BĘDZIE DOBRZE

W przeciągu ostatnich kilku lat zdałam sobie sprawę, że to jak patrzymy na świat i interpretujemy pewne zdarzenia definiuje nas samych. Mój głęboki pesymizm, który tak mocno pielęgnowałam od lat, zaczął mnie uwierać. Sprawił, że nie potrafiłam cieszyć się z najmniejszej rzeczy. Był bezpieczną przystanią, bo przecież przygotowywał mnie na najgorsze. Był odruchem obronnym przed porażką. Po latach jednak widzę, jak bardzo ograniczał moje pole widzenia, jak mocno blokował mnie od środka, nie pozwalając nawet na odrobinę spontaniczności.

Bo co gdy… Nie, bo… A co jeśli…? Wciąż i wciąż w głowie rozbrzmiewały głosy aby wybierać tę bezpieczną opcję, nie ryzykować, iść najłatwiejszą drogą, tylko po to, aby zwiększyć szansę powodzenia. Z łatwością przystawałam na pomysły innych, którzy zawsze jawili mi się jako ci bardziej obeznani, doświadczeni. Swoje marzenia upchnęłam gdzieś daleko z tyłu głowy, nawet nie próbując ich artykułować. Łatwo godziłam się na to, aby rezygnować ze swoich planów, poddawałam się rutynie. Zamiast działać, często czekałam na ruch innych, nie do końca zdając sobie sprawę, że przecież moje życie jest w moich rękach.

Trudno mi powiedzieć kiedy zaczęło się to zmieniać. Wciąż się uczę. Wciąż popełniam błędy. Jednak teraz je dostrzegam. Widzę, że to jak patrzę na świat, jak patrzę na swoje sukcesy i swoje porażki, determinuje to jak się czuję na co dzień.

Zaczęłam od nieśmiałych prób życia w rytmie slow. Dla niektórych to hasło wytrych, nic nie znaczące modne słowo wylansowane przez blogi. Cóż, ja z tego zrobiłam swoją filozofię, zbudowałam na nim poczucie bezpieczeństwa, szczęścia i radości. Pozwoliłam sobie na małe przyjemności, na chwilę odpoczynku, relaksu, które pewnie kiedyś traktowałabym jako stratę czasu. Bo przecież trzeba posprzątać, ugotować, zrobić zakupy. Wpadłam w koło produktywności, uważając, że siedząc w domu, w ogródku, w parku, marnuję swój cenny czas. Trochę trwało zanim zaakceptowałam fakt, że w domu nie zawsze musi być idealnie posprzątane, a ja zasługuję na chwilę dla siebie.

Zaczęłam lubić spędzać ze sobą czas. Podczas codziennych dojazdów do pracy na rowerze słuchałam ulubionej muzyki albo podcastów. Wsłuchiwałam się w siebie, w to jak się czuję. Zaczęłam też dostrzegać swoje potrzeby. Zaczęłam być po prostu bardziej świadoma tego co robię i dlaczego to robię.

Zatrzymywałam się na chwilę. Z kubkiem herbaty w ręce przy śniadaniu czułam radość. Zaakceptowałam kapryśną angielską pogodę i po prostu przestałam ciągle na nią narzekać. Co z tego, że zmokłam? Co z tego, że znów jest zimno? Ubierz się odpowiednio i rób swoje. Dużo częściej zaczęłam być radosna, beztroska, uśmiechnięta.

Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazały mi jednak, że to jak się czujemy i to jak podchodzimy do wydarzeń, na które często nie mamy wpływu, jest nieustanną pracą. Procesem, który zapewne trwa całe życie. Wyprowadzka, życie na walizkach, a teraz szukanie mieszkania, pracy, rozpoczynanie wszystkiego od nowa są wydarzeniami niezwykle stresującymi. Często jednak zamykam oczy, wyobrażam sobie to do czego zmierzamy. Nie dałam się ponieść negatywnym emocjom kiedy drugi człowiek najzwyczajniej w świecie nas oszukał. Chwila słabości, zmęczenia, bezsilności trwała zaledwie chwilę. Zaakceptowałam nowe okoliczności i ruszyłam dalej. Zaczęliśmy opracowywać plan awaryjny, który był równie dobry co i plan pierwotny.

Przestałam wszystko planować. Przestałam gdybać. Zaczęłam działać i rozumieć, że to ja kształtuję swoją rzeczywistość. Kiedyś każdy najmniejszy moment dnia musiał być zaplanowany. A kiedy nie szło po mojej myśli pojawiała się frustracja i złość. Teraz dużo łatwiej akceptuję niepowodzenia, zmiany. Daję się ponieść chwili, zwolniłam, nie mam tryliarda rzeczy do zrobienia. Wyluzowałam po to, by dać sobie oddech, chwilę na zastanowienie i na uwagę. Uważność to piękna rzecz. W biegu i nadmiarze obowiązków naprawdę łatwo stracić z oczu to co ważne.

Szum palm w ogrodzie, dojrzewające papaje na drzewie, palące słońce i chłodne poranki. Niesamowita słodycz cytryn, śmiech przy wspólnych posiłkach, gotowanie dla bliskich. Kolorowe kwiaty, bryza na skórze podczas spacerów nad rzeką. Różowe niebo podczas zachodów słońca i ciepło kominka podczas chłodnych wieczorów. Staram się to odczuwać całą sobą. Czuć spokój i radość.

Categories ja i mój lifestyle

About

Wciąż szukam swojego miejsca na ziemi. Mieszkałam prawie rok we Włoszech, potem 4 lata w UK w przepięknym Cambridge. Kolejne dwa lata spędziłam w Australii gdzie spełniałam swoje podróżnicze marzenia. Teraz wywiało mnie na mroźną północ Norwegii, gdzie znów odkrywam uroki życia w rytmie slow. Przeżywam ogromną fascynację minimalizmem, ideą slow life, a więc i slow travel. Kocham zieloną herbatę i dobrą książkę. Chętnie opowiem Wam jak zmieniam swoje życie i otaczającą mnie rzeczywistość.