wskazówki, zwiedź ze mną świat
komentarzy 66

DLACZEGO WARTO PODRÓŻOWAĆ W RYTMIE SLOW? SLOW TRAVEL TO JEST TO.

Czasami zastanawiam się kiedy zmieniło się moje nastawienie do podróżowania? Nie potrafię znaleźć jednego, jedynego wydarzenia, które zmieniło moje podejście. Niepostrzeżenie zafascynowaliśmy się ideą slow travel.

Bądź ze mną szczery. Czy zdarza Ci się wrócić jeszcze bardziej zmęczonym po wakacjach? Stresujesz się, że nie zdążyłaś/eś zobaczyć największych atrakcji danego miasta? Ślepo patrzysz w przewodnik i nie zauważasz uroku odwiedzanego miejsca?

Ja już nie.

Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie wyjechać bez przygotowania, bez dogłębnego researchu na temat danego miasta, regionu czy państwa. Bez zaznaczenia w przewodniku kilkudziesięciu punktów, które koniecznie musimy zobaczyć. Bez których fotki nie mam co wracać do domu. Bez listy zabytków, muzeów, pomników i słynnych uliczek. Bez dokładnego planu wycieczki ze szczegółowym uwzględnieniem środków transportu.

W pewnym momencie zaczęło mnie to męczyć. Ten pospiech, odhaczanie kolejnych punktów z listy, bez najmniejszej satysfakcji. Ba! O radości i uśmiechu nie mówiąc. Zorientowałam się, że mam milion zdjęć, do których i tak nie wracam, bo nie chce mi się ich nawet przeglądać. Sto kadrów jakiś przypadkowych budynków, które po latach nic mi nie mówią. Jedno ujęcie nas. Stojących na baczność, pozujących na tle kolejnego odhaczonego must-see!

SLOW TRAVEL

Zaczęliśmy stopniowo zwalniać, odpuszczać, celebrować chwilę. Włóczyć się po przypadkowych uliczkach, wynajdując dzielnice, nieco oddalone od centrum, w których odpoczywają lokalsi. Zafascynowało nas wyszukiwanie alternatywnych knajpek, w których życie płynie wolniej. Zaczęliśmy spacerować, a nie gonić. Wynajdujemy ciekawe punkty nad wodą, aby usiąść i wczuć się w klimat miasta. Nadal chętnie zaglądamy do przeróżnych punktów widokowych, aby zatrzymać się na moment i spojrzeć na miasto z góry. Wszelakie targi staroci czy markety z jedzeniem to dla nas punkty, bez których nie wyobrażamy sobie jakiejkolwiek podróży. Wąchamy, próbujemy, kosztujemy, wsłuchujemy się w krzyki przekupek. Zawsze udaje nam się w ten sposób wyszukać jakieś lokalne przysmaki. Arek jest w tym naprawdę dobry! To dzięki niemu podróże niezmiennie kojarzą mi się z przepysznym jedzeniem.

Zwolnij, rozejrzyj się dookoła, to co napisałam może mieć równie dobrze odniesienie do Twojego miasta. Miasta, w którym mieszkasz i w którym codziennie gonisz na trasie praca-dom-praca. Od pewnego czasu zaczęliśmy inaczej spoglądać na Cambridge. Częściej wychodzić z kocem pod jedną i winem pod drugą pachą. Siadamy w parku, patrzymy w niebo, rozmawiamy. Odkrywamy nieznane dotąd zakamarki miasta. Chętniej wychodzimy na randki. Kosztujemy, smakujemy miasta, które jest naszym domem. Bo wcale nie trzeba wyjeżdżać na drugi koniec świata, aby przeżyć przygodę życia. To jest właśnie filozofia, którą powoli zaczynam wprowadzać w życie i która z każdym dniem daje nam coraz więcej siły do działania.

Nagle się okazuje, że tak wiele stref w naszym życiu, niepostrzeżenie zaczyna się ze sobą przeplatać. Moja fascynacja minimalizmem znalazła odzwierciedlenie zarówno w idei slow fashion, jak i minimalizmie kosmetycznym, a teraz się okazuje, że podróżować i żyć również można w rytmie slow! Upraszczajmy nasze życia, aby móc w pełni korzystać z dobrodziejstw, które spotykamy codziennie na naszej drodze. Kiedy jak nie teraz?

