DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 3

Myślę, że ta myśl o zbyt szybko płynącym czasie będzie mi towarzyszyła za każdym razem, gdy będę siadała do pisania Dzienników. W Australii zamierzamy spędzić rok, może odrobinkę dłużej. A to już nasz 3 tydzień w tym pięknym kraju. Zapraszam na relację!


Jeśli przegapiliście poprzednie wpisy to koniecznie zobaczcie co działo się u nas wcześniej


DZIEŃ 15 – 12.07.2017

Stres mnie zżera od rana, bo dziś o 10 mam pierwszą rozmowę o pracę. Wprawdzie to tylko rozmowa w agencji rekrutacyjnej, ale nadal jest to pierwsza realna szansa na dostanie pracy w Australii. Zatrzymaliśmy się u naszej znajomej, która mieszka pod Brisbane w Ipswich, więc zabieramy się z nią do miasta, gdy jedzie do pracy. Pobudka o 6 i jedziemy!

Rozmowa poszła całkiem sprawnie, zostałam zarejestrowana, teraz tylko trzeba czekać na pozycję, która będzie odpowiadać moim kwalifikacjom i doświadczeniu. Więc nadal poproszę o trzymanie kciuków i pozytywne myślenie!

Powoli kierujemy się do biblioteki, gdzie znów chcemy popracować. Trochę nad blogiem, ale mimo wszystko większość czasu nadal zajmuje nam aplikowanie o pracę. Po drodze mijamy targ warzywno-owocowy, który jak się okazuje pojawia się przy Queen Street co środę. Jest tu sporo owoców i warzyw, których nigdy nie próbowaliśmy, więc jak już w końcu będziemy na swoim na pewno tu wrócę i zaopatrzę się w co ciekawsze okazy.

Przechodzimy przez most i naszym oczom ukazuje się słynny, kolorowy znak Brisbane. Nie możemy nie skorzystać z okazji i nie zrobić sobie tutaj zdjęcia!

Czas leci nieubłaganie i ani się nie obejrzeliśmy trzeba było powoli zmierzać na spotkanie ze znajomą, z którą przed powrotem do domu mieliśmy razem zjeść kolację w Fortitude Valley. Tylko zobaczcie jak pięknie wygląda miasto o zachodzie słońca.

Spacer umila nam rozmowa z Martą Veganamą, która dziś obchodzi urodziny. Raz jeszcze, wszystkiego najszczęśliwszego! Nareszcie mamy chwilę żeby ponadrabiać zaległości, poplotkować, dowiedzieć się co tam w leśnym domku piszczy.

Na kolację wybieramy się do miejsca, które od razu przykuwa nasz wzrok. Coraz częściej dopatrujemy się podobieństw do San Francisco, które tak nam zawróciło w głowie podczas naszej wyprawy do Stanów. I nie chodzi tu tylko o górki i pagórki obecne w całym mieście, ale stare drewniane domki, atmosferę w niektórych dzielnicach, sklepy retro i genialnie urządzone kawiarnie i restauracje. W Australii przykłada się ogromną wagę do designu i widać to na opakowaniach produktów spożywczych, kartkach okolicznościowych czy właśnie w wystroju wnętrz. Poważnie, jestem w niebie!

Alfred and Contance to miejsce godne polecenia. Moja sałatka z kozim serem, szpinakiem, dynią i soczewicą była rewelacyjna! Kolację umilał nam mecz rugby, który był ogromnym wydarzeniem. Od rana widzieliśmy ludzi chodzących po mieście w koszulkach zespołu Queensland, który zmierzył się z zawodnikami z New South Wales.

DZIEŃ 16 – 13.07.2017

Dziś postanawiamy zostać w domu. Czujemy, że potrzebujemy chwili odpoczynku. Śpimy chwilkę dłużej, jemy leniwe śniadanie, a potem wiecie co robimy? Tak! Szukamy pracy!

Poważnie nie wiem kiedy ten dzień zleciał… Nareszcie po 2 tygodniach mamy czas i warunki żeby zrobić pranie, troszkę się życiowo ogarnąć, a wieczorem nawet znajduję chwilę na manicure, pedicure i maseczkę na twarz.

