ja i mój lifestyle
komentarzy 78

I JAK TO JEST Z TYM ŻYCIEM W RYTMIE SLOW?

slow life

Dobrze wiecie, że slow life jest mi bliskie. To właśnie takie podejście do życia pozwala mi nieco świadomiej podchodzić do otaczającej mnie rzeczywistości, czerpać z życia, z małych radosnych i tych smutnych chwil. Stałam się uważniejsza, bardziej wdzięczna i po prostu szczęśliwsza.

Całkiem niedawno Berenika z Buzzujemy podesłała mi krótki felieton z „Przekroju”, w którym Olga Drenda w taki sposób wypowiada się o życiu w rytmie slow:

Zamiast więc zastanawiać się, co z nami jest nie tak, że czujemy się wciąż zmęczeni i mamy mało energii, można się zastanowić, czy to przypadkiem świat nie wymaga, żebyśmy wciąż mieli doładowane bateryjki. Nie chodzi tu o mające rzekomo ocalić ciała i dusze przedstawicieli klasy średniej przyjemności spod znaku slow life. To sprytna pułapka, rewers tej samej kultury, która nakręca ludziom helikopterki – rozkoszowanie się pięknym widokiem czy smacznym posiłkiem zwykle wiąże się w świecie slow z dalekim wyjazdem albo sporym wydatkiem na ekskluzywne dobra. Na co oczywiście należy wcześniej zarobić, stosownie się spiesząc.Olga Drenda

I jak to jest z tym życiem slow? Czy aby na pewno to pułapka? Czy aby odnaleźć szczęście spod znaku slow life rzeczywiście trzeba wyjechać w daleką podróż bądź kupować ekskluzywne dobra?

Przyznam, że zaskoczyła mnie ta wypowiedź. Kiedy myślę o tym, jak zmieniło się moje życie od kiedy zaczęłam bardziej świadomie postrzegać moją rzeczywistość, to jedyne co mi przychodzi do głowy to szczęście. Zaczęłam odnajdować szczęście w codzienności. W małych rzeczach, które stanowiły część mojej codziennej rutyny od dawien dawna. Dopiero przewartościowanie, spojrzenie na siebie z boku pozwoliło mi zwolnić i w spokoju napić się porannej herbaty. Zamiast się denerwować, że znów jest zimno, a ja muszę dojechać na rowerze do pracy, włączam energetyczną muzykę, owijam się ulubionym szalikiem i po prostu jadę. Milion myśli szaleje mi w głowie. Rozglądam się i widzę piękne miasto. Czy kiedyś wcześniej zwróciłam uwagę na ten budynek? Na to drzewo? Małe momenty, drobne chwile, które tworzą dzień. Dobry dzień.

I wcale nie muszę wyjeżdżać do egzotycznych krajów żeby zwolnić. Żyję w rytmie slow tu i teraz. Gotując obiad, parząc aromatyczną herbatę, słuchając motywującego podcastu czy leniwie spoglądając na popularny serial.

Od kiedy pozbyłam się ze swojego domu niepotrzebnych rupieci, w pełni odetchnęłam. Nie otaczam się ekskluzywnymi dobrami. Często kupuję z drugiej ręki. Ile radości daje mi kupno porcelanowej filiżanki za grosze w sklepie charytatywnym! A ile radości daje mi moment, gdy spokojnie mogę usiąść z książką w jednej, a filiżanką rumianku w drugiej ręce.

Ściany zdobią darmowe grafiki wydrukowane z internetu. Motywujące hasła, delikatne kwiatowe motywy, pozłacane ramki z targu vintage. Na ogromnym wieszaku wiszą ubrania. Marzy mi się, aby któregoś dnia ich kolejność i kolorystyka nabrała sensu. Na razie wiszą w nieładzie. Grube wełniane swetry, które towarzyszą mi podczas chłodnych zimowych wieczorów. Jedwabne sukienki, które przypominają, że lato jest tuż za rogiem. Każda z tych rzeczy opowiada historię. Historię tego, gdzie ją kupiłam, a także tego, gdzie ją na sobie miałam. Siadam, wspominam i jestem wdzięczna.

Żadna ze mnie miliarderka, która ubzdurała sobie, że pewnego dnia pobędzie sobie slow. Jestem zwykłą dziewczyną, która szuka szczęścia w codzienności.

I tak wiem, że w codziennym pędzie to taka trochę fanaberia. Ale czy rzeczywiście? Czy po stresującym dniu nie warto po prostu odpuścić? Pójść na spacer, do ulubionej kawiarni, spróbować czegoś z food trucka, którego mijasz codziennie? A może wystarczy po prostu przygotować sobie kąpiel z dodatkiem ulubionej soli do kąpieli? Zaprosić przyjaciół do siebie na kolację?

Z jednej strony powiedziałam, że nie otaczam się ekskluzywnymi dobrami, ale z drugiej, tak sobie myślę, przecież to niezwykłe szczęście, że mam w życiu tyle okazji do uśmiechu. Tylko żadnej z tych rzeczy nie muszę kupować. Wystarczy, że dostrzegę uśmiech na twarzy ukochanej osoby, zatańczę do ulubionej piosenki, zapomnę o całym świecie i po prostu będę tu i teraz.

