam z kartką papieru, tuszem, piórem i ćwiczę literki, a potem całe zdania. Fantastycznie jest obserwować progress, który każdego dnia czynisz. 

Zapisałam się również na kurs on-line organizowany przez Yale University – The Science of Well-Being. Bardzo ciekawy kurs, podczas którego dowiaduję się jak działa ludzki mózg, nasze przyzwyczajenia i schematy, a także jaki wpływ mają na nasze poczucie szczęścia. Niezwykle wartościowe treści i to za darmo. Zapisać możecie się tutaj

WSPOMINAJ

To doskonały czas na to, aby uporządkować dyski ze zdjęciami, stworzyć albumy czy fotoksiążki. Ostatnio na Instagramie wracałam do wspomnień z naszego roadtripa po południowej wyspie w Nowej Zelandii. W codziennej gonitwie tak łatwo się zatracić i zapomnieć w jakich pięknych miejscach byliśmy i czego nas te podróże nauczyły. Ja z uśmiechem przeglądam nasze zdjęcia z podróży i właśnie teraz, gdy mam czas na ich uporządkowanie mam zamiar stworzyć kilka fotoksiążek. 

ROZMAWIAJ

Od kiedy zaczęłam swoją kwarantannę coraz częściej kieruję myśli do osób, z którymi dawno nie miałam kontaktu. Zastanawiam się jak się czują, czy czegoś potrzebują i co u nich słychać. Piszę wiadomości, które odkładałam w czasie, rozmawiam, wracam wspomnieniami do wspólnie spędzonych chwil. Dbajmy o relacje, to przecież dzięki ludziom nasze życie jest takie fajne, a właśnie w trudnych chwilach mogą nas potrzebować jeszcze bardziej.


W tym wszystkim należy jednak zachować umiar i zdrowy rozsądek. Na Instagramie widzę, że ludzie prześcigają się w pomysłach na to co robić, jak robić żeby zrobić więcej i wykorzystać ten czas najbardziej produktywnie jak się da. Łatwo wtedy wpaść w swoje własne sidła, czuć, że nie robimy wystarczająco dużo, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Każdy z nas jest inny i dysponuje innymi zasobami. Dla mnie najważniejsze jest to, aby w czasie, gdy rządzi niepewność i brak wiedzy co przyniesie jutro, znaleźć spokój. Oto moje małe przyjemności, które próbuję sobie serwować, by nie zwariować. 

 

Jak sobie radzicie podczas siedzenia w domu? Udaje Wam się odnaleźć nieco spokoju w tym trudnym dla wszystkich czasie?

TRUDNY POWRÓT DO DOMU – KWARANTANNA W NORWEGII

Ostatnie półtora tygodnia były dla mnie pełne wzlotów i upadków. Zamiast babskiego wypadu i oderwania się od rzeczywistości, musiałam codziennie zmagać się z podejmowaniem trudnych decyzji.

W środę wieczorem wylądowałam w Gdańsku, gdzie spotkałam się z moją przyjaciółką. Była pyszna kolacja w Mięsny/Niemięsny, piwko, gin z tonickiem i pogaduchy. Kiedy mieszka się tak daleko od siebie, każda chwila spędzona razem jest bardzo ważna. Pierwszą połowę czwartku spędziłyśmy razem, a kiedy odstawiłam Olę na dworzec poszłam na spacer po mieście i kolację w Słonym Spichlerzu. Niczego nawet nie przeczuwając, wróciłam do wynajmowanego apartamentu i odpaliłam „Kuchenne rewolucje” i wtedy otrzymałam maila od Wizzair. Mój lot powrotny do Bodo w następną środę został odwołany ze względu na koronawirusa. Norwegia wprowadziła restrykcje, które miały wejść w życie od poniedziałku.

Jutro, czyli w piątek miałam lecieć do Sztokholmu. Tam spotkać się z Martą, spędzić czas razem na babskich pogaduchach, robieniu zdjęć, zakupach w lumpeksach i spacerach po lesie.

Lecieć do Szwecji? Nie lecieć? Nie poleciałam. Bałam się, że utknę w Szwecji bez możliwości powrotu, czy to do Polski, czy do Bodo. Przebookowałam bilety do Bodo na pierwszy możliwy, bezpośredni lot na niedzielę. Kiedy i ten lot odwołano, postanowiłam zostać w Polsce. Wtedy Arek jeszcze normalnie chodził do pracy. Sytuacja zmieniała się dynamicznie i kiedy i jego miejsce pracy zamknięto, a dano nam „tymczasowe wypowiedzenie z pracy” chcieliśmy, żeby Arek przyjechał do Polski. Można było przedostać się do Szwecji drogą lądową i potem promem do Gdyni. Wciąż napływały do nas sprzeczne informacje dotyczące formalności związanych z zasiłkiem w Norwegii, ubezpieczeniem, pracą, zamykaniem granic, kwarantanną… Koniec końców zrobiliśmy podsumowanie zysków i strat, a wiedzieliśmy, że chcemy być w tym trudnym czasie razem, a podjąć jakąś decyzję musimy szybko, bo zaraz pewnie żadne z nas nie mogłoby się przedostać gdziekolwiek.

Opcji nie miałam za wiele. Zarezerwowałam więc lot do Oslo przez LOT, który z ramach lotu do domu leciał po pasażerów do Norwegii (mam bardzo mieszane uczucia dotyczące tych lotów, bo gdyby nie tak szybka decyzja premiera o zamknięciu granic, wielu z nas mogłoby dotrzeć do swoich domów lecąc innymi liniami – tańszymi). Na pokładzie było 8 pasażerów… Podejrzewam, że samolot do Polski był pełen, ale do Oslo leciało jedynie 8 podróżujących. Po przylocie wciąż zżerał mnie stres, bo mimo że moi znajomi zostali wpuszczeni do Norwegii bez problemu po okazaniu dokumentów świadczących o tym, że w Bodo pracują i żyją, to w wielu źródłach informowano, że do Norwegii wjechać mogą jedynie obywatele bądź mieszkańcy z pozwoleniem na pobyt. Ja takiego pozwolenia nie posiadam.

Przy okienku pan zapytał o paszport oraz cel podróży. Podałam również mój numer ubezpieczenia społecznego oraz miejsce pracy. Pan wykonał jeden telefon, po czym z uśmiechem powiedział, żebym odebrała swój bagaż i bezpiecznie leciała do Bodo. Kamień z serca! Najbardziej ryzykowny etap podróży za mną… Nikt nie sprawdzał temperatury, nie dostałam ani nie wypełniałam żadnych formularzy dotyczących kwarantanny, którą muszę przejść.

Na lotnisku miałam 7h. Wiele lotów krajowych odwołano, stąd taki długi czas oczekiwania. Na lotnisku było zdecydowanie więcej pasażerów niż na Okęciu, gdzie wszystko było pozamykane (co oczywiście rozumiem). Jednak nigdzie nie można było napełnić butelki z wodą, a krany w łazienkach były tak zamontowane, że nie było szans żeby butelkę napełnić. Może brzmi to trywialnie, dla mnie jednak picie wody jest dosyć ważne.

Na lotnisku w Oslo otwarty był kiosk, piekarnia, kawiarnia, apteka i Peppes Pizza i Burger King. Po lotnisku kręciło się sporo wojska. Kiedy w końcu oddałam bagaż i przeszłam odprawę i weszłam do samolotu powoli docierało do mnie, że jednak się udało i za dwie godziny będę w domu. W samolocie niestety, zamiast od razu przetasować miejsca i rozmieścić ludzi w jakiś odstępach, to najpierw pozwolono każdemu zająć swoje miejsce, a dopiero po 10 minutach sprawdzano czy wszyscy z rzędzie podróżują ze sobą i ewentualnie proponowano inne miejsce. I tak przez 10 minut siedziałam ściśnięta koło starszej pary.

Po przylocie do Bodo nie odbyła się żadna kontrola, ani paszportowa, ani żadna inna. Nikt nie kontrolował absolutnie niczego. I gdyby nie to, że traktuję poważenie zalecenia dotyczące kwarantanny (która w Norwegii jest zdecydowanie mniej restrykcyjna niż w Polsce – na stronie Ministerstwa Zdrowia zaleca się niewychodzenie z domu, unikanie tłumów, niechodzenie do restauracji czy kawiarnii, ale nie ma zakazu wychodzenia; wprost piszą o korzystaniu ze świeżego powietrza; osoby mieszkające ze mną nie są automatycznie poddane kwarantannie), mogłabym robić co mi się żywnie podoba…

Teraz jestem w domu, próbuję dostosować się do obecnej sytuacji, czytam, oglądam Netflixa, gotuję, biegam (rano, gdy na ulicach nie ma nikogo), uprawiam jogę. Wróciłam do medytacji, zaczęłam uczyć się kaligrafii. W planach mam również pracę nad moim norweskim i @dreamerscompany.pl. Chcę sobie również dać przestrzeń na odpoczynek i nic nie robienie, a to będzie dla mnie najtrudniejsze.

Czy podjęłam dobrą decyzję wracając do Norwegii? Czy powinnam była zostać w Polsce? Tego zapewne dowiemy się niedługo, gdy pojawią się kolejne decyzje poszczególnych rządów.

SKYRAIL ORAZ KURANDA CZYLI CO ZOBACZYĆ W OKOLICY CAIRNS?

Skyrail to nic innego jak kolejka, której trasa zaczyna się w Smithfield, miejscowości położonej 15 minut od centrum Cairns, a kończy w Kurandzie, malowniczej mieścince w środku lasu deszczowego. Czy warto wybrać się na Skyrail? Ile kosztuje taka przyjemność?


Cena Skyrail może początkowo odstraszać (pełen cennik znajdziecie tutaj), jednak widoki są naprawdę piękne. Wycieczkę zaczynamy w Smithfield gdzie po zakupieniu biletów można od razu wskoczyć do wagonika. Kolejka wspina się w górę ukazując z jednej strony gęsty, intensywnie zielony las deszczowy, a z drugiej turkusowy ocean zlewający się z błękitem nieba.

Trasa wiedzie przez 7,5 km a zanim dotrzemy do Kurandy możemy wysiąść i pospacerować przy stacji The Red Peak i Barron Falls. Obie trasy są krótkie, ale to przy tej drugiej zdecydowanie warto przystanąć na dłużej. Ogromne wodospady robią wrażenie szczególnie z tego punktu widokowego. Kilka kroków dalej możemy podziwiać panoramę Tablelands.

Niestety Kuranda sama w sobie jakoś nie przyprawiła mnie o mocniejsze bicie serca. Może dlatego, że tak dużo tam turystów i sklepików z pamiątkami? Nieco bardziej podoba nam się w okolicach targu, gdzie z polecenia lądujemy w Petit Cafe, gdzie można zjeść pyszne, francuskie crepes.

W samej Kurandzie jest kilka bardzo fajnych tras spacerowych w lesie i nad rzeką. Po rzece kursuje statek więc można wybrać się również na małą wycieczkę.

Z powrotem wybraliśmy pociąg i równo o 15:30 ruszyliśmy w stronę Cairns. Widoki są spektakularne! W kolejce oglądaliśmy las z góry, teraz pociąg sunie zaraz przy krawędzi odkrywając przed nami co rusz piękne skalne urwiska, wodospady i porośnięte góry.

Pociąg zatrzymuje się tylko w jednym miejscu, przy Barron Falls, gdzie można podziwiać wodospady z nieco innej perspektywy. Dotrzeć tu można również autem – parking znajduje się jakiś kilometr od stacji i z tym punktem widokowym łączy go braodwalk.

Warto jednak mieć na uwadze, że pociąg jedzie ponad 1,5h i dociera do stacji Freshwater lub Cairns skąd trzeba busem dotrzeć z powrotem do Smithfield, aby odebrać auto. Więc jest to zdecydowanie całodniowa wycieczka.


Skyrail i Kuranda train to atrakcje, które warto zaliczyć będąc w okolicach Cairns. Jak Wam się podobają takie klimaty? Las deszczowy w połączeniu z  ogromnym wodospadem robią wrażenie, prawda?