DZIEŃ 17 – 14.07.2017

Dziś w planach mamy szukanie pracy w terenie. Zależy nam na tym żeby znaleźć jakąkolwiek pracę, chodzi o to, żeby po prostu zacząć zarabiać. Z St Lucia dokąd dojeżdża nasza znajoma pierwszy raz ruszamy do centrum na rowerach. W Brisbane całkiem dobrze rozwinięty jest system rowerów miejskich, które za drobną opłatą można wypożyczyć. Wykupiliśmy miesięczny dostęp, który kosztuje zaledwie 5$ (dla porównania jednorazowy bilet właśnie z St Lucii do CBD to wydatek rzędu 4,60$). Pierwsze 30 minut jazdy jest darmowe, do 60 minut płaci się 2$. Należy pamiętać, że w Australii obowiązkowa jest jazda w kasku… Wszystko pięknie, tylko pamiętacie jak wspominałam, że Brisbane jest wyjątkowo górzyste? No to mamy dziś okazję się o tym przekonać na własnej skórze. Z górki jedzie się cudnie! Gorzej jak trzeba pedałować pod górkę. Ale jakoś dajemy radę i po 20 minutach znajdujemy się pod gmachem biblioteki.

Drukujemy CV, wskakujemy na rowery i zmierzamy do dzielnicy, w której już niedługo będziemy mieszkać. Tak nam mija wczesne popołudnie. Lecimy jeszcze na szybkie zakupy, bo dziś gotujemy dla naszych hostów i znów na rowerkach śmigamy do St Lucii. Curry ze słodkich ziemniaków od Jadłonomii to sprawdzony przepis i jak się okazuje wszystkim bardzo smakowała kolacja, którą zrobiłam.

DZIEŃ 18 – 15.07.2017

Sobotę rozpoczynamy aktywnie, bo od 5km biegu w pobliskim parku. Co tydzień organizowane są tu biegi w ramach Park Run, a nasze znajome często w nich uczestniczą, więc i my próbujemy się przekonać do grupowych treningów. Trasa była bardzo fajna i mimo górek biegało się  dobrze. Mam nadzieję, że to będzie bodziec do tego, by znów wrócić do regularnych treningów.

Arek dał czadu i z czasem 19:40 był 5!

Jemy wspólnie śniadanie, plotkujemy, a potem postanawiamy się trochę polenić. Oglądamy nowy serial na Netflixie Przyjaciele z uniwerku (naprawdę fajny!), a potem z polecenia Wojażera sięgamy po dokument What the health. No, to musicie obejrzeć. Film pokazujący jak wygląda w dzisiejszych czasach produkcja żywności, do czego prowadzi spożywanie mięsa i jakie są tego konsekwencje dla naszego zdrowia. Od jakiegoś czasu nie jem mięsa i powoli czuję, że czas, aby przejść na weganizm. Cieszę się, że obejrzałam ten film z Arkiem, którego argumenty przedstawione w filmie również mocno poruszyły. Oboje powoli będziemy dążyć do eliminacji produktów pochodzenia zwierzęcego z naszej diety.

Po południu jedziemy na zakupy!

Po pokonaniu miliarda górek docieramy do sklepu. Kupujemy najpotrzebniejsze produkty na kolację i jutrzejsze śniadanie. Będą naleśniki!

Wieczór upływa nam spokojnie i leniwie, a na ekranie tym razem gości film Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie. Nie pamiętam kto nam go polecił, ale to naprawdę dobre kino! Cudownie był posłuchać języka włoskiego i przekonać się, że nadal sporo rozumiem. Na kolacji spotyka się grono znajomych i w pewnym momencie pada propozycja, aby wyłożyć na stół wszystkie telefony i gdy przyjdzie jakaś wiadomość należy ją przeczytać na głos. Natomiast gdy ktoś zadzwoni trzeba odebrać połączenie w trybie głośnomówiącym. No i już po chwili okazuje się, że jednak każdy z przyjaciół ma jakiś sekret, który raczej wolałby zachować dla siebie.

DZIEŃ 19 – 16.07.2017

Kiedy byłam dzieckiem w niedzielę moja mama na śniadanie serwowała naleśniki. Dlatego żeby nieco porozpieszczać naszych hostów rano przygotowuję ciasto, a potem cierpliwie smażę placuszki. To niesamowite jak pewne smaki potrafią przypominać konkretne wydarzenia, osoby, miejsca.

Pogoda dziś tak dopisuje, że aż żal tego nie wykorzystać. Wyciągam leżaczek, zabieram książkę i po prostu leniuchuję na słońcu. Taki tam zimowy dzień, gdzie temperatura osiąga 24 stopnie.

Ostatnio skończyłam trzecią część sagi o Chyłce Remigiusza Mroza, a teraz zaczytuję się w Szczęśliwej skórze Adiny Gregorie. Autorka tylko potwierdziła moje obawy, które wzbudziła we mnie moja kosmetyczka, iż mogę być uczulona na nabiał i stąd moje problemy skórne. Cóż, wszystko na niebie i ziemi wskazuje, że jednak ten weganizm to moja ścieżka.