Filed under: ja i mój lifestyle

by

Od niedawna mieszkam w Australii, gdzie najprawdopodobniej spędzę kolejne 2 lata. Na razie zatrzymaliśmy się w Brisbane, gdzie mieszkamy w uroczym, drewnianym domu, pracujemy i poznajemy miasto i okolice. Australia to miejsce, w którym można być naprawdę slow i staram się tu chłonąć każdą najmniejszą chwilę. Kocham podróże i staram się wyjeżdżać tak często jak to możliwe czy to za miasto czy na drugi koniec świata. Przeżywam ogromną fascynację ideą slow life i z chęcią Wam opowiem o tym jak zmieniam swoje życie oraz otaczającą mnie rzeczywistość.

  • Ostatnio sluchalam wywiadu, gdzie padlo stwierdzenie, ze szczesciem sa umiejetnosci, ze to jest jedyna rzecz jakiej nie da sie kupic tylko na ktora trzeba summienie pracowac. A te wszystkie inne materialne dobra ciesza na chwile i juz za chwile jest potrzeba siegania po inne, nowe, rzucane nam na kazdym kroku w twarz. Oczywiscie zdrowy rosadek w tym calym slow life i obecnym zyciu to moim zdaniem taka filozofia najbardziej sie sprawdzajaca. A jak szczescia nie umie sie onajdywac w kawalerce to i sie nie odjandzie w wielkiej rezydencji. Pozdrawiam, Daria xxx

  • Angelika, a co było dla Ciebie pierwszy sygnałem/impulsem który sprawił, że zaczęłaś przewartościowywać swój świat w kierunku zycia „slow”?

    • U mnie to byl powolny proces. Kiedy przyjechalam do Wielkiej Brytanii wpadlam w wir pracy i dazenia do polepszenia naszej sytuacji finansowej. Oszczedzalismy na wesele, wiec mialam dwie prace, uczylam sie angielskiego na bardzo intensywnym kursie, robilam Erasmus Internship i dodatkowo wolontariat. W pewnym momencie czulam, ze jesli czegos nie zmienie to zwariuje. Kiedy nareszcie udalo mi sie poukladac zycie zawodowe i stanelo na tym, ze mam jedna prace, wolne wieczory, czulam niedosyt. Wiedzialam, ze musze zmienic swoje nastawienie, zaczac cieszyc sie tym czasem wolnym tak, aby byc szczesliwym tu i teraz, bez czekania na wielkie wydarzenia. Zaczelam o tym czytac, a prowadzenie bloga pomoglo mi w rozwoju osobistym. Zaczelam sie interesowac slow travel, zdrowym trybem zycia, tak wiec mniej wiecej tak zaczela sie moja przygoda ze swiadomym zyciem 🙂

  • świetny post:) Dla mnie początkiem do slow life jest medytacja:) Pomaga uspokoić umysł, pozdrawiam!:)

    http://www.ladymademoiselle.pl/

    • Ja jakos nie moge sie przekonac do medytacji. Chyba nie natrafilam jeszcze na dobrego przewodnika. Probowalam medytowac z aplikacja Head Space, ale nie przypadla mi do gustu. A Ty jak medytujesz?

      • Przez 15 minut (rano lub wieczorem) siadam w siadzie skrzyżnym, zamykam oczy i staram się skupić na oddechu. Trzeba utrzymać umysł w skupieniu (np. na oddechu), kiedy zauważam rozproszenie uwagi, powracam do oddechu, pozdrawiam!:)

  • 22kilo

    Bardzo przyjemnie czyta się Twój wpis. Płynie z niego wewnętrzny spokój

  • Szymon | pomensku

    To, co zauważyła Olga jest bardzo ważne. Instagramowy slow life to niestety często ułuda. Jest tym samym, co ciężka harówa przez cały rok i egzystencja na parówkach, by raz w roku wybrać się na wakacje all inclusive i poczuć jak bogacz. To kłamstwo. Slow life jest dobry wtedy, gdy wprowadzamy go holistycznie oraz bez wyrzeczeń większych niż zyski. Inaczej mówiąc, slow life ma służyć, a nie być celem samym w sobie. Stąd też myślę, że oba teksty, Twój i Olgi, nie stoją do siebie w opozycji, a jedynie się uzupełniają 🙂

    • Dzieki Szymon za komentarz. Tak jak we wszystkim w zyciu uwazam, ze zdrowy rozsadek powinien stac na pierwszym miejscu. I kompletnie nie rozumiem ludzi tyrajacych przez caly rok tylko po to, aby spedzic dwa tygodnie na urlopie all inclusive (zreszta takie wakacje to totalnie nie moja bajka). W zyciu by mi nawet nie przyszlo do glowy, aby taki odpoczynek nazwac relaksem w rytmie slow.
      Jedyne do czego namawiam to do swiadomego zycia. Do chwili reflaksji nad tym co sprawia nam przyjemnosc i robienie tego czesciej, ot tak po prostu.

  • Marta Kluczna

    Dla chcącego nie ma rzeczy niemożliwych.. slow może być tu i teraz bez względu na to gdzie jesteśmy i w jakim miejscu mieszkamy. Radość z drobnostek trzeba odnaleźć, tak jak napisałaś – nawet podróż rowerem w zimny dzień może być miła pod warunkiem, ze będziemy chcieli żeby tak było. Brawo ! 🙂

    • Dokladnie tak! Wszystko siedzi w naszych glowach i tak naprawde niewiele potrzeba do tego aby byc szczesliwym. Bo wlasnie z tym utozsamiam zycie w rytmie slow – ze szczesciem i radoscia plynaca z codziennosci.

  • hihi a może ta cala moda na ‚hygge’, które widzę teraz tak często jak kiedyś ‚carpe diem’ (ale hygge brzmi bardziej tak fajnie nordycko) :^) … to okazja aby sprzedać ludziom nowe książki czy więcej kolorowych magazynów (ile to najwyższej jakości papieru na nie idzie) z idealnymi zdjeciami pustych domowych przestrzeni (które są oczywiście super czyste i nie zbałaganione bo nikt tak na prawdę nie mieszka :^) ….. myślę, że intuicyjnie wiemy wewnątrz co jak mamy zrobić aby poczuć radość z minimalizmu w życiu .. w nabywaniu rzeczy, które są nam tak na prawdę niezbędne, nie wyrzucaniu jedzenia, poruszania się pieszo, rowerem, lub komunikacją publiczną .. bardzo ciekawna notka . wiele dobrych fal .. wiele dobra i piękna w nowym kontynencie ..

    • Niestety tak to juz jest, ze do ludzi przemawiaja pewne hasla, moda na jakis styl zycia. Hygge, minimalizm, slow life to wszystko wynika z potrzeby dazenia do szczescia, ktorego ludzie nie potrafia dostrzec. A przeciez to wszystko jest tuz przed naszym nosem! Wstarczy odrobine sie zastanowic nad tym co w zyciu nam sprawia przyjemnosc, jakie uczucia nam towarzysza podczas wykonywania nawet najprostszych, codziennych czynnosci. Tylko do tego namawiam, abysmy dostrzegli radosc w codziennosci 🙂

      • tak dokładnie tak jak napisałaś warto przeznaczyć chwillkę na zatrzymanie się zamknięcie oczu i spojrzenie pod słońce z zamkniętymi powiekami czy zwrócenie się w stornę wiatru aby nas troszkę osmagał .. wiemy podświadomie, że chwilka ciszy wyłączenia się zrobi nam dobrze .. mody przychodzą i odchodzą ale nasz wewnętrzny kompas pozastaje :^)

  • Ta książka to kwintesencja Skandynawii i ich podejścia do życia…. Uwielbiam i staram się wprowadzać to wszystko w życie 🙂

    • Mi tez ksiazka bardzo przypadla do gustu. Jest jednak nieco powierzchowna i wiele informacji chcialabym zglebic jeszcze bardziej, ale mimo wszystko daje bardzo dobra baze do zmian i przemyslen.

  • Kurczę, ja tak nie potrafię. Nie potrafię będąc w domu zwolnić. Nie umiem wypić herbaty, ciesząc się chwilą, nie myśląc o milionie pierdół do zrobienia.
    Nie potrafię odpoczywać, ot tak bezkarnie, wiedząc że cokolwiek jest do zrobienia.

    Slow potrafię być jedynie w drodze, kiedy nie mam internetu, zasięgu, a w ręce jest jedynie aparat. I kilometry przede mną. Najlepiej w górach, które pokochałam ponad wszystko.

    I choć wiem, że to trudne, mam nadzieję, że uda mi się tej celebracji kiedyś nauczyć 🙂

    • A jak jest kiedy malujesz swoje akwarele? Czy to nie jest własnie takie trochę slow?

      • No tak, to tak oczywiste, że aż o tym nie pomyślałam. 🙂
        Ale czas na nie zdarza się ostatnio stanowczo za rzadko (((:

  • Kulinarna Strona Mocy

    Pamiętacie, jak się czuliśmy w dzieciństwie? Jakie ostre były kolory, smaki, zapachy? Jak wszystko było prawdziwe? Jak bardzo tu i teraz? Ja do dziś pamiętam wakacyjne poranki u babci, gdy budziły mnie dźwięki rozpalania pieca, babcine podśpiewywanie i zapach kawy zbożowej. A potem wyjście na dwór, dotyk bosych stóp na rozgrzanym podwórku i światło słoneczne, które teraz już nie chce takie niezwykłe być cały czas, bywa tylko czasami… Kiedy myślę „szczęście” takie właśnie chwile pojawiają mi się przed oczami, a nie kolejny ciuch, inwestycja czy co tam jeszcze może uszczęśliwiać…

    • Ale piekny komentarz! Dziekuje za przypomnienie mi porankow spedzanych na malej wsi nad morzem u moich dziadkow. Gdy budzil mnie gwizdajacy czajnik i poranna krzatanina dziadkow, gdy po mokrej od rosy trawie szlam z parujaca herbata do altany, by tam zjesc sniadanie. Wyprawy cala rodzina na rowerach nad morze, palaca od slonca skora… To byly piekne czasy pelne usmiechu i radosci. I dlaczego nie robimy tego jako dorosli? O to wlasnie mi chodzi, aby odnajdowac radosc w codziennych smakach, zapachach i czynnosciach.

  • bo rzeczy które nas otaczaja nie sa ważne, zwłaszcza jak ich nie chcemy, nie potrzebujemy, a stoją tylko bo trzeba, bo ktoś dał, bo wszyscy mają. Najwaznisjsze to czuć się ze sobą dobrze, umieć uchwycić małe, drobne chwile. bo to własnie one sprawiaja ze czujemy radość hygge 🙂

    • Dokladnie, tylko dojscie do tych wnioskow nie jest wcale latwe. Od malego wmawia nam sie, ze aby byc szczesliwym trzeba miec dobra prace, duzo pieniedzy, dom, wypasione auto, a my slepo podazamy tymi utartymi szlakami.

