DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 30

Ten tydzień jest dla nas wyjątkowy i przełomowy. Oboje rzuciliśmy prace i ruszyliśmy w drogę. Gdzie? Na jak długo? Sami nie wiemy…

DZIEŃ 210 – 24.1.2018

To już naprawdę ten dzień? Dzień, w którym muszę dopiąć wszystko na ostatni guzik, spakować ubrania, rzeczy z kuchni, kosmetyki, zrobić ostatnie pranie? To już naprawdę 6 miesięcy od kiedy zaczęłam pracować dla Queensland Government? Mam wrażenie, że zaraz obudzę się z tego snu i znów stanę na lotnisku w Perth i będę miała całe 12 miesięcy przed sobą.

Zanim wyjechaliśmy do Australii zarzekałam się, że wyjeżdżamy tylko na rok. Bałam się tego wyjazdu, bałam się, że znów zostawiam Polskę, w której po kilku latach na emigracji poczułam się dobrze. Wiecie, jak w domu. A potem minęły pierwsze dni w Australii i już wiedziałam, że rok to będzie za mało. Teraz jestem tego pewna. Hej! Ponad połowa wyjazdu za nami, a ja zdecydowanie nie jestem gotowa wracać.

Więc pakuję nasze klamoty. Jak zawsze obiecaliśmy sobie, że się nie zagracimy, ale znów polegliśmy. Musieliśmy nieco się zaopatrzyć w rzeczy na kemping, akcesoria do plażowania, jakieś nowe ciuchy i tak nagle się okazuje, że wcale nie jest łatwo nam się spakować do auta…

Termometr o godzinie 20 wskazuje 31 stopni… Latam po domu, pot się leje, nawet zimna Corona niezbyt chłodzi… Ufff… Nareszcie większość rzeczy spakowana. Ale będzie w piątek rano tetris!

DZIEŃ 211 – 25.1.2018

Jakoś niezbyt dobrze śpię, motyle w brzuchu szaleją. Wciąż nie mogę zdecydować co to za uczucie. Szczęście? Smutek? Zdenerwowanie? Chyba wszystkiego po trochu… Ostatni dzień w pracy, ostatni dzień w ludźmi, którzy stali się dla mnie taką australijską rodziną, którą od początku pobytu w Brisbane widziałam codziennie. Zaczęły kiełkować pierwsze przyjaźnie, a ja muszę odejść…

Od pierwszych chwil w pracy dosłownie każdy zamienia ze mną słowo, życzy mi dobrego dnia w pracy, na biurku lądują prezenty pożegnalne. Równo o 10 zostaję zwabiona do kuchni, która w całości zastawiona jest ciastami domowej roboty i innymi smakołykami. Jest i przemowa pożegnalna, piękny bukiet kwiatów z tak genialnie pachnącymi eukaliptusami, a także prezent, który teraz będzie mi przypominał to właśnie doświadczenie. Zaczynam czytać kartkę pożegnalną, ale nie daję rady, po kilku pierwszych słowach pojawiają się łzy i decyduję się, na dokończenie w domu.

Dzień leci wyjątkowo szybko, zamykam wszystkie sprawy, a równo o 16:30 wyłączam komputer. Czas na nieformalne pożegnanie!

Udajemy się do pobliskiego baru, gdzie przy zimnych trunkach, mamy okazję na luzie porozmawiać, wymienić się ostatnimi spostrzeżeniami.

Pamiętam swój ostatni dzień w pracy w Anglii, gdzie przepełniała mnie ogromna radość, dziś to pożegnanie jest zdecydowanie słodko-gorzkie. Wiem, że coś nowego i niesamowitego czeka tam na nas, a z drugiej strony polubiłam tę moją australijską rzeczywistość. O północy padam na łóżko i zasypiam w ciągu sekundy. Jutro wielki dzień!

