Tag: dzienniki z podróży

DZIENNIKI Z PODRÓŻY TYDZIEŃ 1 – BALI

bali-co-zobaczyc

Bali jest niezwykle popularną destynacją wśród Australijczyków. Dlatego sami postanowiliśmy wykorzystać to, jak blisko wymarzonego Bali się znajdujemy i przylecieliśmy na tę rajską wyspę na miesiąc! Oto wspomnienia z pierwszego tygodnia, gotowi? Zapraszam na zwiedzanie Bali razem z nami. 

DZIEŃ 0 – 22.07.2018

To już nasz ostatni dzień w Palm Cove. Pamiętam to podekscytowanie, gdy wprowadzaliśmy się do tej maleńkiej miejscowości położonej nad oceanem 5 miesięcy temu. Znów serce pęka, bo zostawiamy za sobą kiełkujące przyjaźnie, znajome zakamarki i piękne wspomnienia. Zdaję sobie sprawę, że to cena jaką płacimy za życie w podróży, jednak świadomość tego wcale nie sprawia, że wyjeżdża mi się łatwiej.

Dzień zaczynamy wcześnie, od razu zabieramy się za pakowanie i sprzątanie. Lot mamy dopiero przed 22, a ja pracowałam jeszcze wczoraj do 23, więc stąd to zamieszanie do ostatniej chwili. Idzie nam wyjątkowo sprawnie, chyba mamy coraz większe doświadczenie, jeśli chodzi o pakowanie życia w kilka toreb. Większość bagażu ląduje od razu w aucie, na Bali pakujemy tylko jeden plecak. Dziś opuszczamy nasze mieszkanie do auta pakujemy, więc cały dobytek.

Kiedy nareszcie uporaliśmy się z pakowaniem, a pokój lśni, podjeżdżamy do mojej pracy, gdzie znajomemu zostawiamy auto z tobołami. Ostatni raz przechadzamy się  główną ulicą Palm Cove, a na drogę kupujemy gelato z ulubionej lodziarni. Żegnaj Palm Cove, it’s been a pleasure!

Zwarci i gotowi czekamy na znajomą, która podrzuci nas na lotnisko. Postanowiłam, że nie dam się emocjom i nie uroniłam ani jednej łzy. To było piękne doświadczenie, a przed nami jeszcze więcej nowych przygód, więc z podniesioną głową zaglądam w przyszłość. Zresztą, lecimy na miesiąc na Bali, niby dlaczego miałabym się smucić?

Lotnisko w Cairns jest naprawdę małe, kolejek tu nie ma, a przy bramkach stoi bar, z którego można zgarnąć zimnego Great Notherna i wypić na ławeczkach, czekając na otwarcie bramek. Takie rzeczy tylko w Australii.

Lecimy Jet Starem, czyli jednymi z najbardziej popularnych tanich linii w Australii, choć standard w porównaniu z Ryan Airem jest zdecydowanie większy. Oczywiście za wszelkie udogodnienia trzeba płacić, posiłek nie jest wliczony, ale jakby miejsca na nogi więcej, a samoloty większe i nowsze.

Zmęczenie ostatnich dni, długich nocy pełnych zimnych trunków i pożegnań daje się we znaki i zaraz po starcie odpływam i budzi mnie dopiero głos stewardessy ogłaszającej przygotowanie do lądowania. Lot z Cairns do Denpasar na Bali trwał 4,5h.

Przylatujemy w środku nocy, o 00:20. Pomiędzy Queensland a Bali są dwie godziny różnicy, sześć w stosunku do Polski. W związku z tym, że Arek musi rano pracować, a w środku nocy trudno o transport publiczny, zaaranżowaliśmy transport przez hotel, w którym zostajemy i kierowca czeka już na nas z tabliczką z moim imieniem. Przyznam, że trudno go było zauważyć pośród setki innych kierowców wymachujących podobnymi tabliczkami. Na zewnątrz jest parno i mimo tego, że jest tak późno temperatura wynosi ponad 25 stopni.