  • Zupełnie się nie zgadzam z tą wypowiedzią! Skłaniam się raczej ku Twoim przemyśleniom. Moim zdaniem jest to trochę stwierdzenie w stylu „żeby móc być szczęśliwym i prowadzić dobre życie, trzeba być bogatym, się narobić, aby potem móc się rozkoszować slow za pieniądze”, a to wcale nie jest prawda, niezależnie od tego, czy nazywamy się slow, a może fast 😉 Najważniejsze żeby każdy był szczęśliwy na tym ziemskim padole, bo jestem przekonana, że są osoby, które po prostu nudzą się takim celebrowaniem codzienności, potrzebują dużo wrażeń, tu, teraz, na już. I to też jest dobre – jeśli oni się w tym odnajdują, to super. Jestem ciekawa co kieruje autorką tej wypowiedzi, dlaczego tak uważa, może ma coś nie tak ze swoją pracą, bo dla mnie życie w rytmie slow oznacza też pracę, w której może nie działamy w rytmie slow, ale która jest spójna z naszymi wartościami, życiem.

    • Ja uwazam, ze kazdy powinien znalezc swoj rytm w zyciu i czerpac z niego jak najwiecej. Bo to, ze ja uwielbiam wieczory z ksiazka nie musi oznaczac, ze kazdy tak powinien spedzac swoje wolne chwile. Zacznijmy po prostu bardziej swiadomie przezywac zycie i czerpmy radosc z codziennosci.

  • 🙂 Czasami warto się na chwilę zatrzymać i po prostu żyć… 🙂 Delektować się aromatyczną herbatą, w spokoju przeczytać książkę, zastopować kołowrotek myśli i BYĆ.

    • BYC, to niby takie latwe, a tak wielu z nas ma z tym problem. Ale nad szczesciem trzeba pracowac i sama jestem tego przykladem 🙂

  • „to niezwykłe szczęście, że mam w życiu tyle okazji do uśmiechu. Tylko żadnej z tych rzeczy nie muszę kupować. Wystarczy, że dostrzegę uśmiech na twarzy ukochanej osoby, zatańczę do ulubionej piosenki, zapomnę o całym świecie i po prostu będę tu i teraz.” Strasznie to ładne!

  • Ja z kolei nie uważam się za osobę , która żyje w rytmie slow. Nie nazwę tak siebie z pewnością 🙂 Ale to co robię to co jakiś czas zwalniam , zatrzymuję się, dziękuję za to co mam. Staram się zwalniać tempo, dostrzegać w ciągu dnia drobne rzeczy. Doceniam drobne gesty ludzi, radość sprawia mi to, że ktoś się do mnie uśmiechnie, że jest miły i życzliwy – tak szczerze i po ludzku. Po prostu. Bez podtekstu.

    • A czy to wazne jak to nazwiemy? Najwazniejsze, aby byc w zyciu szczesliwym, bez zbednego patosu i obarczania go jakimis nazwami. Pieknie opisalas swoja rzeczywistosc, dla mnie to znak, ze czerpiesz radosc z zycia i z codziennosci.

  • Ja myślę, że slow i hygge to trochę takie nasze sielskie życie. Tylko coś, co egzotycznie brzmi, dla wielu jest bardziej interesujące. Poza tym może ciężko zabieganym karierowiczom powiedzieć – nie chce mi się, odpuszczam. Może ubranie tego w życie rytmie slow ich koi:)

  • „Dopiero przewartościowanie, spojrzenie na siebie z boku pozwoliło mi zwolnić i w spokoju napić się porannej herbaty.” – święte słowa. Ja też zaczęłam świadomie patrzeć na to, co robię na co dzień. Moje wnioski są różne, bo różnie układają się sprawy, czasem mam chwilę dla siebie, czasem mam wyjątkowo dużo na głowie. Ale staram się i pracuję nad tym, żeby mój rytm był rzeczywiście *mój*, nie fast, nie slow, nie jakikolwiek inny. Mój i dopasowany do tego, czego w danej chwili mi trzeba. 🙂

    • No pewnie! Każdy z nas jest inny, ma mniej lub więcej spraw na głowie i nie chodzi o narzucanie komuś rytmu, nie o to w tym wszystkim chodzi! Ale tak jak piszesz, najważniejsze jest odnaleźć swój rytm, dopasowywać się do istniejących warunków i znajdować szczęście w tym co się robi.

  • Jakbym czytała o sobie. „przecież to niezwykłe szczęście, że mam w życiu tyle okazji do uśmiechu. Tylko żadnej z tych rzeczy nie muszę kupować.” – dokładnie!

    Jak czasem biorę do ręki czasopisma (nawet te opiniotwórcze) to naprawdę mam wrażenie, że artykuły pisane są tylko po to, by wywoływać negatywne emocje: freelancerzy – niebezpieczna moda na odchodzenie z etatu, etatowcy – sprzedają swój czas korporacjom, Slow life – fanaberie dla bogatych, minimalizm – moda dla osób, które stać na dobra luksusowe, bycie oryginalnym – ekscentryczne zaspokajanie własnej próżności, normcore – brak własnego poczucia estetyki.

    Tymczasem, szczęśliwe życie jest proste i mamy do tego wszystkie potrzebne składniki. <3

    • Też mam wrażenie, że wszędzie szuka się sensacji i jedzie się po tym najniższych instynktach, grając na emocjach i prowokując negatywne odczucia.