Filed under: wskazówki, zwiedź ze mną świat

by

W chwili obecnej mieszkam w Cambridge w Wielkiej Brytanii, gdzie pracuję. Czytam na potęgę, uwielbiam kryminały oraz pięknie wydane magazyny. Lubię gotować, choć Arek twierdzi, że gotuje lepiej. Uwielbiam jeść oraz próbować nowych smaków. Kocham podróże i staram się wyjeżdżać tak często jak to możliwe czy to za miasto czy na drugi koniec świata. Przeżywam ogromną fascynację ideą slow life i z chęcią Wam opowiem o tym jak zmieniam swoje życie oraz otaczającą mnie rzeczywistość.

  • My staramy sie zawsze znaleźć złoty środek. Nie gonimy od miejsca do miejsca, ale jednak staramy się zobaczyć jak najwięcej 😉 Typowo w rytmie slow odpoczywamy w miejscach dobrze nam znanych.

  • Świetny wpis. Z przyjemnością się go czytało 🙂

  • dlatego właśnie zdecydowałam się przyjechać do Malezji na prawie dwa miesiące i w międzyczasie zdalnie pracować. jasne, mogłabym przyjechać tu na 2 czy 3 tygodnie i zobaczyć w tym czasie większość atrakcji, ale mam wrażenie, że byłabym tym bardziej zmęczona, niż wypoczęta. ja cenię sobie na przykład poznawanie klimatu miasta. mieszkanie w Kuala Lumpur to fajne doświadczenie, które pozwala na to, by po prostu być, a nie tylko zwiedzać od atrakcji do atrakcji. 🙂

    • Mieszkanie w danym miejscu a odwiedzenie go na kilka dni to ogromna różnica. Jak mówisz poprzez mieszkanie możemy wczuć się w rolę mieszkańca, zatopić się w mieście. Iść na zakupy, poznać problemy lokalsów, poznać ich tryb życia, obserwować, uczyć się, smakować…

  • Nie powiem niczego nowego- ja rowniez zgadzam sie z Twoimi przemysleniami i filozofia podrozowania. Nie wiem czy znasz ksiazke ‚o wolnym podrozowaniu’ (autor Dan Kieran)- gosc tak bardzo pokochal slow travel, ze nawet odrzucil podrozowanie samolotami, bo wedlug niego to zbyt wygodne i latwe. Ksiazka daje do myslenia.

    • Dziękuję za polecenie! Mam ją na swojej liście książek do przeczytania. Przyznam, że czekam na tę lekturę z niecierpliwością. Chociaż nie potrafiłabym odrzucić samolotów, tak wydaje mi się, że sporo można się od Dana nauczyć.

  • Od dawna podróżuję w rytmie slow i bardzo to lubię. Chętnie bym jeszcze dodała do tego slow driving, żeby móc się dobrze porozglądać i napawać widokami, ale widzę, że to frustruje kierowców za mną 🙂

  • I to jest najfajniejsze w takim podróżowaniu, chociaż nie wiedziałam, że nazywa się to slow travel. Ja zwykle szukam przed podróżą najfajniejszych punktów do zwiedzenia, ale pozwalamy sobie na pełną dowolność jeśli chodzi o kolejność ich zwiedzania, często też odwiedzamy place zabaw (córka) i wałęsamy się po bocznych uliczkach 🙂

  • Pamiętam, że mojego pierwszego Eurotripa planowałem przez rok. Ustalaliśmy z kolegą co zobaczymy, jak będzie wyglądała nasza trasa, co chcemy zwiedzić w danym mieście. Ale nasze wszystkie plany wzięły w łeb i nasza podróż ostatecznie przybrała kompletnie inny kształt.
    Od tamtego czasu nauczyłem się, że nie ma sensu planować podróży zwłaszcza takich w jakich ja się lubuję. Jestem często zdany na przypadek (podróżuje autostopem) i powiem Ci szczerze, że teraz kompletnie nic nie planuję. Gdy jestem w nowym mieście mam już tak dobrze dograny plan działania, że wszystkiego dowiaduję się na miejscu 🙂

    • Ja jednak nadal planuję, nie tak obsesyjnie jak kiedyś, ale lubię zanurzyć się w klimat danego miejsca zanim tam pojedziemy. Chociaż rozumiem, że w przypadku podróży autostopem czasami jest to niemożliwe, a plan zwiedzania można ustalić będąc już na miejscu. I nie ma w tym nic złego! Ja widzę w tym same pozytywy 🙂 Podróże z nutką niepewności, ekscytacji – to jest to!

