DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 4

Kolejne przygody przed nami. Jesteście gotowi na relację z naszego pobytu w Australii? Zapraszam do lektury!


Jeśli przegapiliście poprzednie wpisy z tej serii to koniecznie nadróbcie i zobaczcie jak nam minęły ostatnie 3 tygodnie w podróży:


DZIEŃ 22 – 19.07.2017

Dziś chcemy po prostu odpocząć i nieco się pouczyć. Ostatnie dni dają nam nieco w kość. Wstajemy koło 6, jedziemy do miasta, a potem zwykle chodzimy po Brisbane bądź jeździmy na rowerach. Do tego dochodzi stres i powoli widzę, że moje ciało zaczyna się buntować. Wprawdzie przeziębienie odpuszcza, ale stan mojej cery zaczyna odzwierciedlać to, jak czuje się moje ciało. Dlatego popołudniu jadę na przejażdżkę do sklepu i postanawiam nareszcie ugotować coś pysznego i zdrowego.

Na kolację przygotowuję przepyszną sałatkę ze słodkich ziemniaków inspirowaną przepisem Veganamy. Inspirowaną, bo u nas dziś króluje mocno okrojona wersja, ale jest równie pyszna.

Dogrywamy też szczegóły piątkowej przeprowadzki, bo udało nam się dogadać i przeprowadzamy się kilka dni wcześniej. Dziewczyna, od której mamy wynająć pokój zaproponowała, że pożyczy nam auto, więc spokojnie popołudniu będziemy mogli przewieźć swoje rzeczy, zrobić podstawowe zakupy. Nawet nie wiecie jak myśl o rozpakowaniu walizek mnie cieszy! O własnym łóżku, tarasie. Swoim miejscu.

DZIEŃ 23 – 20.07.2017

Przede mną dzień nauki i próbowania swoich sił w Illustratorze. W głowie mam milion pomysłów, planów, marzeń i jednym z nich jest opanowanie chociaż podstaw Illustratora. Chciałabym się przekonać czy grafika komputerowa to coś co mogłoby się w przyszłości stać moją pasją, a może i pracą. Jak na razie próbuję opanować absolutne podstawy, ale widzę progress i to jest najważniejsze.

W Brisbane odbywa się konferencja, którą organizuje nasz znajomy z Cambridge, więc Arek spędza tam cały dzień. Dla mnie to okazja żeby w ciszy i spokoju popracować. Jednak pogoda jest tak piękna, że nie mogę sobie odmówić krótkiej przerwy w ogródku na leżaku. Biorę ze sobą Kindla, gorącą herbatę i wsłuchuję się w szum palm. Takie chwile w tym stresującym czasie są na wagę złota. Mimo, że głęboko wierzę, że za chwilę nasze życie już będzie wyglądało inaczej, będziemy w naszym mieszkanku, oboje znajdziemy pracę, to ten okres przejściowy jest dosyć stresujący. Ciągle z tyłu głowy kołacze myśl, że oszczędności topnieją i jak tak dalej pójdzie to… No właśnie, co? Wrócimy do Polski? Pojedziemy do innego miasta? Nie wiem. Czym prędzej odpędzam te myśli.

Wczoraj odebrałam zdawkowy telefon z mojej agencji pracy z zapytaniem czy byłabym zainteresowana pewną pracą. Pani pokrótce opowiedziała na czym praca miałaby polegać i pozostawia mnie w niewiedzy, aż do dzisiaj kiedy to dzwoni z potwierdzeniem, iż pracodawca byłby zainteresowany spotkaniem ze mną. Nawet nie wiecie jak dużo emocji wzbudziła we mnie ta krótka rozmowa. Rozmowa ma się odbyć już jutro, więc kiedy tylko dostałam maila z potwierdzeniem, zabrałam się do przeglądania strony internetowej pracodawcy, czytam, douczam się.

Wieczorem, przy kominku wznosimy toast za powodzenie jutrzejszych rozmów kwalifikacyjnych. Pytacie skąd ta liczba mnoga? A więc Arka też zaproszono na rozmowę. Byłaby to idealna praca na początek, aby mógł zyskać nieco doświadczenia w firmie programistycznej. Tak więc kciuki trzymajcie nie tylko za mnie, ale za naszą dwójkę.

DZIEŃ 24 – 21.07.2017

Dziś wielki dzień! Nie dość, że dostajemy ogromną szansę od losu i możemy się sprawdzić na rozmowie kwalifikacyjnej, popołudniu się przeprowadzamy (nareszcie!) to w dodatku dwie bliskie nam osoby mają urodziny. Z jednej strony przywykliśmy do tego, że w ważnych momentach jesteśmy daleko, a z drugiej zawsze serce mocniej zabije, gdy zdamy sobie sprawę, że tych momentów już nigdy się nie powtórzy. Tala! Olga! Raz jeszcze wszystkiego co najpiękniejsze. Tęsknimy!

W drodze z Ipswich do Brisbane odbieram telefon od dziewczyny, do której mieliśmy się dziś wprowadzać. Stwierdziła, że plany jej się zmieniły i że nie ma opcji żebyśmy u niej mieszkali przez najbliższe 3 miesiące, jak się początkowo umówiliśmy. Zaproponowała, że możemy wprowadzić się na 1-2 tygodnie i w międzyczasie szukać innego lokum. Wszystko to na co tak liczyłam, na co czekaliśmy w jednej sekundzie się zawaliło. Miał być swój kąt, miał być spokój, bliskość miasta i wymarzone własne łóżko. Piszę to, gdy emocje już opadły, ale w tamtym momencie stanęły mi łzy w oczach i najzwyczajniej w świecie poczułam się oszukana. Nie doczekaliśmy się przeprosin, skruchy w głosie, dostaliśmy za to suchy komunikat, że “to nie będzie komfortowa sytuacja, abym dzieliła z Wami i moim partnerem mieszkanie”. Cóż, zmarnowaliśmy 2 tygodnie czekając na ten pokój, bo tak nam się spodobał. Nie będę wdawać się w szczegóły, bo i po co, ale ja naprawdę mocno wierzę w karmę i to, że zarówno dobro jak i zło wraca.

Cudowne w tym wszystkim jest to, że spotkaliśmy na swojej drodze osoby, które naprawdę nam tu pomagają. Dzięki nim mamy dach nad głową, codzienną dawkę śmiechu i wspólne wieczorne posiłki. Mieszkamy w Ipswich daleko od Brisbane, ale ilość dobroci, której tu doświadczyliśmy sprawia, że jakbym mogła to zostałabym tu na stałe. Dostajemy sygnał, że mamy się nie martwić, bo mamy gdzie mieszkać i możemy zostać jak długo chcemy. Bierzemy głęboki oddech, bo nic z tą sytuacją nie zrobimy. Jedyne co musimy zrobić to zabrać się za szukanie mieszkania raz jeszcze.

Dziś rowery miejskie jako środek transportu odpadają, więc oboje wsiadamy w dwa różne autobusy i jedziemy! Postanowiłam wrzucić na luz, nie stresować się, dać z siebie wszystko i po prostu być sobą. Biuro, do którego zmierzam jest na północ od centrum Brisbane, a pokonanie tej trasy zajmuje mi ok. 50 minut. Z samego centrum to zaledwie 20 minut, jednak z kampusu University of Queensland, gdzie podrzuca nas znajoma jest nieco dalej. Wysiadam przy ogromnym centrum handlowym (jak się potem dowiaduję, podobno drugim co do wielkości w Australii) i korzystając z wolnej jeszcze chwili zaglądam do drogerii w poszukiwaniu szamponu. Przecież to całkiem normalne, gdy idziesz na rozmowę o pracę, prawda? (Pssss. dziewczyny decyduję się na szampon nawilżający australijskiej marki produkującej kosmetyki naturalne Sukin i jest to naprawdę dobry wybór!).

Wchodzę do biura i po chwili zostaję zaproszona do pokoju konferencyjnego. Panie od razu wzbudzają moją sympatię, więc biorę głęboki oddech i po prostu z nimi rozmawiam. Zadaję pytania, przedstawiam moje poprzednie doświadczenie, nie naciągam faktów, ale zgrabnie pokazuję, że moja poprzednia praca dała mi podstawy do tego, aby starać się o to stanowisko. Często, gdy się stresuję mój angielski kuleje, jednak tym razem jestem pewna siebie, a odpowiedzi na pytania nie stanowią dla mnie problemu.

Ufff, nareszcie po. No cóż, nawet jeśli nie dostanę tej pracy to skromnie przyznam, że to moja najlepsza rozmowa kwalifikacyjna.