      Od dłuższego czasu zmieniłam swoje nastawienie. Pracuję przede wszystkim nad sobą, bo na to mam wpływ i widzę jak wielki progres poczyniłam. Staram się nie przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu, celebrować małe sukcesy, cieszyć się z małych, błahych rzeczy, zauważać pozytywne zmiany. Po prostu zdecydowałam, że będę szczęśliwa i tak się rzeczywiście dzieje! Znajomi w moim otoczeniu to zauważają, też inaczej się do mnie odnoszą. Z negatywnych sytuacji wyciągam wnioski i idę dalej. Czy życie nie byłoby lepsze gdyby każdy spojrzał na siebie i zaczął zmiany właśnie od siebie zamiast krytykować wszystko dookoła?

      • „Staram się nie przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu” etc. – u mnie to samo, od lat kilku inna jakość życia. Ostatnio chyba jestem też mądrzejsza w myśleniu o problemach, bo widzę jak na dłoni że paradoksalnie też służą. Rozbudowują doświadczenie, pomagają unikać podobnych lub trudniejszych sytuacji na przyszłość, w skrajnych wypadkach choćby uwrażliwiają, zwiększają empatię… Poza tym nigdy nie wiemy, co by nas spotkało, gdyby dany problem na drodze się nie pojawił. Nie ma zero-jedynkowo.

  • Olga

    Bardzo dziękuję za wszystkie głosy i za zainteresowanie moim tekstem. Pomysł na slow life, który przedstawia Autorka i Czytelniczki, bardzo do mnie przemawia i pewnie sama go praktykuję, bo dzień zaczynam od spaceru z psem w lesie, a kiedy piszę, nigdy nie odmawiam sobie przerwy na herbatę 🙂 Fragment mojego felietonu dotyczy natomiast „slow life” jako hasła reklamowego, które pojawia się często w kontekście niestety kosztownych produktów i usług (podobnie jak minimalizm – bo jak tu być minimalistą bez ślicznego macbooka?). Zdarza mi się trafiać na artykuły, magazyny czy blogi, z których wynika, że życie bez pośpiechu można smakować najlepiej w ekskluzywnym spa na dalekiej wyspie. Wydaje się ono wtedy luksusem, nieosiągalnym celem, na który trzeba zarobić, natyrać się, podczas gdy przecież wiele przyjemności, które spokojnie można zakwalifikować jako slow life, są w zasięgu ręki i nie kosztują nic, jak spacer albo drzemka. Pozdrawiam!

    • Każdą, nawet najbardziej wartościową prawdę, da się ubrać w hasło sprzedażowe, mające niewiele wspólnego z pierwotnym znaczeniem. Pytanie czy zależy nam na wartości danej idei dla nas (czasem wybraniu z niej danych elementów), czy raczej na dowartościowaniu się, cynicznie sprowadzając wszystko do banału i krytykując np. pseudominimalistów czy wyznawców slow life tylko w wersji luksusowej. Rozumiem, że artykuły pisane są dla czytelników, więc pytanie, czy właśnie do takiego profilu czytelnika tworzone są teksty w czasopismach. Bardzo często widzę właśnie artykuły oparte na krytyce zakrzywionego obrazu danego zjawiska, w których między samą ideą a jej wypaczoną wersją postawiony jest znak równości.

      • Olga

        Cieszę się, że pisze Pani tak rozsądnie i świadomie. Jestem wyczulona na przeobrażanie różnych cennych zjawisk, postaw i zachowań w towary luksusowe, od kiedy zaobserwowałam ten proces na przykładzie wegetarianizmu. Nie jem mięsa od kilkunastu lat i kiedy zaczynałam, wegetarianizm był postrzegany jako dieta dla subkulturowych freaków, a bary wegetariańskie oferowały tanie potrawy, więc zwykle oprócz punków i hipisów jadali tam emeryci. Minęło trochę czasu i co chwilę muszę w rozmaitych dyskusjach tłumaczyć się z zarzutów, że ludzi nie stać na wegetarianizm; pytam się wtedy, co tyle kosztuje – kasza, marchewka czy fasola? Sama znałam ludzi, którzy na studiach zostawali wege dla oszczędności! Tymczasem w międzyczasie, trochę jako sutek uboczny mody na zdrowe życie w ogóle (które również powinno być przecież demokratyczne) powstało skojarzenie diety wegetariańskiej z produktami trudno dostępnymi i luksusowymi, których nie można kupić w przeciętnym małym mieście. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że stało się ono tak silne. Myślę, że to doświadczenie podobne do tego, które opisuje Angelika.

        • Naturalnie, zawsze będą osoby, które sprowadzą wszystko do mody, lansu lub luksusu – pytanie, czy chcemy do nich należeć i z rozmawiać posługiwać się ich narracją. Ja też często odpieram zarzuty pod względem kosztów diety (w moim przypadku wegańskiej), ale nie opowiadam wtedy o pseudoweganach, którzy zdecydowali się na roślinną dietę, np. ze względów wizerunkowych. Trochę w ten sposób (może nie właściwie?) odebrałam przywołany tu fragment z „Przekroju”.

          • Olga

            Zachęcam do przeczytania całego tekstu, nie różni się naprawdę przesłaniem od głównego posta Angeliki. Pozdrawiam!