DZIEŃ 212 – 26.1.2018

Arek w swojej pracy żegnał się nawet dłużej niż ja, więc dla nas obojga ten poranek nie jest łatwy. Tym bardziej, że od rana zaduch i upał, więc ostatnie pakowanie idzie nam dosyć opornie. Kiedy po 11-ej domykamy bagażnik w aucie oboje jesteśmy tak umęczeni, że marzymy o kąpieli w oceanie. Szybkie pożegnanie ze współlokatorami i ruszamy w drogę. Dziś Australia Day, czyli Święto Narodowe Australijczyków. Większość ludzi świętuje ten dzień tak jak wiele innych dni w roku – na łonie natury, przy BBQ, z rodziną czy przyjaciółmi.

My na cały weekend wyjeżdżamy z grupką znajomych, najpierw plaża w Gold Coast, a potem jedziemy do domku w górach, który położony jest niedaleko Mt Tamrobrine.

Ale najpierw to co sobie wymarzyłam – kąpiel w oceanie! Woda jest tak przyjemna, że wchodzimy bez wahania. Muszę przyznać, że wciąż się dziwię, że ocean potrafi być tak ciepły. Przyzwyczajona do mroźnych kąpieli w Bałtyku teraz zmagam się nie z temperaturą a z dużymi falami i ogromnym prądem. Dlatego trzeba być tu bardzo ostrożnym i pływać w wyznaczonych przez ratowników strefach.

Kiedy już wszyscy odpoczęliśmy i nacieszyliśmy się słońcem i bryzą pakujemy się i jedziemy w góry. Domek, który wynajęliśmy przez Airbnb okazuje się przepiękny. Spora część domu jest przeszklona, sporo tu drewna, ogromna jest też część wspólna. Gotujemy kolację, otwieramy piwko i zaczynamy wspólny wieczór. Próbujemy sił w Jungle Speed, ale i bez tego humory nam dopisują, a zimne Corony znikają w zatrważającym tempie.

DZIEŃ 213 – 27.1.2018

Dzień zaczynamy od leniwego śniadania na tarasie, u nas tradycyjnie owsianka z mango i bananem. Jemy śniadanko na tarasie, gdzie mamy doskonały widok na góry. W ogródku leniuchuje sobie kangurek, na drzewie śpi sowa. Nie słychać nic oprócz odgłosów natury.

To jak? Gotowi? Wychodzimy i zmierzamy najpierw do Tamborine National Park, gdzie pierwszą część trekkingu pokonujemy w przyjemnie chłodnym lesie deszczowym. W połowie drogi robimy sobie krótki przystanek, bo dotarliśmy właśnie do miejsca, w którym woda spada ku przepaści. Stoimy więc na samej górze wodospadu, a dookoła roztacza się genialny widok na góry. Kawałek dalej na kolejnym punkcie widokowym mamy okazję obejrzeć ten sam wodospad, ale z totalnie innej perspektywy. Powrót na parking wydaje się jakby cięższy ze względu na panującą temperaturę. Znów marzy mi się jakaś orzeźwiająca kąpiel…

Mówię i mam! Tym razem Cedar Creek Falls. Towarzystwo rozkłada się na skałach, a ja wskakuję do przyjemnie chłodnej wody. Tego mi było trzeba!

Kiedy wszyscy już odpoczęliśmy zgodnie stwierdziliśmy, że to czas na późny obiad. Dojeżdżamy do miasteczka, gdzie okazuje się, że większość miejsc jest zamknięta… Trafiliśmy akurat na ten czas, gdzie wszystko jest zamknięte po lunchu, a jeszcze nie otwarte na kolację. No cóż, wracamy więc do domu, gdzie w kilka chwil uruchamiamy grilla i robimy kolację w najlepszy możliwy sposób. My serwujemy sałatkę z kuskusem z grillowanym bakłażanem i cukinią, pomidorkami, oliwkami, limonką i cebulką. Do tego grillowane kukurydze. O tak, pysznie było!

A potem co? Próbujemy oglądać zachód słońca na pobliskiej górce, dopóki nie zeżarły nas mrówki, siadamy w salonie przy desce serów i najzwyczajniej w świecie poddajemy się chwili i rozmawiamy… Dziś padam ze zmęczenia na kanapie, nawet nie wiem kiedy.