  • Brzmi genialnie, muszę się wybrać kiedyś na taką dłuższą podróż 🙂

  • Ja dużo lepiej odpoczywam i czuję, że rzeczywiście podróżuję od czasu, kiedy zaczęliśmy wyjeżdżać zupełnie bez planu na zwiedzanie i po prostu każdego dnia spontanicznie podejmujemy decyzję. A poza tym – najlepszy rodzaj podróżowania to gastroturystyka 😉

    • Gastroturystyka to moja ulubiona aktywność 😀 Arek jest rewelacyjny w wyszukiwaniu ciekawych miejsc z dobrym, lokalnym jedzeniem. Ja odpowiadam za całą logistykę, Arek zajmuje się wyszukiwaniem klimatycznych miejsc pełnych smakołyków.
      Ja też nareszcie odpoczywam! To wcale nie takie łatwe, prawda?

  • Otóż to. Dlatego właśnie po obejrzeniu w Paryżu Moulin Rouge wybraliśmy się na spacer po okolicy i znaleźliśmy mało znany skwer nieopodal (nieoznaczony w przewodnikach, ciężki do znalezienia w sieci) gdzie była czarna ściana z wypisanym słowem „Kocham Cię” w kilkudziesięciu językach. Piękne miejsce, zero turystów, na uboczu. Kwintesencja slow travel w małej, łatwo przyswajalnej pigułce 🙂

  • Moje „slow” nie wyklucza przygotowania, wertowania podróżników, oglądania zabytków… wyjazd w którym będę bez celu szwędać się po uliczkach i gapić w niebo nie będzie mnie satysfakcjonował. „Slow” to nie tempo chodzenia czy plan na zwiedzanie, „slow” to stan umysłu, uczucie kiedy masz wrażenie, że odczuwasz miejsce każdym zmysłem, że przepływa ono przez Ciebie. To „Slow” każdy musi odnaleźć na swój sposób.

    • W 100% się zgadzam. Slow to pojęcie względne i każdy musi odnaleźć swój sposób na szczęśliwe podróżowanie. Ja nadal czytam przewodniki i blogi przed wyjazdem, staram się zrozumieć miejsce i historię rejonu, do którego jedziemy. Zabytki są ważną częścią podróży, jednak zrozumiałam, że czasami wolę odpuścić kilka z nich, aby móc wieczorem przy winie kosztować lokalnych specjałów czy z mężem pójść na niezobowiązujący spacer.

  • Uwielbiam w nowym miejscu nastawiać się na to na co ja i mój towarzysz podróży mamy ochotę. Jeżeli jesteśmy w nastroju spaceru to po prostu ruszamy przed siebie i niejednokrotnie jak grzyby po deszczy wyskakują najpiękniejsze atrakcje miasta. Czasem nastawiamy się na kulinarny szlak, więc wędrujemy tylko tam gdzie wiemy, że smacznie zjemy bez względu na czas, w którym ucieka nam jeden dzień na plażing czy zwiedzanie. A i najważniejsze, po każdym powrocie z podróży planujemy tak by jeszcze doba została nam do powrotu do zawodowej rzeczywistości, w której spokojnie będziemy mogli się zaakomodować. Świetnie udał mi się ten model opisać w artykule: Jak zaplanować ostatni dzień urlopu?

    • Natalio, właśnie o to chodzi! Aby odnaleźć swoje ścieżki, swoje szczęście. Nie ma uniwersalnych wskazówek i każdy podróżuje na swój wyjątkowy sposób. Fajnie, że się nie spieszycie i rozkoszujecie się danym miejscem. Kwintesencja wypoczynku w rytmie slow 🙂

  • Dzieci Bez Plastiku

    moim zdaniem do takiego podejścia do życia bardziej pasuje określenie „mniej” niż „wolniej” 🙂 a może raczej przez „mniej” dociera się do „wolniej”? chociażby Twój minimalizm kosmetyczny: kupujesz tego mniej, używasz mniej, wyrzucasz mniej – masz więcej czasu = żyjesz wolniej 🙂 minimalizm podróżniczy: planujesz mniej, grzebiesz w internetach mniej, stresujesz się mniej – masz więcej czasu = żyjesz wolniej 🙂 my praktykujemy jednocześnie minimalizm zakupowy, śmieciowy, podróżniczy i pewnie jeszcze kilka można by tu wymienić: zamiast kolejnej wyprawy do galerii handlowej, zakupu kolejnej zabawki (bo takiej jeszcze nie ma) czy pary butów (bo są w przecenie) i produkcji śmieci idziemy nad strumyk, moczymy nogi, obserwujemy jak odpływają wrzucone do wody liście, zajadamy znalezione po drodze orzeszki, zbieramy kamyczki, karmimy kaczki, słuchamy szumu wody i wracamy wypoczęci do domu 🙂 według nas „mniej” znaczy „więcej”, a tuż za nim idzie „wolniej” 🙂 zapraszamy: http://www.kidswithoutplastic.blogspot.com 🙂

    • Mniej, wolniej, szczęśliwiej? Któż by dbał o definicję skoro widzę, że zmierzamy do tego samego 🙂 Fajnie, że podzieliłaś się swoimi spostrzeżeniami. Dopiero od niedawna jestem na ścieżce świadomego życia, ale sama widzę jak wiele z tych rzeczy się zazębia i uzupełnia.

