MIRAFLORES CZYLI INNE OBLICZE LIMY

Poprzednim razem zabrałam Was na spacer po centrum Limy, dzisiejszy dzień spędzimy nieco spokojniej, nad oceanem, spacerując i zachwycając się niesamowitymi widokami. Miraflores to dzielnica Limy położona na południu, której zdecydowanie bliżej do europejskich niż do południowo-amerykańskich kurortów.

Drugi dzień w Peru zaczęliśmy od szybkiego śniadania w hostelu. Swoją drogą prawie we wszystkich hostelach śniadanie było wliczone w cenę noclegu i było nazywane śniadaniem kontynentalnym, a składało się ono z pieczywa i dżemu. Bardzo słodkiego dżemu. Warto dodać, że mają tam fantastyczne pieczywo, w każdym regionie bułki mają inny kształt i inaczej smakują, ale generalnie jest pyszne. Po brytyjskim chlebie tostowym byłam spragniona pachnących, świeżych bułeczek i muszę przyznać, że bezkarnie zajadałam się białym pieczywem przez całe wakacje.

El Parque del Amor

Miraflores to dzielnica położona nad Oceanem Spokojnym, która zdecydowanie bardziej przypomina europejskie czy amerykańskie ulice. Pełno tu hoteli, sklepów, restauracji, które w niczym nie przypominają tych z centrum. Moje serce skradł bulwar, z którego rozpościera się widok na ocean, surferów, molo. Mogłabym tam spacerować bez końca. To tutaj znajduje się Park Miłości (El Parque del Amor), który od razu przywiódł mi na myśl słynny barceloński Park Güell. Park został otwarty 14 lutego 1993 r. czyli w Walentynki. Na środku znajduje się ogromna rzeźba poświęcona miłości, gdyż to właśnie w tym miejscu pary oglądają zachody słońca. “Pocałunek”, bo tak jest zatytułowana, został wykonany przez peruwiańskiego artystę Victora Delfina. Podobno w każde Walentynki odbywa się tam konkurs na najdłuższy pocałunek.

W parku jest mnóstwo ławeczek, wykonanych z fantazyjnych, kolorowych kafelek, po bulwarze biega i jeździ na rowerze mnóstwo ludzi. Wieczorami spotykają się tu grupki znajomych, rodziny spacerują, dzieci bawią się na placu zabaw i ćwiczą na siłowniach na wolnym powietrzu. Sielska atmosfera sprzyja relaksowi. Siadamy i patrzymy się w bezkres, obserwujemy ludzi, chłoniemy ten specyficzny zapach oceanu. Mamy też okazję zobaczyć buldoga, który jeździ na deskorolce… Szczęka nam opada! Po powrocie zupełnie przypadkowo natknęliśmy się na informację na BBC, że buldog z Limy pobił Rekord Guinnessa i przejechał na deskorolce przez najdłuższy tunel zbudowany z nóg 30 osób… Najwidoczniej widzieliśmy go podczas jego treningów.

Potem schodzimy na plażę, siadamy na kamieniach i obserwujemy zmagania surferów. Fale są duże, więc warunki idealne. Pytamy o cenę i Arek postanawia wrócić tu ostatniego dnia, aby nauczyć się surfować. Zmierzamy na molo i decydujemy się na tradycyjnego, lokalnego drinka jakim jest pisco sour. Jest to peruwiański koktajl na bazie trunku pisco, soku z cytryny lub limonki, białek jaj kurzych i gorzkiego likieru angostura. Mnie nie do końca smakuje, więc wybieram lokalne piwo. Widok za oknem jest nieziemski, a do tego uspakajający szum fal. Nareszcie mamy chwilę dla siebie i chyba dopiero wtedy dociera do mnie, że jesteśmy na wakacjach.

Zgłodnieliśmy, więc powoli zbieramy się i zmierzamy na tradycyjne ceviche. Na kulinarną ucztę po Peru zabierze Was już niedługo Arek, ale tylko napomknę, że jedzenie było obłędne. Świeże, domowe i pyszne. Na pewno się nie rozczarujecie!

Parque Kennedy

Wieczorem znów wracamy nad ocean, tym razem z zamiarem zobaczenia zachodu słońca. Niestety chmury są tak oporne, że nie widać nic. Trudno, za to wypijamy kolejne peruwiańskie piwko i udajemy się na kolację. Może już zdążyliście zauważyć, ale jestem ogromną fanką piwa. Wieczór spędzamy w Parku Kennediego (Parque Kennedy), w którym co wieczór kwitnie życie towarzyskie. Mnóstwo ludzi, małych budek z przeróżnym lokalnym jedzeniem, a także różnego rodzaju występy. W parku znajduje się mały amfiteatr, w którym codzienne coś się dzieje. Spędziliśmy tam trzy wieczory i mieliśmy okazję oglądać chłopaków, którzy przyjechali z biedniejszych dzielnic, aby uczyć tańczyć do muzyki house, śpiewający duet oraz orkiestrę złożoną z nastolatków, która dawała niezłego czadu. Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że przychodziły tam całe rodziny, od babć i dziadków po kilkuletnie dzieci. Widać było, że ten park tętni życiem i pozytywną energią.

Na dobicie zamówiliśmy porcję ichniejszych pączków polanych czymś co w smaku przypominało miód. Po takim intensywnym dniu śpimy jak zabici. Rano wstajemy skoro świt, aby zdążyć na samolot. Tym razem obieramy kierunek Cusco, aby w najbliższych dniach spełnić jedno z naszych marzeń i postawić nogę na Machu Picchu. Wiem, że wszyscy na to czekacie więc relacja już wkrótce (do poczytania tutaj)!


Jak Wam się podoba Miraflores? Odnaleźlibyście tu coś dla siebie? 

p1110429 p1110431 p1110433 p1110441 p1110444 p1110446 p1110450 p1110456 p1110462 p1110465 p1110468 p1110474 p1110476 p1110478 p1110479 p1110485 p1110489 p1110502 p1110506 p1110508-kopia p1110510 p1110511 p1110512 p1110514 p1110516 p1110539 p1110541 p1110545