DZIEŃ 214 – 28.1.2018

Czemu ten czas pędzi jak szalony? Ledwo przyjechaliśmy, a już czas się znów pakować. Ale najpierw śniadanie na tarasie, herbatka, kolejne zachwyty w kierunku kangura, który znów się przyszedł przywitać z rana. Grillujemy halloumi, robimy na szybko sałatkę. I wiecie co próbowaliśmy? Grillowanego arbuza. Wyczytaliśmy, że podobno pieczony arbuz w piekarniku przypomina smakiem i konsystencją surową rybę, a ten z grilla powinien smakować jak stek. Hm.. No jak stek to mi nie smakowało, ale generalnie smak ciekawy, zrobimy jeszcze nie raz!

Tym razem decydujemy się na spacer po Palm Grove Conservation Reserve. W nocy i nad ranem padało, więc las pachnie w ten wyjątkowy sposób… Do tego brak ostrego słońca sprawia, że las jest nieco mroczny. Taki właśnie klimat lubię najbardziej! Sporo tu nietypowej roślinności, więc co rusz przystajemy. Czuję, że coś mnie swędzi na stopie i kiedy dociera do mnie co się dzieje widzę już pijawkę, która już nieźle się przyssała. Jest ich tu mnóstwo, a mokry klimat tylko im sprzyja. Cóż, podczas wędrówki prawie każdy znalazł jedną na swoim ciele.

Po spacerze zasłużony czas na regenerację, więc decydujemy się na obiad w małym i klimatycznym Irish Pubie, gdzie dostaliśmy zaskakująco dobre jedzenie. A teraz czas na ostatnie wspólne chwile, które decydujemy się spędzić w Witch Falls Winery. Siadamy na zewnątrz zaraz przy winoroślach i decydujemy się na testowanie win. Kelner opowiada o każdym po kolei, a my w nadziei, że wyczujemy te wszystkie aromaty, o których wspomina pijemy kolejny kieliszek.

Czas nieubłaganie płynie, a my jeszcze mamy prawie 2 godzinną drogę przed sobą. Zresztą, wiecie ludzie jutro idą do pracy… Żegnamy się, choć wiem, że nie na zawsze!

Droga do Byron mija nam dosyć szybko. Jest już dosyć późno, więc w Byron włączamy końcówkę finału mężczyzn w Australian Open, a potem zasypiamy.

DZIEŃ 215 – 29.1.2018

Hej! Byron, co jest grane? Gdzie to słońce? Budzi mnie deszcz… Arek jeszcze śpi, ja siadam w salonie i pierwszy raz od bardzo dawna mam chwilę dla siebie. Ja jestem osobą, której najlepiej się pracuje rano, dlatego większość tekstów na bloga powstawało przy porannej herbacie. Od kilku miesięcy jednak nie miałam tego luksusu, bo w tygodniu wstawałam wcześnie, ćwiczyłam, a o 7:15 wychodziłam z domu żeby złapać autobus. W weekendy Arek pracował wieczorami, więc zwykle od rana mieliśmy napięty harmonogram żeby jak najlepiej wykorzystać ten wspólny czas. Poza tym, z braku klimatyzacji często już rano uciekaliśmy z domu, bo się nie dało tam wytrzymać.

Więc miła odmiana w tym Byron, za oknem pochmurnie, ale ptaszki ćwierkają, a ja z herbatką na wygodnej kanapie piszę Dzienniki, obrabiam zdjęcia. I pierwszy raz od dawna poczułam, że zatęskniłam za blogowaniem. Miałam małą przerwę, za dużo się w życiu działo i nie umiałam się temu poświęcić tak bardzo jakbym chciała. Ale chęci wróciły, zapał jest, więc będzie mnie tu teraz więcej szczególnie, że będzie więcej czasu i więcej przeżyć, o których chciałabym Wam na bieżąco pisać.