  • Pięknie to ujęłaś. Podróże w stylu slow, a czasem nawet „mikrowyprawy” to coś, co sama staram się praktykować. Lubię wybrać alternatywną trasę po mieście pełnym turystów. Uwielbiam targi i małe, lokalne bary. Dzięki zejściu z trasy wycieczkowej można zobaczyć o wiele więcej. Chłonie się miasto całą sobą! Miło tu u Ciebie, będę zaglądać 🙂

    • U nas z urlopem kiepsko, więc staramy się czerpać jak najwięcej właśnie z tych mikrowypraw. Nawet podczas jednodniowych wypadów można naładować baterie!
      Targi, małe bary, punkty widokowe, parki – to właśnie to co uwielbiam!

  • Nie do końca się zgadzam z taką formą podróżowania. Podobnie, jak @fostermarine:disqus staram się to wyważyć. Często chcę zobaczyć więcej niż jest to możliwe, ale nigdy się nie upieram, nie biegam, bo muszę zobaczyć wszystko co mam na liście. Zazwyczaj zostaje na niej sporo punktów „nie zaliczonych”. Ale to nic! Wiem, że zobaczę to następnym razem – szczególnie jeśli jest to miejsce, do którego chce mi się wracać.

    • A z czym się Justyno nie zgadzasz?

      • Oczywiście to w jaki sposób się podróżuje jest kwestią gustu i nie mnie to oceniać. Po prostu jeśli planuję gdzieś jechać to mam w tym jakiś cel (na pewno jest tam coś co chcę zobaczyć lub zrobić). Pisząc to, ciągle nasuwa mi się Londyn, więc postaram się to opisać na tym przykładzie. Byłam tam dwa razy i jestem zakochana w tym mieście. Odwiedzając go pierwszy raz, oczywiście nie mogłam sobie odpuścić tych najpopularniejszych, turystycznych atrakcji (wtedy było to dla mnie duże wow). Byłam tam wtedy krótko i nie mogłam przeżyć, że zabrakło mi czasu, by zobaczyć Tower Bridge (No bo jak? Być tam i nie widzieć takiego symbolu Wielkiej Brytanii? A co jeśli tam więcej nie pojadę i już nigdy go nie zobaczę?) Długo mnie to męczyło, ale później stwierdziłam, że zobaczę następnym razem. Tak się stało. O ile za pierwszym razem faktycznie była duża spina w zwiedzaniu najpopularniejszych miejsc, tak za drugim było zupełnie odwrotnie. Trochę też tak, jak napisałaś (miejsca gdzie nie ma turystów, klimatyczne kawiarnie, uliczki, często przypadkowo odkryte fajne miejsca itd.) – tylko (nie wiem czy dobrze zrozumiałam) Ty podróżujesz bez planu i po prostu spacerujesz gdzie Cię nogi poniosą. My z ukochanym zawsze mamy jakiś plan np. chcemy pojechać do Greenwich z centrum- to jest nasz cel, ale po drodze (nie mając tego w planie albo mając tak w głowie tylko po to żeby się tam zatrzymać) zatrzymujemy się na Canary Wharf – tak właściwie nie ma tam nic szczególnego jeśli chodzi o atrakcje turystyczne – nawet bym powiedziała, że nie widziałam tam w ogóle turystów – zaskoczyły mnie te pustki – ale przy okazji zobaczyłam fajne doki, podobnie było gdy zwiedzaliśmy Tower Bridge – wystarczyło wejść w uliczkę obok, by zobaczyć coś pięknego (mimo, że było to w okolicy tak popularnego miejsca – nikt tam nie zaglądał) – takie miejsca najbardziej mi się podobają. Nie wiem czy wiesz co mam na myśli… My zawsze obieramy jakiś punkt docelowy, ale bierzemy pod uwagę, że będziemy krążyć gdzieś po okolicy i odkrywać fajne rzeczy, które raczej nie interesują zwykłych turystów. Teraz moja lista „atrakcji” do zobaczenia w Londynie ciągle się zapełnia i są na niej coraz mniej popularne wśród turystów miejsca (także te, w których można coś zjeść). Wiem, że zobaczę je następnym razem, a jak nie to jeszcze następnym – nie spinam się i nie mam sztywnego planu zwiedzania – ale zawsze mam jakiś cel – gdybym go nie miała, miałabym poczucie, że nie zrobiłam, czy nie zobaczyłam wystarczająco dużo, gdy stać mnie było na coś więcej.

        • Justyno, dziękuję że znalazłaś czas, aby mi wyjaśnić swoje wątpliwości. Jednocześnie jest mi strasznie przykro, że najwidoczniej nie wyraziłam się wystarczająco jasno. Nigdy nie powiedziałam, że nasze podróże polegają na chodzeniu bez celu. Chociaż czasami warto się zgubić i z niecierpliwością czekać na to co czeka za rogiem. Jednak generalnie nasze podróże polegają na przeżywaniu miejsca całym sobą. I zachęcam ludzi do odnalezienia tego co lubią robić najbardziej. Usiąść w knajpce pełnej miejscowych, wypić lokalne wino, zajrzeć do parku w niedzielę, kiedy rodziny udają się na spacer. Zatrzymać się, obserwować lokalsów, zrozumieć jak ludzie w danym miejscu żyją. Serdecznie Cię zapraszam do przeczytania naszych podróżniczych postów, może one pomogą Ci zrozumieć w jaki sposób podróżujemy.

  • Paulina Błaszkiewicz

    Trend „slow” wkracza powoli w coraz więcej aspektów naszego życia.. i bardzo mnie to cieszy 🙂 Bo w codziennej gonitwie coraz częściej zapominamy żeby po prostu „być”. Fajne porady, niestety w tym roku jestem już po urlopie… ale w czasie kolejnego wyjazdu na pewno skorzystam z Twoich porad.

    • Ale fajnie to napisałaś: zapominamy żeby po prostu ‚być’! Strasznie mi się spodobało to stwierdzenie. I masz rację, slow wkracza w każdą dziedzinę życia… Okropnie mnie to fascynuje i mimo, że jeszcze nie osiągnęliśmy punktu, w którym wszystko jest slow i świadome to proces się rozpoczął i widzę, że czerpiemy dużo większą radość z codzienności. Wcale nie trzeba wyjeżdżać! Wystarczy zagłębić się w swoje miasto, próbować je zrozumieć, poznać jego historię, posiedzieć na ławce…

  • Sama lubię szybkie tempo podróży i najbardziej kręcą mnie podróże, w których w ciągu kilku dni zobaczę kilka miast, ale przy tym nie stresuję się już koniecznością odhaczenia najbardziej znanych atrakcji. Czasem chodzę bez mapy i trafiam tam, gdzie mnie poniesie, często zatrzymując się w lokalnych knajpach i w różnych naturalnych punktach typu park czy wzgórze widokowe. To taka moja wersja slow-fast travel 🙂

    • Mi się wydaje, że szybkie tempo podróży wcale nie wyklucza slow travel! Mam wrażenie, że podróżowanie w rytmie slow to filozofia, która jest na tyle elastyczna i niejednoznaczna, że każdy może ją dostosować do swoich preferencji. Tu chodzi o celebrację miejsca, zrozumienie go, wykorzystanie chwili do cna.

      Uwielbiam te momenty, kiedy przez zupełny przypadek natkniemy się na knajpkę pełną lokalsów. Mamy wtedy 100% gwarancję, że zjemy dobrze i lokalnie.

  • Nie lubię planować zwiedzania, wolę zajrzeć gdzieś po drodze, niż mieć do siebie wyrzuty sumienia, kiedy nie spełniłam w 100% planu. Choć cały czas mam wrażenie, że dzień jest za krótki na zwiedzanie tak na spokojnie. Chciałabym zagłębić się w „Slow travel” 🙂

    • Oj dni są zdecydowanie za krótkie, szczególnie, że tyle pięknych miejsc mamy na świecie! Ja kiedyś planowałam wszystko ze szczegółami, teraz raczej tworzę luźny zarys wycieczek, które dostosowujemy do warunków pogodowych i naszych humorów 🙂

  • Izabela Bielicka

    Dziękuję za ten wpis… od lat „traktuję” w ten właśnie sposób moje ukochane miasto – Toruń. Bawię się w turystę slow-travel i smakuję Toruń okiem gościa… teraz zainspirowałaś mnie do takiego samego podejścia w innych miejscach. Staram się to robić, ale kiedy wiem, że mam ograniczony czas, zdarza mi się nadal „odhaczać” – żeby nie stracić – ale czego? no właśnie…

    • Izo, tak jak już Ci napisałam na FB, kocham Toruń całym sercem! I wiem, że jest to miasto, w którym można się zatracić i odpoczywać w rytmie slow.

      Kiedyś też nie wyobrażałam sobie pojechać do danego miejsca i nie zobaczyć wszystkich najważniejszych atrakcji. Powoli zaczęłam odpuszczać i zauważyłam, że świat się nie zawalił! Że tak jak mówisz, zorientowałam się, że mam wtedy więcej czasu na skupienie się i na celebrację mniejszej ilości aktywności w danym miejscu.

  • Pięknie napisane, aż sama zaczęłam się zastanawiać nad swoim sposobem podróżowania. Wydaje mi się, że jestem gdzieś pomiędzy – z jednej strony pędzę i chcę nacieszyć oczy pięknym widokiem, zawsze jadę przygotowana, z listą miejsc do koniecznego odwiedzenia, a z drugiej strony – coraz częściej wybieram miejsca, które wiem, że zaspokoją mnie na dłużej. Brzeg rzeki, punkty widokowe, a nawet wieczór w hotelu przy lokalnym winie. Uciekam od muzeów i miejsc, w których roi się od ludzi – wolę odludne miejscówki, takie tylko dla mnie. Znaleźć w tym wszystkim równowagę – tak, chyba tego oczekuję dziś od podróży 🙂

    • Pięknie to ujęłaś! Ja we wszystkim w życiu staram się znaleźć balans. Nadal nie wyobrażam sobie podróży bez żadnego przygotowania, bo to na blogach czy w przewodnikach znajduję interesujące mnie miejscówki, ale dokonuję większej selekcji. Więcej czasu zostawiam na spacery, luźne pogawędki z widokiem na panoramę miasta, lokalne wino pite nad brzegiem morza… Takie momenty na długo zostają w pamięci 🙂

  • Angela, świetny wpis 🙂
    Ja troszkę podejrzewam, że slow travel mogliście zacząć zarażać się we Włoszech:) A wiesz co jest śmieszne? Że ja moje odwiedziny u Was w Perugii uważam za jeden z fajniejszych wyjazdów jaki miałam: Perugii nie ‚zwiedziliśmy” a za to cały dzień siedzieliśmy wszyscy nad jeziorem, robiliśmy grilla, opalaliśmy się i wróciłam do Bolonii z nową energią! To właśnie chyba były też moje początki slow life…. Dziś właśnie tak lubię podróżować i tak jak mówisz, nawet we własnym mieście lub ogólnie w naszej niedocenianej Polsce możemy znaleźć super klimat. Ostatnio takim rodzimym odkryciem był dla mnie Lublin- długie rozmowy nad deską serów z Lubelszczyzny przy akompaniamencie wschodniej muzyki naprawdę mnie ukoiły!
    Moja strategia jest zawsze taka, że co prawda wciąż dużo planuję, sprawdzam co można zobaczyć i z czego słynie dane miejsce, ale bardziej po to by mieć taki generalny ogląd na to czego szukać / co może nam się spodobać/ czego unikać żeby nagle nie znaleźć się w parszywej dzielnicy lub żeby znaleźć miejsce o którym dużo czytałam. Ostatecznie jak już tam jesteśmy to jakimś magicznym sposobem dowiadujemy się najlepszych informacji od miejscowych, zabłądzimy w jakiejś uliczce gdzie znajdziemy pachnącą jedzonkiem knajpę, lub po prostu zobaczymy na własne oczy coś, co uznamy za najciekawszą opcję 🙂

    • Kasiu, też mam wrażenie, że we Włoszech powoli zaczęła się w nas budzić chęć podróżowania w nieco inny niż dotychczas sposób. Pyszne jedzenie, długie spacery, dobre towarzystwo, wyborne wino. Mieszkanie z Włoszką pomogło nam lepiej zrozumieć tę kulturę, przeniknąć ją, stać się jej częścią – to jest bardzo ważna część świadomych podróży. Ja nadal dużo czytam, przygotowuję się do podróży, jednak już nie z uporem maniaka. Dokonuję selekcji, wysypiam się (kiedyś potrafiłam wstać skoro świt, aby mieć więcej czasu na zwiedzanie, a w południe byłam już zmęczona i nie potrafiłam czerpać radości z tego co przynosił dzień), i nie boję się przystanąć, usiąść w jakiejś knajpce i po prostu obserwować.
      Ja też niezwykle miło wspominam ten weekend! Musicie kiedyś z Michałem wpaść! Zrobimy sobie angielski weekend w rytmie slow 🙂

  • Nie do końca potrafiłabym się oddać idei slow fashion, lubię listy i planowanie każdej podróży, ale włóczyć się bez celu, chłonąć miejsca całym umysłem potrafię i wiele z moich planów jest weryfikowanych ze względu na właśnie dobre okazje. 🙂

    • Ja również czerpię niebywałą przyjemność z planowania podróży! Nadal robię reseach, aby przypadkiem nie tracić już na to czasu na miejscu. Nadal podpytuję znajomych czy czytelników na blogu. Jednak zamiast w pędzie odwiedzać kolejne zabytki, wybieram kilka interesujących punktów i na nich się skupiam. Częściej też delektujemy się lokalnymi przysmakami, chodzimy na kolorowe i gwarne targi, szukamy punktów widokowych, a jeśli to możliwe siadamy gdzieś w parku czy nad rzeką.

      Slow travel w moim rozumieniu wcale nie oznacza rezygnacji z planowania i zwiedzania. Przeciwnie – zakłada mądre planowanie, tak aby zwolnić i cieszyć się daną podróżą w 100%.

  • Świetnie to ujęłaś „Slow Travel” 🙂 zgadzam się z Tobą

  • To prawda, dobrze jest zwolnić i pozachwycać się nad światem, to również moja dewiza. Lubię wypisać sobie jakąś listę must-see (szczególnie punktów z widokiem z góry 🙂 ), wyznaczam sobie jeden porządny cel dziennie, a resztę dnia spędzam w powolnym rytmie zaglądając w nieznane zakamarki (nierzadko odkrywając przypadkiem kolejny cel z listy), siadam w przytulnej kawiarence i obserwuję ludzi. 🙂

  • Na początku sierpnia wybrałam się ze znajomymi na „weekendowy urlop” do jednej z europejskich stolic. Przed wyjazdem starałam się trochę o mieście poczytać i przygotowałam listę miejsc, które chciałabym odwiedzić i rzeczy, które chciałabym zrobić. Jak na 3 dni było to naprawdę niewiele – zakładałam zwiedzenie Pałacu Królewskiego i rezydencji królewskiej na przedmieściach, wykupienie krótkiej wycieczki promem oraz wizytę w ponoć kultowym fast-foodzie. Myślałam, że resztę czasu spędzimy na piknikach w licznych parkach, odwiedzając lokalne kawiarnie czy włócząc się trochę po mieście. Niestety moi współtowarzysze plan mieli bardziej „slow” niż ja – chcieli bite 3 dni szwędać się po mieście i nic poza tym. Wieczorem impreza w mieszkaniu, rano spanie do południa 😉 Moim zdaniem, to też nie jest fajne i bardzo żałuję, że tak późno zdecydowałam się na odłączenie się od grupy, bo przez to nie miałam już czasu na wspomnianą wyżej rezydencję, a poza wspomnianym fast-foodem nie zjadłam żadnych lokalnych potraw.

    Zmierzam do tego, że mnie udało się choć delikatnie poczuć miasto, bo poznałam trochę jego historię (wycieczka do Pałacu Królewskiego + rejs z przewodnikiem), poczytałam o nim i zwiedzając, wiedziałam, gdzie jestem i z czym to się wiąże, umiałam wybrać ciekawe trasy spacerów. Nno i na koniec zjadłam lokalny przysmak 😉 A czy reszta, która tylko chodziła bez celu, poczuła miasto? Osobiście wątpię 🙂 I tak jak odhaczanie kolejnych punktów z olbrzymiej listy i związany z tym stres uważam za głupotę, tak nie sądzę, by lepsze było takie bezmyślne włóczenie się. Trzeba umieć to wypośrodkować, czego sobie i wszystkim innym życzę 🙂

    • Olu, dziękuję Ci za ten komentarz i czas, który poświęciłaś na jego napisanie.

      Fajnie, że zwróciłaś uwagę na problem, który moim zdaniem ze slow travel nie ma nic wspólnego. Dobitnie nazwałabym go ignorancją i rodzajem zwiedzania, którego sama nie znoszę. Dlatego wycieczki w większym gronie potrafią być niebezpieczne – ile ludzi, tyle potrzeb, które jak się okazuje trudno zaspokoić bez urażenia potrzeb innych członków wycieczki.

      Tak jak odpisałam Kasi poniżej, ja nadal kocham podróżować, a podróżowanie dla mnie oznacza poznawanie innej kultury, odkrywanie dorobku kulturalnego danego państwa, próbowanie lokalnych smakołyków. I tak jak napisałaś, research przed wyjazdem pozwala Ci poczuć co dla Ciebie będzie interesujące, oddzielić to na co wolałabyś nie tracić czasu od tego na co ten czas z przyjemnością poświęcisz. I ja broń boże nie namawiam do wyjazdów w stylu: jedźmy, powłóczmy się, wyjedźmy. Po to jednak trudzimy się, aby przejechać jakiś odcinek drogi, aby poczuć niepowtarzalny klimat danego miejsca. Jedyne do czego namawiam to podróżowanie z głową, z nastawieniem na odkrywanie nowych miejsc, które w 100% będą odpowiadać Tobie. Namawiam do zwolnienia, zatrzymania się w lokalnej knajpce, poobserwowania lokalsów, czerpania pełnymi garściami atmosfery miasta bez zbędnego pospiechu.

      Mam wrażenie, że zgadzamy się, jak myślisz? 🙂

      • Jasne, że się zgadzam! To takie moje świeże doświadczenie było i uznałam, że warto się nim pod tym wpisem podzielić 🙂

  • u nas tez podobnie, mimo, że lubię mieć wszystko zaplanowane, o ile można cokolwiek zaplanować z trzylatką, to czasami takie zwolnienie tempa w wakacyjnym tonie jest bardzo przydatne.
    chyba mozna więcej zyskać dając sobie więcej czasu i celebrując dane miejsce, jego smaki i klimat.

    • Wydaje mi sie, ze takie podejscie do podrozy jest tym bardziej wskazane w przypadku podrozowania z dziecmi. Pikniki, spacery, smakowanie lokalnych przysmakow, widoki z punktow widokowych, parki, ogrody…

  • Bardzo mi się podoba ten wpis 🙂 odliczanie kolejnych punktów na liście po to by później móc powiedzieć że się tam było jest…słabe. Może to śmieszne ale ja lubię chwilę kiedy czekam na przystanku jadąc do pracy i mam czas na spokojnie posiedzieć i pomyśleć, rozejrzeć się dookoła. Świat i tak strasznie szybko pędzi więc zwolnijmy bo życie nam przeleciał przez palce 🙂

    • Dokładnie! Ja często zmieniam trasę, którą jadę do pracy, aby móc popatrzeć na Cambridge. Na lunch wyskakuję, aby się przejść nad rzekę, albo rozkładam koc na trawniku obok, włączam ulubioną muzykę i odpoczywam, chłonę miasto.
      Tak samo podczas podróży, wolę przystanąć, przysiąść i zachwycić się tym co widzę niż w biegu omijać życie.

      Piąteczka, Maja! Cieszę się, że wpis Ci się spodobał 🙂

  • Po ostatnim wyjeździe do Rzymu, gdzie z wywieszonym językiem biegalismy między jednym zabytkiem a drugim, zdecydowanie podpisuje sie pod podrózowaniem w rytmie slow. Najlepsza czesc całego wyjazdy była wtedy kiedy zaliczyliśmy wszystkie obowiazkowe zabytki i zaczelismy szwendać się uliczkami, zatrzymując sie na kieliszek wina albo drobna przekąskę w lokalnych knajpach.

    • Dokladnie! Sama widzisz o czym mowie 🙂 I potem to wlasnie do tych wspomnien najchetniej wracamy. Do tych spokojnych momentow, w ktorych cieszymy sie chwila, dobrym winem, dobrym towarzystwem i dobrym jedzeniem.

  • slow travel – jestem na TAK!!!

  • Slow travel to jedyna akceptowalna dla mnie forma podróżowania 🙂

    • Zawsze tak bylo czy musialas do tego dojrzec?

      • Chyba mam to w wyniku odreagowania szkolnych wycieczek, w których tak się wyładowuje plan by zmęczyć uczniów, by nie mieli siły pić w nocy 🙂

  • Z naciskiem na szczęście

    jest takie zdanie, które mnie urzekło: ,,Zwolnij, rozejrzyj się dookoła, to co napisałam może mieć równie dobrze odniesienie do Twojego miasta”. Czasem biegnąc za czymś nie zważamy, że możemy mieć jeszcze wspanialsze życie niż mamy.
    Pozdrawiam 🙂

    • Dokladnie! Mam wrazenie, ze dopiero jak przyjada do nas goscie wychodzimy na miasto i znow spogladamy na nie jako turysci. Teraz chetniej wychodzimy, zagladamy w nieznane nam zakamarki miasta, rozkoszujemy sie piknikami i zwyklymi spacerami. Czasami tak niewiele potrzeba!

  • Nigdy nie miałam wewnętrznej presji żeby zwiedzać nie wiadomo ile naraz. Wolę poleżeć na plaży lub pochodzić spokojnie po mieście i poczuć jego klimat, a nie latać od zabytku do zabytku 😉

    • Ja ciesze sie, ze nareszcie dojrzalam do tego, aby powiedziec glosno, ze odpuszczam bieganine i zaczynam cieszyc sie podrozowaniem. Nareszcie odnalazlam spokoj i radosc 🙂