          • Bardzo chętnie, czy jest dostępny w sieci? Biorę pod uwagę, że przesłanie może być inne.

          • Olga

            Tylko na papierze, ale wrzucam całość, żeby wyjaśnić wszelkie nieporozumienia. Jak widać, to, co krytykuję w moim tekście, to „komercyjny slow life”.

            https://uploads.disquscdn.com/images/18cbc29823eae7a9d7218dd486eb5c0ea97ee752c8eaea256c9bfc294e98df89.jpg

          • Bardzo się cieszę, że wrzuciłaś cały tekst 🙂

          • Fajnie, że poruszyłyście temat mody na dietę. To mi tylko uświadamia jak jest niska świadomość ludzi, którzy krytykują dietę zarówno wegetariańską jak i wegańską. Ostatnio jak usłyszałam, że weganie to przecież nic nie mogą jeść to mnie krew zalała. My od kilkunastu miesięcy znacznie ograniczamy spożycie mięsa, sięgam po nie sporadycznie i widzę jak zmalały nasze rachunki za cotygodniowe zakupy spożywcze. A kupuję mnóstwo owoców, warzyw, kasz i gotuję w domu.

            W naszym kraju (choć nie tylko) brakuje edukacji dotyczącej żywienia, brakuje podstawowej wiedzy o tym skąd pochodzi żywność, dajemy się ponieść modom na pseudo diety, dzięki którym magicznie schudniemy w ciągu miesiąca, a nie potrafimy zacząć rozsądnie planować swoich posiłków z lokalnych i wszędzie dostępnych produktów.

    • To ja bardzo dziękuję za komentarz i głos w dyskusji. Odzew na ten tekst przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Olgo, przeczytałam Twój tekst przynajmniej kilkanaście razy i nie potrafię się w nim doszukać pozytywnego wydźwięku jeśli chodzi o slow life. Zgadzam się jednak, że jak z wszystkim życie w rytmie slow padło ofiarą marketingu i często pojawia się w kontekście zupełnie oderwanym od samej idei.

      Ludzie często utożsamiają szczęście z pieniędzmi i luksusem, a kolorowe czasopisma, piękne zdjęcia na Instagramie czy blogi często lansują nierealne obrazy, które kojarzone są potem z minimalizmem czy slow life. Dlatego tak często u siebie powtarzam, że szczęście można odnaleźć w codzienności, będąc zwyczajną dziewczyną, która pracuje, wynajmuje zwyczajne mieszkanie i dojeżdża do pracy na rowerze. Namawiam do tego, aby spojrzeć na siebie z boku, docenić to co się ma, być wdzięcznym i świadomie dążyć do odnajdywania radości w tych zwyczajnych momentach, które przecież składają się na nasze życie.

  • „Jestem zwykłą dziewczyną, która szuka szczęścia w codzienności.” – Jakie to proste i piękne! Jestem taka sama. Fakt, że warto postawić na modne dziś „slow life” – ja ciągle łapię się na tym, że nie umiem tak po prostu usiąść i robić nic. Nawet mąż mi mówi „Weź usiądź na tej dupie i porób nic!”. A ja wysyłam mu wtedy spojrzenie pt: „A jak to jest robić nic?” 🙂 Zawsze znajdę coś do roboty, taki nawyk. Mi też blisko do minimalizmu, choć nie ukrywam, że mam trochę tych kreatywnych rzeczy (wiesz jak jest, jak sobie obejrzysz mój IG) (głównie dlatego, że to dla mnie od lat pasja, która mnie rozwija kreatywnie i jest dla mnie odskocznią od codziennej gonitwy). Kiedyś marzyłam o tym, aby mieć pasję, odkryć ją w sobie. Gdy już tak się stało – zaczęłam zbierać stopniowo rzeczy, bo chciałam spróbować różnych technik w scrapbookingu. Najpierw zgarniałam wszystko, co było w domu, wykorzystywałam nawet metki po ubraniach. Z czasem zaczęłam inwestować w pasję więcej i więcej. Po kilku latach osiągnęłam stan, gdzie mogę śmiało i z dystansem powiedzieć „Mam wszystko, czego mi potrzeba, wszystko o czym marzyłam”. Ciężko na to pracowałam, ale to nadal są rzeczy – mam ten zdrowy rozsądek nadal, o którym wielu ludzi zapomina. Co ciekawe – w tym środowisku często jest tak, że chce sie mieć ciągle więcej. Ja np. obecnie jestem na etapie, gdzie już mi nic więcej nie trzeba 🙂 🙂 Te rzeczy to dla mnie właśnie drobiazgi, jestem bardzo dumna i szczęśliwa, że zapracowałam na nie i je mam, ale nie przysłaniają mi świata 🙂 (Całe szczęście!) Żartobliwie powiem tak jak moje koleżanki, scraperki (tak jest w tym środowisku), cytuję: „Jak ja mam wydać na ubrania, to ja wolę nowe papiery!” 🙂 No cholera, coś w tym jest!!! 🙂 🙂 Staram się zarażać tym ludzi. Scrapbooking to jak groźny wirus – jak już raz zachorujesz, to nie ma ucieczki 🙂 🙂 Niejako muszę być na bieżąco z pojawiającymi się nowościami, bo prowadzę jeden z projektów, który tego ode mnie wymaga.