Po szybkim śniadaniu jedziemy do Byron, zaglądamy do kilku sklepów, ale łapie nas deszcz. Zbieramy się więc z powrotem do Suffolk Park, a że słońce znów wyjrzało zza chmur to jedziemy na plażę. Wskakujemy do oceanu, odpoczywamy, planujemy kilka najbliższych dni. Wracamy do domu, jemy wrapy z falafelami i wracamy do pracy. Ja tym razem obrabiam zdjęcia z wypadu, a Arek przegląda nagrania. Hej! Będziemy dla Was kręcić vlogi, więc stay tuned!

Znajomi wracają z pracy, jemy wspólnie obiad a potem idziemy na spacer na plażę. Pogoda jak nad polskim morzem, wieje i zimno… Co tu się porobiło? Wieczorem siadamy z winem i serem, który kupiliśmy wczoraj w winiarni. Triple brie z truflami, smakuje nawet lepiej niż brzmi!

Do snu utuli mnie czwarta część przygód komisarza Forsta.

DZIEŃ 216 – 30.1.2018

Dzień dobry, Byron! Coś się tej pogodzie pomieszało. Raz słońce, raz deszcz. Mimo wszystko po porannym lenistwie zbieramy się i ruszamy w kierunku Arts and Industry Park. Jest to trochę taki hipsterski zalążek biznesowy oddalony kilka kilometrów od centrum miasta. Najpierw kierujemy się do małego, lokalnego browaru (choć niech Was wielkość nie zwiedzie, to bardzo popularne piwo w całej Australii) i wybieramy pięć małych piw i testujemy. Dostaliśmy ulotkę, na której zaznaczono aromaty, które powinniśmy wyczuwać w poszczególnych piwach. Wszystkie pyszne, ale dwa sezonowe – pierwsze pszeniczne z mocnym aromatem bananowym, a drugie z wiśniami i finger lime (taki mały, australijski owoc cytrusowy) totalnie nas zaskoczyły i zachwyciły. Bierzemy dwie butelki na wynos i udajemy się jeszcze na spacer po pobliskich sklepach.

W Australii wiele sklepów zachwyca designem. Wnętrza w większości są proste, minimalistyczne, ale z pomysłem i klimatem. W Arts and Industry Park jest kilka sklepów z deskami surfingowymi, klimatyczne kawiarnie, sklep wnętrzarski, sklepik z organicznymi i ręcznie robionymi mydłami i dwa op shopy sklepy charytatywne (tak tutaj nazywają). Kupujemy rozkładany stół za $6.00, który mam nadzieję posłuży nam jako stół do gotowania podczas zbliżającej się podróży.

Dawno nas nie było na plaży, prawda? Ja też się stęskniłam, więc przystajemy na Wategos Beach (to ta sama plaża, na której witaliśmy Nowy Rok, pamiętacie?). Arek odpala swoją nową zabawkę – drona, a ja otwieram Kindla i przy szumie fal totalnie oddaję się relaksowi.

Zbliża się czas kolacji, więc wracamy do Suffolk Park, gdzie chwytamy za curry na wynos (dziś tani wtorek i za duże curry płacimy $10.00) i butelkę zimnego Pinot Grigio, zgarniamy znajomych po drodze i jemy przy samiutkiej plaży z widokiem na ocean. Słońce powoli zachodzi, kolory na niebie jak zawsze są tu niesamowite. Błękit, róż, fiolet…


Długo czekałam na ten moment kiedy beztrosko ruszymy w drogę. To się dzieje… Mam nadzieję, że w najbliższych tygodniach zdarzy się wiele dobrego. Trzymajcie kciuki!

 

 

Categories Australia świat zwiedź ze mną świat

About

Wciąż szukam swojego miejsca na ziemi. Mieszkałam prawie rok we Włoszech, potem 4 lata w UK w przepięknym Cambridge. Kolejne dwa lata spędziłam w Australii gdzie spełniałam swoje podróżnicze marzenia. Teraz wywiało mnie na mroźną północ Norwegii, gdzie znów odkrywam uroki życia w rytmie slow. Przeżywam ogromną fascynację minimalizmem, ideą slow life, a więc i slow travel. Kocham zieloną herbatę i dobrą książkę. Chętnie opowiem Wam jak zmieniam swoje życie i otaczającą mnie rzeczywistość.