Kupuję nasze ulubione sushi rollki i lecę na autobus, bo Arek już na mnie czeka w bibliotece. Przeglądamy na szybko oferty na gumtree i flatmates, wysyłamy kilka maili i smsów i idziemy nad rzekę zjeść drugie śniadanie. Oboje czujemy się nieco podłamani, ale nie dajemy złym emocjom wziąć górę. Relacjonujemy sobie nasze rozmowy, zjadamy sushi, wygrzewamy się na słońcu nad rzeką i umawiamy się z trzema osobami na oglądanie mieszkań jutro. Musi być dobrze.

Po drodze do domu robimy szybkie zakupy i pierwszy raz kupujemy piwo. Czujemy, że musimy świętować te dobre momenty i nie dać się marazmowi. Jutro czeka nas kolejny długi dzień.

DZIEŃ 25 – 22.07.2017

Wstajemy wcześnie i dostajemy wiadomość, żebyśmy wpadli obejrzeć mieszkanie, które wyjątkowo nam przypadło do gustu. Szybko się zbieramy i pierwszy raz łapiemy pociąg do Brisbane. Kiedy docieramy do Paddington, dzielnicy, w której mamy pierwszy dom do obejrzenia, czujemy przypływ pozytywnej energii. Dom okazuje się przepiękny. Dom marzenie. Ogromny taras, piękny ogród, jasny, duży pokój, a przy tym niesamowicie sympatyczne lokatorki. Do tego niski czynsz i dzielnica, która od samego początku budzi w nas wspomnienia z San Francisco. Wszystko idealnie, prawda? Tylko po nas mają przyjść kolejni potencjalni lokatorzy, bo dziś odbywa się tu casting… Wizualizujemy, myślimy pozytywnie, ale nie mamy czasu do stracenia i ruszamy oglądać kolejny pokój.

Kiedy po godzinie docieramy na miejsce okazuje się, że to nie ten adres. Tzn. ten adres, ale w innej dzielnicy. Zaciskamy zęby i idziemy szukać rowerów miejskich i jedziemy do miasta, gdzie mamy oglądać kolejny pokój. Okazuje się, że to pokój w 30. piętrowym hotelu przy głównej ulicy w mieście. Ręce mi opadają…

Jednak nie ma czasu na załamywanie się. Idziemy na lunch ze znajomym i zabieramy go do koreańskiej knajpki, o której Wam już pisałam. Plotkujemy, nadrabiamy zaległości, dużo się śmiejemy i przede wszystkim zajadamy się genialnym jedzeniem. Azjatycka kuchnia tutaj jest niesamowita. Mnóstwo tu emigrantów z tej części świata, więc jedzenie jest autentyczne, świeże, świetnie przyprawione. Po prostu dobre. Resztę popołudnia spędzamy spacerując po ogrodzie botanicznym i nabrzeżem. Oglądamy zachód słońca nad rzeką i powoli się żegnamy, bo mamy jeszcze jeden pokój do obejrzenia. Kiedy wchodzimy do tego mieszkania oboje wiemy, że jest to jedno wielkie, jednoznaczne NIE. Pani w ogłoszeniu zapomniała wspomnieć, że mieszka z mamą, która nie mówi po angielsku, ma 2,5 letniego syna. Szalę goryczy przesądza fakt, że maszynka do gotowania ryżu znajduje się w łazience i jest włączona, a zapachy roznoszą się po całym mieszkaniu…

Jesteśmy padnięci. Wyjątkowo dziś nie jeżdżą pociągi z miasta, bo trwają jakieś prace remontowe, więc najpierw łapiemy autobus, potem się przesiadamy do pociągu, jednak już na miejscu łapiemy taksówkę pod dom, bo nie mamy siły maszerować prawie godziny. Wpadamy do domu zmarnowani, zmęczeni i nieco podłamani. Ani się nie obejrzeliśmy, a oboje spaliśmy.

DZIEŃ 26 – 23.07.2017

Kiedy wstajemy oboje czujemy się nieco przytłoczeni ostatnimi wydarzeniami. Humory gdzieś zniknęły, pojawiają się pierwsze łzy.

Z podróży po Mongolii przyleciała siostra naszych gospodarzy, więc w kuchni poruszenie od rana. Kiedy przychodzimy na śniadanie dobre humory udzielają się i nam. Nie wiem co byśmy zrobili bez dziewczyn. Poważnie, śmiejemy się do rozpuku, zajadamy owsiankę i jakby na chwilę zapominamy, że jesteśmy bezrobotni i trochę jakby bezdomni.