Do Ubud docieramy przed 2. Nasz hotel znajduje się w świątyni! Dosłownie! Dziedziniec to piękne, kolorowe zabudowy pośród intensywnej zieleni roślinności. Pokój jest malutki, ale cóż więcej nam trzeba, skoro z tarasu rozpościera się genialny widok na totalnie inny świat?

DZIEŃ 1 – 23.07.2018

Śpimy do 8:30, a budzik brutalnie sprowadza nas na ziemię. Od razu idziemy na śniadanie, które serwowane jest na świeżym powietrzu. Maleńkie stoliczki i poduchy rozrzucone na ziemi podestu to miejsce, gdzie codziennie będziemy rozpoczynać dzień. Menu jest dosyć ograniczone, wybieram domowe naleśniki, które przywodzą mi na myśl rodzinny dom oraz świeży sok z arbuza. Zaraz po śniadaniu Arek powinien już zacząć pracować, jednak internet płata figle i musimy przenieść się do pobliskiej kawiarni. Co wcale nie jest takie złe, gdy w menu goszczą same zdrowe pyszności. Dzień zaczynamy od zielonych soków, które są tu nie dość, że bardzo popularne, to w dodatku bardzo tanie. Ciekawostką jest to, że przed wejściem trzeba zdjąć buty i oddać do szatni, gdzie dostaje się numerek.

Zostawiam Arka w Clear Cafe i idę na pierwszy spacer po Ubud. Wrażenia? Głośno, chaotycznie, kolorowo i intensywnie. Na każdym kroku czuć zapach kadzidełek, całe miasto usiane jest maleńkimi podarkami, które Balijczycy każdego dnia ofiarują bogom, mnóstwo tu kolorowych kwiatów, a świątynie znajdują się na każdym kroku. Idę do dwóch studiów jogi aby porównać ofertę. Najbardziej popularne w Ubud studio jogi to Yoga Barn, znajduje się jakiś kilometr od naszego hotelu. Zajęć w ciągu dnia jest nawet kilkanaście, studio jest ogromne. W internecie jednak czytałam, że na zajęciach potrafi być do 60 osób jednocześnie… Trochę mnie odstrasza ten tłum oraz odległość, więc po odwiedzinach w Radiantly Alive decyduję, że wrócę tu rano. To studio znajduje się 3 minuty pieszo od naszego hotelu, a ceny zajęć są takie same.

Wracam do Clear Cafe, gdzie Arek robi sobie krótką przerwę na lunch. Zjadamy razem obiad, Arek decyduje się na balijskie danie ze smażonym ryżem i tuńczykiem, ja za to dostaję tempeh w kilku wydaniach i zupę z curry, warzywami i tofu. Tempeh to indonezyjski wynalazek, który uwielbiam, jeśli tylko jest dobrze przyrządzony, ale po pierwszych kęsach wiem, że Bali rozpieści moje podniebienie. Tempeh to coś w rodzaju tofu, ale do jego produkcji wykorzystuje się sfermentowane ziarna soi. Podobnie jak tofu, chłonie wszelkie smaki, więc dobrze smakuje zamarynowane bądź w towarzystwie aromatycznych sosów. Ja dziś miałam okazję spróbować tempehu z sosem z orzeszków archaidowych oraz sosem pomidorowym z bakłażanem i cynamonem. Pycha!

Po obiedzie czas na kolejny spacer. Trzeba się nieco poruszać po tylu dobrociach! Zmierzam w przypadkowym kierunku, znajduję się nagle na ogromnym targowisku. Pewnie każda z Was widziała w tym sezonie kogoś z okrągłym koszyczkiem na skórzanym pasku? Albo z pięknie plecionym koszykiem w ręce? Bali to istny koszyczkowy raj. Jest ich tu pełno na każdym kroku, wiele naprawdę pięknych. Na targu oczywiście wybór jest spory, są tańsze, droższe, z pomponami, bez, ze skórzanymi paskami bądź takimi wykonanymi z ekologicznej skóry. Można dostać oczopląsu! Ulubionym słowem sprzedawców próbujących naciągnąć turystów jest discount. Mimo że chcę sobie jakiś koszyczek sprawić, to od zakupu się powstrzymuję. Jeszcze będzie okazja, zresztą muszę przyprowadzić ze sobą króla negocjacji, bo ja do tego się totalnie nie nadaję.

Trafiam też do kantoru, w którym wymieniam pieniądze. Kochani! Jestem milionerką! I to potrójną! Za $300 australijskich dolarów dostałam ponad 3 000 000 IDR! Pamiętać jednak należy, że za np. smoothie zapłacimy 50 000 IDR, a obiad dla dwóch osób 100 000 IDR. Wcale nie trudno wydać tu milion dziennie!

Kiedy dopada mnie zmęczenie i zaczynam marzyć o ciszy i spokoju, idę do naszego hotelu. Znajduje się on zaledwie kilka kroków od głównej ulicy, ale jest w nim naprawdę cicho. Jedynie czasami ciszę zakłóci pianie koguta. Na tarasie czytam kryminał i czekam na powrót Arka z pracy.

Kiedy już powoli zmierzcha zbieramy się na kolację. Spacerujemy, podziwiamy, a kiedy trafiamy na Biah Biah, balijską knajpkę serwującą lokalne tapas, stajemy w kolejce. Okazuje się, że to był strzał w dziesiątkę. Pyszne, lokalne potrawy, małe porcje, tak aby spróbować jak najwięcej smaków. Plusem są również bardzo niskie ceny, bo za większość tapas zapłacimy jakieś 7 000 IDR czyli niecałego dolara. I tutaj również w wegetariańskich daniach króluje tempeh. Lubię to!

DZIEŃ 2 – 24.07.2018

Dzień zaczynamy dosyć wcześnie, bo już przed 7 jesteśmy na nogach, by po chwili znaleźć się już na zajęciach jogi. Wczoraj, stojąc w kolejce do Biah Biah, znalazłam darmową mapę po Bali, gdzie był również kupon do wykorzystaniu w Radiantly Alive – pierwsze zajęcia dla nowych klientów są za darmo. Królowa promocji nie śpi nawet na Bali!

Zajęcia jogi były naprawdę tym czego potrzebowałam. W Palm Cove przez 5 miesięcy pracowałam naprawdę intensywnie, dziennie spędzałam przynajmniej kilka, jak nie kilkanaście godzin na nogach, na ćwiczenia nie miałam siły ani ochoty, a wysokie temperatury mi to wręcz uniemożliwiały. Moje ciało wręcz krzyczało z radości, gdy zaczęłam dzień od lekkich asanów. Prowadząca wplotła w zajęcia również nieco medytacji, więc po półtorej godziny wyszłam lekka i zrelaksowana. Szybkie śniadanie, a potem leniwie rozkładam się na tarasie i czytam. Przed 11 zbieram się do Clear Cafe, tym razem jednak nie po to aby jeść, ale by skorzystać z ich oferty SPA. Zamówiłam sobie 3 godzinne zabiegi – godzinny, balijski masaż, zabiegi na twarz oraz manicure. Naprawdę chciałabym, aby ten wyjazd był czymś więcej niż zwiedzaniem, jedzeniem, odpoczynkiem. Chcę też znaleźć czas dla siebie, zwolnić, pobyć. To SPA to taki mały prezent ode mnie dla mnie. Masaż okazuje się bardzo intensywny, w niektórych momentach nawet bolesny, jednak moje spięte ciało jeszcze mi za to podziękuje.

Przy zabiegach na twarz najpierw pani wykonuje masaż z wykorzystaniem aromatycznych olejków, potem robi peeling, aby skończyć dwoma maseczkami i okładem z ogórków na oczy. Przy ostatniej maseczce, gdy trzeba czekać 10 minut, totalnie odpływam. Mam nadzieję, że nie chrapałam. Jak mi tu dobrze!

Ostatni jest manicure, decyduję się na jasny, neutralny kolor, pani pięknie zajmuje się skórkami, na które sama nigdy nie mam czasu. Po 3 godzinach wychodzę jak nowo narodzona! Teraz czas na jakiś zdrowy obiad. Kieruję się do KAFE, gdzie zjadam curry z tempehem (bo jakby inaczej!), ziemniakami, marchewką, orzechami nerkowca i czerwonym ryżem. Na ochłodę kambucha ala mohito.

Chcę zajrzeć do Ubud Palace i wybieram okrężną drogę wzdłuż Money Forest i udaje mi się zobaczyć pierwszą w życiu małpę na wolności! Nie podchodzę za blisko, bo po tych wszystkich opowieściach o małpach kradnących okulary, telefony i co tam jeszcze wolę popatrzeć z nieco większej odległości.

Ubud jest dla mnie nieco przytłaczające. Wszystkie chodniki są rozkopane, trzeba wiecznie patrzeć pod nogi, żeby nie wylądować w jakiejś dziurze. Auta i skutery wiecznie pędzą i trąbią. Turystów tu co nie miara. Po godzinnym spacerze mam dosyć. Naprawdę przywykłam do życia na odludziu, gdzie cisza i spokój koją po trudnym dniu. Szybko zaglądam do Ubud Palace i wracam do hotelu. Z zimnym, balijskim piwem siadam na tarasie i szukam noclegów na weekend i miejsca, gdzie się zatrzymamy przez kolejny tydzień.

Kiedy Arek wraca po 18 idziemy na kolację. Tym razem wybór pada na Dewa Warung. Zamawiamy curry z bakłażana i smażony ryż. Jedzenie było pyszne, jednak czekaliśmy na nie około godziny. Tak więc kiedy o 22:30 lądujemy w łóżku, nawet nie mam siły czytać.

DZIEŃ 3 – 25.07.2018

6:45 pobudka! Idę na jogę, tym razem sama. Arek zaczyna pracę wcześniej, żeby zrobić sobie dłuższą przerwę na obiad, podczas której wyskoczymy do Monkey Forest.

Dziś studio jogi wyjątkowo zatłoczone. W porównaniu do wczoraj jest zdecydowanie więcej ludzi. Zaczynamy od kilku ćwiczeń oddechowych i medytacji. Praktykujemy wdzięczność, by potem przejść do właściwych ćwiczeń. Nieco jestem obolała po wczoraj, jednak z wielką przyjemnością poznaję kolejne asany. Dziś na zajęciach jest asystentka, która chodzi po sali i poprawia, gdy ktoś niewłaściwie wykonuje dane ruchy. Strasznie mnie to cieszy, bo ja jestem na początku swojej jogowej przygody i ważne jest dla mnie, aby wykonywać ćwiczenia poprawnie.

Wychodzę lekka i świeża, gotowa na kolejny, piękny dzień! Szybkie śniadanie, chwilka na poczytanie książki, a potem zabieram się za pisanie dzienników i rezerwowanie noclegów na kolejne dni. Cieszę się strasznie na nowe miejsce w Ubud, do którego przeniesiemy się w piątek. W niedzielę przeprowadzamy się nad ocean. Kilka dni bez szumu oceanu i już tęsknię!

Wyskakuję na chwilę do Bali Buda na zielone smoothie i zieloną herbatkę. W hotelu nie mamy wspólnej kuchni, więc od trzech dni nie piłam herbaty! Jestem uzależniona od herbaty, więc duży dzbanuszek pochłaniam w ekspresowym tempie. Zielone smoothie z cytryną, imbirem, aloesem, miodem i miętą jest naprawdę pyszne. Muszę zacząć spisywać te połączenia smakowe, aby zacząć je odtwarzać w domu.

Powoli idę spotkać się z Arkiem, specjalnie jednak wybieram jedną z bocznych ulic, aby uniknąć tego rozgardiaszu. Jest nieco lepiej, choć skutery i auta nadal pędzą tędy jak oszalałe. Spotykam się z Arkiem w Hubud, świetnie urządzonym miejscu cooworkingowym. Znajduje się on zaraz naprzeciwko Monkey Forest, więc co poniektóre okazy, które lubią wypuścić się nieco dalej grasują sobie po ogródku. Jest tu nawet pani, której pracą jest przeganianie małp kijem.

Idziemy do Małpiego Lasu żeby się przekonać, że akurat dzisiaj część małp poddawana jest sterylizacji i spora część parku jest zamknięta. Decydujemy, że wrócimy tu innego dnia. Zmierzamy więc na obiad, tym razem na wegański bufet, który wczoraj Arek miał okazję przetestować. Cena to 50 000 i jesz ile chcesz. Na talerzu lądują same pyszności: curry z bakłażana, świetnie przyprawione puree z batatów, noodle, pieczone warzywa, typowy balijski dodatek do obiadu, czyli szpinak na ciepło z wiórkami kokosa. Do wyboru do koloru! Po obiedzie włóczę się chwilę po Ubud, a potem wracam do hotelu. Tym razem muszę chwilkę popracować, obrabiam zdjęcia, szykuję posty na Facebooka i rozmawiam z bliskimi.

Arek wraca dziś wcześniej i idziemy na spacer w drugą niż zwykle stronę, oddalamy się od centrum, pojawiają się typowo balijskie warungi, w których stołuje się miejscowa ludność. Po drodze napotykamy piękną świątynię, a kiedy nie dostrzegamy już nic oprócz małych sklepów usianych chińszczyzną, zawracamy. Przypadkiem trafiamy na ceremonię, miejscowi ubrani są w odświętne ubrania, w małej świątyni przed wejściem gra muzyka, a kobiety znoszą dary na głowach.

Kiedy robi się ciemno, dociera do nas, że najwyższa pora na kolację. Przechadzamy się, zaglądamy na menu i nasz wybór pada na Waroeng Bernadette. Jest pełno, pan częstuje nas naprawdę smaczną przekąską, w menu sporo opcji wegetariańskich – wchodzimy. Nie zawiedliśmy się! Zjadam przepyszną surówkę z białej kapusty, kiełków, cukinii, zielonego ogórka, bazylii cytrynowej i boskiego dressingu z orzeszków arachidowych. Wieczór kończymy długimi rozmowami na tarasie. Fajnie, że w końcu mamy czas żeby po prostu ze sobą pobyć i pogadać. W codziennym pośpiechu naprawdę łatwo zapomnieć o tym co najważniejsze.

DZIEŃ 4 – 26.07.2018

Zaczynam dzień jeszcze wcześniej. Budzik o 6 wyrywa mnie z lekkiego snu. Szybko się ubieram, myję, a przed 6:30 jestem już w trasie. Jakiś kilometr od naszego hostelu znajduje się magiczna furtka do innego świata. Świata, w którym skutery nie mają dostępu, a jedyne co Cię otacza to intensywna zieleń drzew, palm i wysokiej trawy. Nareszcie otacza mnie natura i upragniona cisza. Ubud powoli daje mi się we znaki.

Campuhan Ridge Walk to dwukilometrowa trasa, która wiedzie wzdłuż doliny, aby w pewnym momencie przejść w wąską uliczkę, na której znajduje się kilka malowniczo położonych guest housów. Na samym końcu trasy zachwycają tarasy ryżowe. Naprawdę trudno uwierzyć, że kilka kroków stąd toczy się głośne, uliczne życie. W drodze powrotnej włączam sobie podcast Modern Love, odcinek, w którym opowiadanie czyta moja ulubiona Mandy Moore (kto pamięta z dzieciństwa Szkołę uczuć?!). Jeśli lubicie podcasty to koniecznie zajrzyjcie, do listy moich ulubionych podcastów.

