PROJEKT DZIK CZYLI POWRÓT DO FORMY #2

Powroty bywają trudne. A szczególnie powroty do formy, do czystej michy i do wstawania skoro świt. Ale wiecie co? Po kilku tygodniach, to co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, trudne i wykraczające poza moją strefę komfortu stało się częścią codziennej rutyny. I to właśnie o to walczę w #projektdzik.


#projektdzik spadł mi jak z nieba. Szukałam motywacji do tego, aby nareszcie zrobić coś ze swoim ciałem, nawykami żywieniowymi, które pozostawiały wiele do życzenia. Szczególnie po istnej rozpuście w Stanach i podczas licznych podróży i odwiedzin w styczniu.

Niby na siłownię chodzę od lipca. Jednak wciąż i wciąż sobie wmawiałam, że jedyne co chcę na tej siłowni robić to uczęszczać na zajęcia. I tak też się działo, ale wiecie jak to jest. A tu mi godzina nie odpowiada, a tu jestem zmęczona, a tu widzę się ze znajomymi. I często kończyło się na dwóch zajęciach tygodniowo nie zważając do końca na to co jem. To znaczy pewnie, gotowałam lżej, lepiej, ale wpadki żywieniowe zdarzały się zdecydowanie za często.

CO JA ROBIĘ NA TEJ SIŁOWNI?!

Muszę się przyznać, że nieznajomość przeznaczenia maszyn paraliżowała mnie do tego stopnia, że nie chciałam iść na siłownię po to, aby poćwiczyć samemu. Dopiero Marta i jej zapał zmobilizowały mnie do tego, aby powoli wychodzić ze swojej strefy komfortu. Zaczęłam od treningów na bieżni (bo już kiedyś na takim sprzęcie trenowałam) i postawiłam sobie za cel, aby przy każdej kolejnej wizycie trenować na chociaż jednej nowej maszynie. Już czuję się zdecydowanie swobodniej, nie zważam na innych, czytam instrukcje i po prostu trenuję.

Do tego zdecydowanie częściej chodzę na zajęcia. Uwielbiam spinning, który odbywa się we wtorkowe poranki i to właśnie ten trening potrafi mnie tak pozytywnie naładować na resztę dnia, że nie opuszczam tych zajęć pod żadnym pozorem. Trener wybiera genialną, bardzo energetyczną muzykę, krzyczy, mobilizuje, tak że przy każdej pozycji daję z siebie wszystko. I nawet kiedy myślę, że już nie dam rady, zaciskam zęby i pedałuję dalej.

Kolejnymi zajęciami, na które chętnie chodzę jest Core Experience. To zajęcia, które przede wszystkim polegają na umocnieniu korpusu ciała i pracy nad prawidłową postawą. Brzmi niewinnie, ale przysiady, niezliczone planki i bardzo mocne ćwiczenia rozciągające dają naprawdę niesamowity efekt. Uwielbiam je ze względu na bardzo pozytywnego prowadzącego, który nie odpuszcza i z każdymi zajęciami podnosi poprzeczkę. Po takich porankach czuję się lekka, bóle pleców zniknęły a endorfinowe szaleństwo ogarnia mnie natychmiast.

Powróciłam również na zajęcia Circuits, które po polsku chyba nazywają się treningiem obwodowym. Kilka ćwiczeń, które wykonuje się zwykle z osobą towarzyszącą. Mamy tu różnego rodzaju przysiady z obciążeniem, planki, burpees, wykroki, podnoszenie ciężarów, stanie pod ścianą w przysiadzie, sprinty… Te ćwiczenia dają ostro w kość, ale wiem, że przynoszą niesamowite efekty, więc chętnie na nie chodzę. Jedynym minusem jest to, że odbywają się wieczorami, a ja wieczory lubię mieć dla siebie. Ale poświęcam się, jadę tam po pracy, a potem nie żałuję.

Kiedy nie chodzę na zajęcia staram się biegać na bieżni. Do mojej zeszłorocznej formy (podczas, której udało mi się ukończyć półmaraton w czasie 1:44) jeszcze mi daleko, ale wiem, że kiedy wyjadę z Cambridge i nie będę miała dostępu do siłowni, chętnie wrócę do treningów biegowych na świeżym powietrzu. W Polsce czekają mnie rozjazdy i mnóstwo spotkań, więc bieganie będzie idealną formą ćwiczeń. Bieganie traktuję jako rozgrzewkę, najczęściej biegam po pół godziny, potem albo pracuję nad górną partią ciała, podnoszę ciężary i wykonuję szereg ćwiczeń na przyrządach właśnie na bicka, albo na macie pracuję nad mięśniami brzucha. Albo odpalam sobie Mel B, albo wymyślam sobie sama serię ćwiczeń na brzuch i odmierzam czas na stoperze.