    • Ostatnio oglądałam bardzo fajny dokument na Netflixie o minimalizmie i o twórcach bardzo popularnego bloga The Minimalists. Pięknie opowiadali o tym, że minimaliście wcale nie negują tego, że powinniśmy kupować, jednak powinniśmy dokonywać świadomych wyborów i kupować rzeczy, które lubimy/kochamy. Z tego co piszesz jasno wynika, że te małe rzeczy są środkiem do realizacji Twojej pasji. I moim zdaniem nie ma w tym nic złego. Dopóki w tym wszystkim jest zdrowy rozsądek i świadomość wyboru to rób to co kochasz!

      • Dokładnie tak jest 🙂 W najodważniejszych snach nie marzyłam, że kiedyś dorobię się takiej kolekcji, jaką mam teraz 🙂 Ale to mnie nie zmieniło 🙂 Nadal jestem bardzo skromnym człowiekiem 🙂 To rzeczywiście musiał być bardzo fajny dokument :)) Dziękuję! 🙂

  • Nie wiem, czy to dobry trop, ale wydaje mi się, że prekursorką stylu slow (przynajmniej w popkulturze) była tytułowa bohaterka francuskiego filmu „Amelia” 🙂

    • Macieju, muszę przyznać, że nie mam najmniejszego pojęcia. Nigdy nie widziałam Amelii i nigdy nie pomyślałam o niej w kontekście życia w rytmie slow. Masz jakieś przykłady, spostrzeżenia czy to tylko takie skojarzenie?

      • Takie mam skojarzenie (Amelia delektowała się życiem, najmniejszymi okruchami codzienności 😉
        Czy to podpada pod slow life? 🙂

        • No pewnie, że tak! To nawet esencja slow life 🙂 Muszę w takim razie nadrobić ten film 🙂

          • Koniecznie 🙂 Myślę, że ci się spodoba, a muzyka z filmu będzie za tobą chodzić przez wiele dni 😉

  • Przyjazne Życie

    Według mnie życie w rytmie slow to poprostu świadome życie, i nie uleganie każdej nowej modzie oraz mądry wybór tego czym się otaczamy.

    • Pięknie powiedziane. O tym piszę, aby być świadomym tego co mamy, tego gdzie zmierzamy i zachować przy tym zdrowy rozsądek.

  • Przyznaję, że niestety „slow life” do mnie nie przemawia ze względu na modę, ale i mój intensywny charakter. Teraz wszystko jest slow, wszyscy chcą być slow, a za tym niewiele idzie. Jednak nie rozumiem osób, których życie kręci się tylko wokół pracy. Nie żyję slow, a uważam, że potrafię się cieszyć z większej ilości rzeczy niż Ci którzy tą ideę stosują (promienie słońca przebłyskujące przez liście drzew, unoszące się na wietrze pyłki, codzienna kolacja z Ukochanym i widoki z punktów widokowych to jedne z moich ulubionych drobnostek). Uwielbiam żyć intensywnie, a i tak zawsze znajdę czas na moje przyjemności. Często się spieszę, uwielbiam kupować dobrej jakości, piękne przedmioty, otaczać tym co mi się podoba i nawet podróże przeżywam szybko i intensywnie. Dostrzegania pięknych drobnostek i delektowania się życiem trzeba po prostu się nauczyć, a to jak kto to nazywa to już mało istotne.

    • Ja uważam, że wszystko o czym piszesz to moja wersja bycia slow – czyli bycia po prostu szczęśliwym z tym co mamy. Bez znaczenia czy czasami przyspieszasz (bo nie da się tego uniknąć w dzisiejszym świecie). Dla mnie esencją tego wszystkiego jest to, aby potrafić docenić to co nas otacza, żyć w zgodzie ze sobą i w swoim tempie. Tak po prostu, szukając i robiąc rzeczy, które przyprawiają nas o motyle w brzuchu 🙂

  • Bardzo ciekawy wpis. 😉 Czasem mam wrażenie, że przez panującą ostatnio modę na bycie slow gdzieś w tym wszystkim gubi się prawdziwa idea odnajdywania piękna w codzienności… a przecież to właśnie jest najważniejsze w całym tym slow byciu. 🙂

    • Pewnie, że tak! To właśnie o odnajdowanie szczęścia w codzienności i zwykłych czynnościach chodzi, bez znaczenia jak to będziemy nazywać.

  • Myślę, że przytoczony fragment felietonu jest pokłosiem tego, że niektórzy traktują slow life jako modę, coś co wypada mieć, choćby na chwilę, coś, co można kupić. A przecież nie można, nawet za te miliardy, których nie masz ani Ty, ani ja, ani pewnie wiele osób, które po prostu zaczęły się przyjaźnić z codziennością, gdy odkryły, że kłócić się nie ma po co, bo przyjdzie nam spędzić razem całe życie;) A może po prostu było to włożenie kija w mrowisko? Tak czy inaczej, jak z każdym pomysłem na życie, różne będą jego interpretacje i różne sposoby realizacji – na zdrowie więc tym, dla których slow life to oddech po zapierniczaniu na maxa, niech choć tyle posmakują, to ich wybór i ich wolne (od wolności, nie powolności) wybory 🙂

    • Pewnie, że to moda. Tak samo jak nagle modne stało się hygge, a teraz szwedzkie lagom. I pewnie gdyby nie ta moda nigdy nie zwróciłabym uwagi na ten trend, więc cieszę się, że się tym zainteresowałam. Ja nie jestem doskonałym przykładem człowieka żyjącego super wolno. Jak to w życiu czasami muszę przyspieszyć, działać, gonić, ale to czego się nauczyłam dzięki slow life to umiejętność czerpania przyjemności z każdego z tych etapów w życiu. Najwidoczniej te doświadczenia są mi potrzebne, abym potrafiła inaczej spojrzeć na swoje życie, żebym mogła potem rozkoszować się jeszcze bardziej chwilami spędzonymi z rodziną, przyjaciółmi, mężem. Aby herbata wypita w spokoju smakowała jeszcze lepiej. Każdy ma inny tryb życia, nie ma złotego środka idealnego dla wszystkich. Ważne, aby każdy potrafił spojrzeć na siebie i po prostu odnaleźć odrobinę szczęścia w codzienności.