Zabieramy się za szukanie ogłoszeń, kiedy Arek wpada na pewien pomysł. Jedziemy pracować na farmę na 3 miesiące (co jest warunkiem, aby starać się o przedłużenie wizy o kolejny rok), oszczędzamy, przepracujemy zimę, a latem wrócimy do Brisbane, gdzie będzie dużo łatwiej znaleźć pracę w kawiarniach i restauracjach. Albo gdzieś nad oceanem? Pomysł ma ręce i nogi, bo pracy na farmach jest pod dostatkiem, pozwoliłoby to podreparować budżet, kupić potem auto i być nieco spokojniejszym o pracę w sezonie letnim. Przeglądamy strony z ogłoszeniami i oboje znów dostaliśmy porządny zastrzyk pozytywnej energii. Jesteśmy na dobrej drodze!

Potrzebuję nieco oczyścić umysł, więc z książką ląduję na leżaku i po prostu pozwalam sobie na chwilę relaksu i zapomnienia. Po chwili dołącza do mnie Arek i dwie z sióstr, a także schłodzone piwo. Pierwszy raz poczułam się jak na wakacjach. Dotarło do mnie, że musimy zacząć cieszyć się tym czasem tutaj, nie dać się złym emocjom, po prostu celebrować codzienność i każdy dzień i nie czekać na coś lepszego. Tu i teraz. Ani się nie obejrzeliśmy, a minęły 3 tygodnie. Ten rok (a może jednak dwa?) minie szybciej niż się spodziewamy i nie chcę żyć w przekonaniu, że go zmarnowałam. Dzielimy się z dziewczynami naszym pomysłem, obie twierdzą, że to ma sens i od razu mówią, że popytają, bo na pewno ktoś coś dla nas będzie miał.

Australijski angielski w codziennym życiu jak do tej pory nie dał nam się we znaki. Nie odczuliśmy aby akcent powodował trudności w rozumieniu. Choć kiedy dziewczyny zaczynają rozmawiać między sobą, mówią szybko i używają typowo australijskich skrótów, zaczyna się robić ciekawie. Obie dziwią się, że nie mam stubby holder na moim piwie. Że co, proszę? A no w Australii piwka mają swoje ubranka, żeby zbyt szybko nie straciły temperatury… Wynalazek stulecia!

W Australii więc:

  • małe piwo to stubby
  • leżak to banana lounge
  • popołudnie to avo
  • kurczak to chuck [wymawiane czuk]

Czas płynie tak miło, ale trzeba się ogarnąć, bo wieczorem idziemy na rodzinną kolację do mamy dziewczyn. Wspominałam, że dziewczyny mają sporo rodzeństwa i jest ich dwanaścioro? Atmosfera w domu mamy jest niesamowicie przyjazna, a z wyglądu przypomina mały, uroczy, angielski domek z miliardem dupereli w każdym kącie. Jak się okazuje mama jest wielką fanką Wielkiej Brytanii i Królowej. Jemy, śmiejemy się, poznajemy nowe zwyczaje. A po pysznym deserze przychodzi czas na relaks i pogaduchy na kanapie przy akompaniamencie muzyki granej na żywo na pianinie. Zamykam oczy i nie wierzę. Dobrze mi tu.

W domu palimy w kominku, parzymy herbatę i dostajemy kolejną australijską lekcję. Robimy Tim Tom slam! Już tłumaczę. Tim Tom to marka australijskich ciasteczek. Dwa kakaowe ciastka przełożone kakaową masą, karmelem czy ciemną czekoladą oblane czekoladą. Pycha. Jednak istnieje pewien trik, dzięki któremu te ciasteczka są jeszcze pyszniejsze.

  1. zaparz herbatę
  2. otwórz paczkę ciastek Tim Tom
  3. weź jedno ciastko
  4. odgryź delikatnie jeden róg
  5. odgryź delikatnie drugi róg (po przekątnej!)
  6. zanurz delikatnie ciasteczko tak aby w herbacie znajdował się tylko jeden nadgryziony róg
  7. zacznij ssać do momentu, aż herbata nie znajdzie się w Twoich ustach
  8. weź ciasteczko w całości do ust

Haha! Nawet sobie nie zdajecie sprawy jakie to pyszne… Miliard kalorii wart grzechu. Jeśli mój opis nie wydaje Wam się wystarczająco jasny koniecznie zerknijcie na WikiHow, gdzie macie też wersję z obrazkami.

Zwieńczeniem tego iście australijskiego dnia jest jeden z klasyków tutejszego kina Muriel’s Wedding.