WYMIARY

Kiedyś miałam parę kilo więcej i niestety w mojej głowie nadal tkwi przeświadczenie, że do idealnej figury bardzo mi daleko. Zresztą brak akceptacji swojego ciała ma w moim przypadku bardzo głębokie podłoże psychiczne i trudno mi się pozbyć bardzo krytycznych komentarzy w stosunku do tego jak wyglądam.

Postanowiłam jednak, że #projektdzik nie będzie kolejnym projektem, który ma trwać tylko chwilę. Chcę, aby to wyzwanie zmieniło nie tylko to, jak ćwiczę i jem, ale również to jak myślę o sobie. Chcę aby ten projekt  wywarł trwałe zmiany, aby aktywność fizyczna stała się częścią mojego życia a zdrowe odżywianie czymś totalnie naturalnym. Szukam zmian na stałe a nie tymczasowych rozwiązań. Dlatego odważyłam się (kosztowało mnie to sporo emocji) i pierwszy raz w życiu  zmierzyłam się oraz zrobiłam sobie zdjęcia w samym staniku sportowym. To dla mnie duże wyzwanie, ale chyba tego mi potrzeba. Kolejne pomiary zrobię po miesiącu. Jednym z powodów, dla których nigdy się nie mierzyłam była obawa przed brakiem efektów. Zmierzyłam się dopiero na początku marca, mimo że regularnie ćwiczę i w miarę dobrze się odżywiam od końca stycznia…

Wymiary z 1 marca:

Udo: 51 cm

Brzuch: 80 cm

Talia: 67 cm

Biodra: 91 cm

Biust: 83 cm

PLAN TYGODNIA

Staram się ćwiczyć co najmniej 4 razy w tygodniu.

poniedziałek – Core Experience + wieczorem Circuits

wtorek – Spining

czwartek – Bieganie + ćwiczenia na górne partie ciała/brzuch

piątek – Core Experience + wieczorem Circuits

Wieczorne Circuits zależy od mojego samopoczucia. Wieczorami czasami sobie dorabiam w jednym z collegów i w zależności od ilości zmian w tygodniu dostosowuję ilość treningów. Po dniu, w którym na 7:00 jestem na siłowni, potem w pracy od 8:30-16:45 i kolejnej zmianie od 17:30 do 21:15 czasami po prostu padam na pysk. Piszę to tylko i wyłącznie po to aby Wam pokazać, że przy dobrej organizacji czasu i chęciach nawet przy ograniczonym czasie da się znaleźć czas na ćwiczenia, jak i na czas dla siebie. Bo nie cierpią na tym, ani moje towarzyskie zobowiązania, ani książkowe uzależnienie. I to właśnie kolejny powód, dla którego wraz z Martą i Arkiem zdecydowaliśmy się przeprowadzić #projektdzik na naszych blogach, aby pokazać Wam, że nawet mając tryliard obowiązków na głowie, powrót do formy jest możliwy.

Już w następnym wpisie z tej serii przedstawię Wam mój plan treningowy na pobicie 21 minut w biegu na 5 km, który czeka mnie 28 maja. A pod koniec czerwca czeka mnie półmaraton, więc od kwietnia to właśnie na bieganiu chciałabym się skupić.

Marta z dwójką małych dzieci, kursem szwedzkiego, blogiem, sesjami i licznymi podróżami daje czadu w swoich przygotowaniach do półmaratonu. Arek, podobnie jak ja w Cambridge, miał dwie prace, mieliśmy przeprowadzkę na głowie a niedługo zaczyna bardzo intensywny kurs w Warszawie, nadal znajduje radość w treningach i przygotowaniach do triatlonu.

Chciałabym też w tym miejscu wspomnieć o moich rodzicach, z których jestem niezwykle dumna. Oboje są bardzo aktywni fizycznie, mama chodzi dwa razy w tygodniu na areobik, tata sporo biega i pociągnął za sobą również mamę. Oboje przyłączyli się do projektu, mama będzie biegła ze mną 28 maja i chciałaby złamać 24:00min, a tata w czerwcu pobiegnie ze mną swój pierwszy półmaraton. Kiedy tylko robi się cieplej wskakują na rowery i odkrywają okolicę. Serce mi się raduje, łzy mam w oczach, gdy to piszę. Cudnie widzieć ich takich aktywnych, młodych i radosnych. Jak widzicie wiek, zawód, ani to kiedy zdecydujecie się na rozpoczęcie swojej przygody ze sportem nie ma znaczenia. Nie ma na co czekać.


Ciekawa jestem jak Wam się podoba sam pomysł tego projektu? Będziecie śledzić rezultaty? Macie jakieś pytania, wątpliwości? Piszcie śmiało!

 

Tutaj znajdziecie poprzednie wpisy z serii #projektdzik: