DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 1

Do Australii przylecieliśmy na rok. Jest to okres dla jednych długi, dla innych krótki. Dla mnie to przygoda życia, którą chciałabym zapamiętać jak najlepiej. Chciałabym też, abym mogła kiedyś do tych wspomnień wrócić, dlatego ten dziennik piszę dla siebie, ale i dla Was drodzy czytelnicy i dla Was drodzy przyjaciele, znajomi i rodzino, którzy bombardujecie moją skrzynkę wiadomościami. Dzięki temu cyklowi będziecie mogli z łatwością śledzić nasze poczynania po drugiej stronie globu.

Znajdziecie tu tylko i wyłącznie zdjęcia z telefonu (stąd ta jakość). A jeśli macie ochotę na bieżąco śledzić Insta Stories, których wrzucam całkiem sporo zajrzyjcie na mojego Instagrama. 

To jak? Gotowi na ponad 50 godzinną podróż do Australii?

DZIEŃ 1 – 28.06.2017

Naszą podróż zaczęliśmy ze Śląska, wskoczyliśmy w pociąg w Wodzisławiu a po 4 godzinach byliśmy już w Warszawie Zachodniej. Ostatnie chwile w Polsce spędziliśmy z Arka rodzicami. Na pożegnalny obiad wybraliśmy Red Eda w Hali Mirowskiej. Strasznie miło wspominamy tę restaurację, bo to właśnie w krakowskim Red Edzie świętowaliśmy fakt, iż zostaliśmy magistrami. Ani się obejrzeliśmy, a już był czas, aby wyruszyć na lotnisko.

Odprawa poszła całkiem sprawnie, mimo moich 2 nadprogramowych kilogramów (hm, nie wiem dlaczego, ale dosyć często się to zdarza…). Kiedy już byliśmy na bezcłówce i powoli do nas zaczęło docierać to co robimy, okazało się, że to co wisiało cały dzień w powietrzu postanowiło dać upust. Najpierw grzmoty, potem ulewa. Światła zaczęły gasnąć i na nowo się zapalać. Ogłoszono godzinne opóźnienie, które po jakimś czasie było tylko stopniowo przedłużane. Mimo że mieliśmy spory zapas czasu, bo wylatywaliśmy dopiero następnego dnia o 11:30, to powoli zaczęliśmy się stresować. Nikt nic nie wiedział. Dopiero koło 23 ogłoszono, że rozpoczął się boarding.

DZIEŃ 2 – 29.06.2017

Po przylocie do Aten szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy w spokoju przeczekać kilka godzin. Ledwo usiadłam, a już spałam. Po prawie 2 godzinach snu i po porannej toalecie oddajemy bagaż i z dwoma biletami w ręku ruszamy na strefę bezcłową na śniadanie.

Lotnisko w Atenach jest bardzo przyjazne dla podróżujących. W wielu miejscach są fontanny z wodą do picia, gniazdka, a w niektórych miejscach nawet kable, gdzie można podładować swój sprzęt elektroniczny. Przy bramkach jest sporo wygodnych kanap, na których można spokojnie się wyłożyć i zdrzemnąć.

Po śniadaniu (zapomniałam już jakie w Grecji mają pyszne sery!) czas na najdłuższy lot, który nas czeka, czyli lot do Singapuru. Na pokładzie czeka nas 11h, które jak się okazują mijają dosyć szybko, bo większość lotu przesypiamy. Zaczęłam też czytać serię kryminalną o Joannie Chyłce Remigiusza Mroza, więc czas nie ma prawa mi się dłużyć.

DZIEŃ 3 – 30.06.2017

Po 4 nad ranem lądujemy w Singapurze. Przez to, że tak dużo spaliśmy, nie odczuwamy zbytnio zmęczenia, jedynie czego pragniemy to prysznic i coś do jedzenia. Na prysznic przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale azjatyckiego jedzenia darować sobie nie mogliśmy. Jak się okazuje wybór wegetariańskiego jedzenia jest mocno ograniczony. Wybieram marynowane orzeszki ziemne, ryż i zupę jarzynową. Właśnie o takim bulionie marzyłam! Delikatnym, rozgrzewającym, aromatycznym… Najbardziej jednak zaskoczyły mnie te orzechy, które okazują się być miękkie. Marynata jest lekko słodka, pyszna, ale orzechy konsystencją przypominają raczej fasolę. Całość oceniam na plus!

Warto też dodać kilka słów o samym lotnisku. Generalnie to była petarda! Czysto, pachnąco, a podłogi na całym lotnisku wyłożone są dywanami. Więc jak ktoś ma życzenie spać na ziemi to będzie nawet cieplej 🙂 Do tego na każdym rogu znajdują się… ogrody! Mniejsze, większe, ale wszystkie zjawiskowe. Palmy, paprocie, orchidee, słoneczniki, oczka wodne…

Zasięgamy języka i okazuje się, że lotnisko organizuje darmowe wycieczki do miasta.

O tym jak spędziliśmy czas w Singapurze przeczytajcie we wpisie: Singapur za darmo – co zobaczyć w 3h?

Na obiad serwuję sobie pad thaia – najlepszego jakiego jadłam do tej pory. Jak ja kocham azjatyckie jedzenie! Żałuję jedynie, że nie było wystarczająco czasu żeby zjeść na mieście, bo i klimat, jak i same potrawy, byłyby o niebo lepsze. Zmęczenie bierze górę i wykładamy się na jednej z ogromnych kanap i kładziemy się spać. Kiedy nadchodzi czas na odprawę, leniwie zmierzamy do bramki rzucając ostatnie spojrzenia na przepiękne ogrody, które mijamy. Przed nami 5-godzinny lot, który mija mi na długieeeeej drzemce.

Strasznie bałam się odprawy paszportowej w Australii. Wymagania dotyczące wizy Work and Holiday były bardzo surowe, a walka o wizę niewyobrażalna, dlatego spodziewałam się kontroli, pytań, przeszukań. A tu miłe zaskoczenie, uśmiechnięci celnicy, żadnych pytań, żadnych wątpliwości, przeszliśmy tak swobodnie jak podczas odpraw w Europie. Jeden fakt mnie mocno zasmucił – nie dostałam ani pieczątki, ani wizy do paszportu! Jak to tak?

Orientujemy się jak dojechać do naszego hosta z Couchsurfingu, łapiemy autobus i szczypiemy się po rękach, bo nadal trudno nam uwierzyć, że już jesteśmy w Australii. Kiedy dojeżdżamy na miejsce i powoli idziemy w kierunku mieszkania zagaduje nas chłopak, który już od dobrych kilku minut idzie równolegle do nas:

Couchsurfers? 

Nieco zbici z tropu odpowiadamy, że tak. Po chwili pada imię naszego hosta! Okazuje się, że ten chłopak zostaje w tym samym mieszkaniu co my. Prowadzi nas pod właściwy adres, ucinamy sobie pogawędkę. W mieszkaniu nie ma nadal naszego hosta, czujemy się nieco nieswojo, bo w sumie jakby nie patrzeć weszliśmy z obcym chłopem do obcego mieszkania… Po dobrej pół godzinie zjawia się host, który okazuje się niesamowicie wyluzowanym i sympatycznym chłopakiem. Otwieramy zimne piwko, relacjonujemy podróż, podpytujemy o praktyczne sprawy i tak nam mija pierwszy wieczór w Australii. Po jakimś czasie pojawia się współlokator naszego hosta a także kolejna dziewczyna, która spędzi tu noc w ramach Couchsurfingu.

DZIEŃ 4 – 01.07.2017

Lipiec to najzimniejszy miesiąc w Australii. Zima rozgościła się na dobre i choć nie jest to zima w polskim tego słowa znaczeniu, to jest tu dosyć chłodno, deszczowo i nieprzyjemnie. I tak właśnie wygląda nasza niedziela. Deszcz nie pada, a leje. Więc decydujemy się na leniwy dzień, ogarnianie praktycznych rzeczy w necie, kontaktowanie się ze znajomymi, których mamy w Australii i poszukiwaniu tanich lotów na wschód.

Kiedy wydaje nam się, że odrobinę się przejaśniło wychodzimy na szybkie zakupy, bo nie mamy do jedzenia nic poza kilkoma batonami, które przytargaliśmy z Polski. Pierwsza wizyta w supermarkecie to dobra okazja do przewertowania wszystkich półek, porównania cen, zorientowanie się na co w tej chwili możemy sobie pozwolić, a co lepiej odpuścić. Postanowiliśmy, że dopóki nie znajdziemy pracy nasz budżet musi być pod kontrolą.

Przykładowe ceny:

  • 4 cytryny – 3$
  • Chleb – 3$
  • Masło 250 gr – 1,90$
  • Pomarańcze – 2,50$/kg
  • Ser żółty – 3,50$/125 gr
  • Balsam do ciała Nivea – 6$
  • Mleko w kartonie – 0,90$
  • Puszka pomidorów – 1$
  • 12 jajek – 3$

W Australii alkohol można kupić tylko w specjalnych sklepach, nie dostanie się go w normalnych marketach. W drodze powrotnej zahaczamy o liquor store i dokonujemy szybkiego przeglądu cen. Jest generalnie drogo. 6 piw po 330 ml to wydatek ok. 15$. Decydujemy się na winko, które degustujemy wspólnie z resztą mieszkańców. Tak nam się dobrze gada, że spać idziemy dobrze po 2 w nocy.

DZIEŃ 5 – 02.07.2017

Kiedy wstajemy, piękne słońce przyświeca przez okno, a że nasz host ma dzień wolny postanawiamy wybrać się do pobliskiego Fremantle. W weekend miasteczko ożywa, bo do wielkiej hali zjeżdżają się producenci lokalnej żywności oraz sprzedawcy wszystkiego i niczego. Są stoiska z jedzeniem, kawiarnie, ale także stoiska z pamiątkami. Owoce i warzywa są dużo tańsze niż w sklepach, co jest dla nas sporym zaskoczeniem.