  • Pamiętam, kiedy mój prowadzący jeszcze na studiach, super człowiek (architekt) powiedział: „Słuchajcie, projekty projektami, kariera karierą, ale spędzić czas ze wspaniałymi ludźmi, a przy tym dobrze zjeść i wypić – to jest szczęście”.

    Utkwiły mi te słowa w głowie, pamietam je te kilka lat i nie umiem zapomnieć tej niepowtarzalnej atmosfery, jaką wokół siebie tworzył. Potrafił pogodzić pęd i wymagania zawodu ze smakowaniem życia. Pomógł mi zrobić wspaniałe projekty dyplomowe (które dzięki niemu były niezwykle mało stresujące, ale powalały innowacją i jakością), a przy okazji nauczył celebrowania.

    Chcę przez to powiedzieć, że w każdych warunkach, czy prowadząc sklepik z warzywami, będąc architektem, biznesmenem czy kimkolwiek innym, można (i wręcz trzeba) celebrować codzienność, żadna to fanaberia. I szkoda mi ludzi, którzy twierdzą, że slow life można uprawiać tylko na drugim krańcu świata wydając przy okazji bajońskie sumy, bo gubią tym samym esencję przeżywania życia.

    • Uau! To musi być wspaniały człowiek i wspaniały twórca 🙂 Ania, napisałabyś u siebie więcej o takich ludziach? Dla mnie takie historie są piękne i mega inspirujące!

      • Tak, fantastyczny człowiek! Uwielbia ludzi, uwielbia studentów, genialnie prowadzi zajęcia i robi najlepsze imprezy-biesiady ever, haha. 😀 Myślałam już o takich wpisach na swojego bloga i chyba pomyślę o nich jeszcze mocniej. 🙂 Dzięki za sugestię!

    • Piękne słowa. Bo kurczę musimy zrozumieć, że codzienność to największa część naszego życia. Czy naprawdę chcemy je spędzić ciągle na coś czekając? Na wakacje, na podwyżkę, na awans, na wyjście do luksusowej restauracji? Tyle jest okazji do śmiechu w ciągu dnia. Po prostu to róbmy, odpuśćmy sobie, dajmy sobie trochę luzu i cieszmy się życiem.

      To niezwykle ważne, że potrafiłaś wyciągnąć wnioski z tej znajomości. Mądry człowiek, cieszę się, że Wasze ścieżki się skrzyżowały.

      • Ja również. Polecił mi też książkę „Jak być leniwym” Toma Hodgkinsona – bardzo fajna, wyluzowująca lektura! 🙂

  • „Żadna ze mnie miliarderka, która ubzdurała sobie, że pewnego dnia pobędzie sobie slow. Jestem zwykłą dziewczyną, która szuka szczęścia w codzienności.” – i to jest chyba właśnie sedno świadomego życia tu i teraz 🙂

  • Doskonale rozumiem to zdanie i coś w tym rzeczywiście jest. Slow trzeba mieć gdzieś w obie, umieć docenić każdą chwilę, nie tylko tą wyczekaną i wychuchaną 🙂

    • Pewnie, że tak! To wszystko dzieje się u nas w głowach. Nastawienie jest tak ważne, aby dokonać jakichkolwiek zmian! 🙂

  • Przyznam, że też nieco zaskoczyły mnie te słowa, chociaż chyba rozumiem o co chodzi. Dużo w nurcie slow lifie mówi się o jakości ubrań na przykład i wszystkie propozycje są koszmarnie drogie. Nikt nie wspomina o tym, że można inaczej, że to nie o to chodzi w gruncie rzeczy. Może stąd to wrażenie? Ale z Tobą zgadzam się w zupełności!

    • Mnie też zaskoczyły te słowa, tym bardziej, że ja szczęśliwego życia nie utożsamiam z drogimi dobrami. I wcale nie uważam, że w przypadku ubrań należy wybierać drogie opcje. Trzeba uważać, czytać skład, bo często za ceną nie idzie jakość. Ja przyznaję, że chętnie po skórzane, wełniane, kaszmirowe ubrania zaglądam do sklepów charytatywnych czy po prostu do ciucholandów w Polsce. Wydaje mi się, że w życiu powinien wygrywać zdrowy rozsądek.

      Bardzo się cieszę 🙂 Czujesz, że potrafisz w życiu zwolnić i rozkoszować się chwilami w zwolnionym tempie?

      • Nie zawsze, ale próbuję zwalniać, a gdy zwalniam, to wtedy potrafię się rozkoszować chwilami 🙂

        • I właśnie o to chodzi! Aby już kiedy znajdziemy chwilę dla siebie czerpać z niej jak najwięcej. Udanego weekendu!