DZIEŃ 20 – 17.07.2017

Od rana poruszenie, bo jedziemy do miasta, aby nareszcie przejść się po knajpkach i restauracjach na West Endzie i South Banku. Powiem Wam, że te spacery to niezły sposób na to, aby lepiej poznać miasto. West End to taka hipsterska dzielnica, pełna ciekawych kawiarni i restauracji. Dużo tu międzynarodowych wpływów, wystroje wnętrz zachwycają. Sporo tu sklepów z używaną odzieżą i sklepów vintage. Jednak prawie w każdej odwiedzonej miejscówce słyszymy, że nie szukają nikogo do pracy.

Kiedyś pewnie załamałabym ręce, zasmuciła i zdenerwowała się. Dziś jednak na poszukiwanie pracy szłam z nastawieniem, że gdzieś tam przecież musi czekać dla nas miejsce. I wiem, że może zdarzyć się, że zajmie to chwilkę dłużej niż tego byśmy chcieli, ale koniec końców ułożymy tu sobie życie.

W jednej z kawiarni pani zaprasza mnie na przyszły tydzień na dzień próbny. Pozytywne nastawienie daje rezultaty!

South Bank to zdecydowanie bardziej nowoczesna dzielnica, mimo że oddalona zaledwie kilka kroków od West Endu. Znajduje się zaraz nad rzeką, skąd rozpościera się piękny widok na CBD. Przy głównej ulicy ciągnie się szereg restauracji, w których chętnie przyjmują od nas CV. Mam nadzieję, że bynajmniej nie po to, żeby je zaraz potem wyrzucić do śmietnika! No cóż, trzeba czekać i liczyć na to, że ktoś niebawem się odezwie.

Zmęczeni powoli kierujemy się na kampus University of Queensland skąd wracamy do domu w Ipswich. Wieczorem mamy dodatkowego gościa, gotujemy, wypytujemy o australijskie zwyczaje, dużo się śmiejemy. Strasznie lubię taką atmosferę w domu. I choć zapierałam się rękami i nogami, że już nie chcę mieszkać z innymi ludźmi, że lubię prywatność i to że mamy dom dla siebie to te ostatnie kilka tygodni było naprawdę fajnych. Długie rozmowy, wspólne posiłki to coś za czym tęskniłam.

DZIEŃ 21 – 18.07.2017

Dziś zostajemy w Ipswich żeby trochę popracować. Po śniadaniu zaczynamy pracę w ogrodzie, bo obiecaliśmy pomóc z niesforną palmą, której nasza znajoma chce się pozbyć. Na początku myślałam, że poskradała zmysły – pozbywać się palmy? Uwielbiam palmy, od razu przywodzą mi na myśl wakacje. Jednak w ogrodzie palm jest pod dostatkiem, a ta to podobno palma a’la chwast, która nie dość, że ma kolce to jeszcze źle wpływa na glebę.

No więc zabieramy się za robotę. Arek chwyta za piłę mechaniczną, ja wykonuję jego polecenia i podczas gdy on wycina klin ja naciągam liną drzewo tak, aby nie spadło na pobliski płot. Więc oficjalnie zostałam asystentką drwala. Przy okazji nieco ogarniam w ogrodzie, zbieram suche liście, grabię. Przyznam, że marzę o swoim kawałku zieleni za domem, a takie prace mnie uspokajają.

Ani się nie obejrzeliśmy, a czas na obiad. Po nim oglądamy ostatni odcinek serialu, który zaczęliśmy w niedzielę – Marcella. Kurde! Netflixie, jak ty to robisz, że wszystko co wychodzi spod twych skrzydeł jest takie dobrze? Chyba najlepszy serial kryminalny jaki widzieliśmy. Trzyma w napięciu od pierwszych minut, a i historia i bohaterzy niebanalni. Akcja dzieje się w Londynie więc do tego dochodzi przepiękny brytyjski akcent.

A potem to już tylkooo praca. Arek programuje, ja siedzę nad zdjęciami i blogiem. Takie miałam zaległości, że odpisywałam na komentarze sprzed miesiąca… Taki wstyd!


No i proszę bardzo 3 tydzień za nami… A dopiero co pakowałam walizkę… Podoba Wam się Brisbane? Wpadlibyście tutaj w odwiedziny?

 

PS. Uprzejmie donoszę, że codzienna relacja z podróży znajduje się na Insta Stories na moim Instagramie. Ostatnio nawet się przełamałam i mówiłam coś do Was!