Miasteczko jest małe, ale urocze. Mnóstwo tu kolonialnych zabudowań, kamienice przyciągają uwagę. W powietrzu unosi się zapach oceanu. Kiedy tak sobie beztrosko spacerujemy z ludźmi, których poznaliśmy zaledwie dzień temu, przypominają nam się czasu Erasmusa, kiedy zawieranie znajomości było takie łatwe. Przypadek sprawił, że znaleźliśmy się w tym samym miejscu i czasie, a chęć zwiedzania, podróżowania i poznawania nowych kultur sprawił, że wspólny wypad za miasto jest czymś tak naturalnym.

DZIEŃ 6 – 03.07.2017

Trochę wstyd, że to już nasz trzeci dzień w Australii, a nawet nie widzieliśmy centrum Perth, dlatego kiedy widzimy, że pogoda nam sprzyja a zza chmur nieśmiało wygląda słońce, zbieramy się czym prędzej i idziemy do miasta. Wybieramy dłuższą drogę, tak aby zahaczyć o Heirisson Island, gdzie znajduje się maleńki rezerwat kangurów. Pierwszy raz od dawna mamy czas, żeby z Arkiem na spokojnie porozmawiać. Spacerujemy po pięknych zielonych terenach, obserwujemy wszędobylskie kormorany i czaple, a wypatrzeć kangurów nie możemy. Dopiero przy końcu trasy dostrzegam wystające uszy zza wysokich traw. W podskokach dobiegłam do kangurów i w niedalekiej odległości dostrzegłam kolejne trzy. Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo się cieszyłam widząc te urocze stworzenia! Uśmiech długo nie schodził mi z ust.

Celem naszej wyprawy jest bank, bo najwyższa pora założyć australijskie konto. Polecono nam Commonwealth Bank, więc tam kierujemy swoje kroki. Okazuje się, że nawet formalności w Australii nie są takie straszne. Mega przyjaźni i wyrozumiali ludzie. W Anglii żeby założyć konto w banku trzeba przebrnąć przez sporo formalności, dostarczyć dokument poświadczający adres zamieszkania, a tutaj pani wypytała nas jedynie o plany podróżnicze.

W międzyczasie niebo nieźle się zachmurzyło, więc decydujemy się na powrót do domu. Wybieramy prom, który wydaje się najszybszą opcją. Lubię oglądać miasta z poziomu rzeki, więc cieszę się, że i ten punkt podróży udało nam się odhaczyć.

Wieczorem do domu naszego hosta przyjeżdża jeszcze jedna dziewczyna, która okazuje się być niezwykle sympatyczną Finką. Godziny wieczorne upływają nam jak zwykle na wspólnym biesiadowaniu, rozmowach i żartach. Poważnie, Erasmus vol. 2.

DZIEŃ 7 – 04.07.2017

Oj co to był za dzień! Długi, pełen emocji, śmiechu i pięknych widoków. Karolina postanawia spędzić dzień z nami, więc po śniadaniu kierujemy się do miasta. Przechodzimy przez most i łapiemy autobus. W Perth w ścisłym centrum transport publiczny jest darmowy – świetna opcja, o której warto pamiętać. Poza tym w strefie CBD (Central Business District) obowiązuje strefa darmowego Wi-Fi. Nasz host polecił nam świetną indyjską restaurację zaraz przy przystani Elizabeth Quay, w której jest bufet, za który płaci się wedle uznania. Wchodzisz, jesz i płacisz ile chcesz. Jedzenie jest świeże, aromatyczne i a miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia, szczególnie, gdy budżet jest ograniczony.

Drugą część dnia spędzamy na eksplorowaniu Kings Parku. Ogromnego terenu, z którego roztacza się piękny widok na miasto. Egzotyczna roślinność to coś co kocham, więc kilka godzin spacerujemy po rozległym ogrodzie botanicznym. Dopiero kiedy powoli zapada zmierzch łapiemy autobus i wracamy do mieszkania naszego hosta. Wieczorem delektujemy się australijskim winem i pękamy ze śmiechu oglądając American Pie do 1 w nocy.


I tak nam minął pierwszy tydzień od kiedy opuściliśmy rodzinne strony. Czas leci w tak zawrotnym tempie, że nie mamy nawet chwili na to, aby przystanąć i zastanowić co się dzieje. Ale dobrze nam tak, wiecie? Tęskniłam za tą spontanicznością, powolnym odkrywaniem nowych miejsc, poznawaniem przypadkowych ludzi, którzy okazują się świetnymi rozmówcami i kompanami do podróżowania.

I jak wrażenia po pierwszym tygodniu?

Categories Australia świat zwiedź ze mną świat

About

Wciąż szukam swojego miejsca na ziemi. Mieszkałam prawie rok we Włoszech, potem 4 lata w UK w przepięknym Cambridge. Kolejne dwa lata spędziłam w Australii gdzie spełniałam swoje podróżnicze marzenia. Teraz wywiało mnie na mroźną północ Norwegii, gdzie znów odkrywam uroki życia w rytmie slow. Przeżywam ogromną fascynację minimalizmem, ideą slow life, a więc i slow travel. Kocham zieloną herbatę i dobrą książkę. Chętnie opowiem Wam jak zmieniam swoje życie i otaczającą mnie rzeczywistość.