DZIEŃ 27 – 24.07.2017

Skoro stwierdziliśmy, że wyjeżdżamy, to mocno się zastanawiam czy powinnam iść na dzień próbny do kawiarni, w której złożyłam CV tydzień temu. Po namyśle postanawiam, że idę, bo zastrzyk gotówki się przyda, a przecież nie wiemy kiedy wyjedziemy. Więc po 6 jesteśmy już w aucie, podrzucamy odwiedzającą siostrę na lotnisko i kierujemy się do biblioteki. Przy gorącej herbacie ogrzewamy się nieco, bo w nocy były dziś zaledwie 2 stopnie… Dni są piękne, bezchmurne, słoneczne, jednak noce potrafią dać nieźle popalić.

Ledwo usiedliśmy i odpaliliśmy gumtree i flatmates, a dostałam telefon z informacją, iż DOSTAŁAM PRACĘ! To diametralnie zmienia naszą sytuację. Jest to praca w urzędzie (Queensland Government) przy mieszkaniach socjalnych. Będzie to dla mnie spore wyzwanie, ale dopóki nie spróbuję to się nie przekonam. Zaczynam za tydzień w poniedziałek! Na razie to umowa na 2 tygodnie na okres próbny, ale tak czy siak ta wiadomość nas ratuje. Pozwalam sobie zrezygnować z dnia próbnego i decyduję się na małe zakupy i spacer po West Endzie, gdzie jest sporo fajnych second handów. Kupuję sukienkę i eleganckie spodnie, które na pewno przydadzą mi się w nowej pracy.

West End to hipsterska dzielnica, w której znajduje się sporo kolorowych i świetnie urządzonych knajpek. Powtarzam się – wiem, ale to odrobinkę przypomina nam San Francisco. Lunch zjemy z naszym znajomym, który już jutro wyjeżdża. Fajnie było mieć cząstkę Cambridge tutaj choć na chwilkę. Z polecenia wybieramy The Burrow czyli knajpę urządzoną w typowym Queenslanderze, czyli drewnianym domku. Świętujemy dobre wieści, nareszcie wyluzowaliśmy i spędzamy naprawdę beztroski dzień. Nasze kroki kierujemy nad rzekę, potem do ogrodu botanicznego, gdzie powoli się żegnamy.

Wracamy do domu, gdzie od razu zabieram się za pizzę. I znowu wieczorem dom tętni życiem, jemy pizzę, pijemy piwko i znów rozmawiamy o rozbrajających australijskich słowach, których i tak nie pamiętam!

DZIEŃ 28 – 25.07.2017

Wstajemy z uśmiechem na ustach większym niż dotychczas. Dobra wiadomość o mojej pracy sprawiła, że kamień spadł nam z serca i po prostu odetchnęliśmy z ulgą. Dziś Arek grzebie w internetach w poszukiwaniu pracy, ja działam na blogu i szukam mieszkania. Pogoda tak piękna, że biorę komputer i piszę dla Was dzienniki prosto z ogródka. Pierwsza australijska opalenizna zaczyna pojawiać się na mojej skórze!

Dzień leci szybko, przygotowuję kolację na szybko, a wieczór spędzamy na kanapie, przy kominku pracując i czytając. Czwarta część przygód Chyłki już za mną. Mam kilka fajnych pozycji o grafice i designie, więc to po nie sięgnę w najbliższych dniach.

Chcecie przepis na najlepsze frytki ze słodkich ziemniaków?


Kolejny tydzień za nami. Pełen wzlotów i upadków. Coraz częściej wspominamy o przedłużeniu wizy, o tym, że mimo, że jeszcze nie rozpoczęliśmy tutaj wygodnego życia to całkiem nam tu dobrze. Czas pokaże.

Jak Wam mijają letnie dni? Urlopujecie się? Wypoczywacie?

 

 

Categories Australia zwiedź ze mną świat

About

Wciąż szukam swojego miejsca na ziemi. Mieszkałam prawie rok we Włoszech, potem 4 lata w UK w przepięknym Cambridge. Kolejne dwa lata spędziłam w Australii gdzie spełniałam swoje podróżnicze marzenia. Teraz wywiało mnie na mroźną północ Norwegii, gdzie znów odkrywam uroki życia w rytmie slow. Przeżywam ogromną fascynację minimalizmem, ideą slow life, a więc i slow travel. Kocham zieloną herbatę i dobrą książkę. Chętnie opowiem Wam jak zmieniam swoje życie i otaczającą mnie rzeczywistość.