Po 9 jestem już z powrotem, jem śniadanie, a potem wybieram się na jogę. Pierwszy raz trafiam na zajęcia prowadzone przez Balijczyka. Są dużo intensywniejsze, jest spory nacisk na rozciąganie, wychodzę zrelaksowana, lekka, ale nieco zmęczona. Czas na szybki prysznic i obiad z Arkiem.

Spotykamy się w KAFE, bardzo smacznej knajpce, w której już byłam na początku tygodnia. Tym razem zamawiam Organic Red Rice Nasi Goreng i się nie zawodzę, bo na talerzu mam same pyszności!

Popołudnie spędzam w hostelu, próbując rozwiązać psychotesty, które muszę rozwiązać jako część rekrutacji o pracę, o którą aplikowałam. Niestety, czuję, że poszły mi tragicznie. Cóż, trzeba aplikować dalej i zobaczymy co będzie.

Po powrocie Arka z pracy szybko się zbieramy i idziemy na ten sam spacer, na który wybrałam się samotnie rano. Słońce już zachodzi, więc światło i klimat zielonej doliny jest zupełnie inny. Zdecydowanie też więcej ludzi. To niesamowite, jak pora dnia potrafi zmienić postrzeganie danego miejsca. Mimo że niebo zasnute jest chmurami, to żółtawe światło dodaje jeszcze więcej uroku Campuhan Ridge Walk. Po spacerze czas na kolację! Moja ulubiona pora dnia!

Wybór pada na Biah Biah, w którym już byliśmy. Jedzenie było pyszne, ceny naprawdę niskie, więc stwierdzamy, że warto zajrzeć tam jeszcze raz. Ich sos orzechowy jest po prostu genialny! Jak zawsze zamawiamy kilka różnych dań i próbujemy wszystkiego po trochu.

DZIEŃ 5 – 27.07.2018

Piątek, piąteczek, piątunio! Dla mnie dzień jak co dzień, przez kolejny miesiąc! Lubię wakacje, wiecie?

Czas na ostatnią jogę w Radiantly Alive, tym razem Morning Flow z Kimberly. Strasznie polubiłam zajęcia z tą prowadzącą. Jak dla mnie idealnie połączyła krótką medytację, z ćwiczeniami oddechowymi i układem, podczas którego można pobudzić ciało i umysł do działania.

Dziś zmieniamy lokum, więc kiedy wracam kończę pakowanie i umawiam się z nowym hostem, że za pół godzinki mnie odbierze. Kiedy przyjeżdża odkrywam, że nie przyjechał, tak jak się spodziewałam autem, ale dwoma skuterkami. Ten drugi prowadzi jego może 12-13 letnia córka… Cóż, wyboru za bardzo nie mam, więc zakładam jeden plecak na plecy, drugi bierze nowy host i jedziemy! Miasto oglądane z tylnego siedzenia skutera nabiera innej perspektywy. Nagle wszystko wydaje się nieco bliżej, zapachy są jeszcze bardziej intensywne, a hałas jeszcze bardziej dokuczliwy. Jednak przez całą drogę uśmiecham się sama do siebie, bo surrealistyczność tej chwili jest aż zabawna.

Nowy hotel jest położony w zupełnie innej części Ubud. Zdecydowanie tu spokojniej, dookoła mieszkają sami lokalsi. Domki zbudowane są z surowego drewna, zdecydowanie bardziej mi się tu podoba. Zostawiam bagaże i lecę na obiad z Arkiem. Tym razem jego wybór pada na meksykańską knajpę, Taco Casa, w której podobno serwują genialne tacos. Ja zajadam się quesadillą, Arek próbuje słynnego taco. Cóż, trochę mi wstyd na Bali jeść meksykańskie jedzenie, aczkolwiek było naprawdę dobre! Przypomniało mi genialne smaki, które wciąż pamiętam z naszej podróży na zachodnie wybrzeże Stanów.

Arek wraca do pracy, a ja znajduję restaurację niedaleko Monkey Forest, do którego się niedługo wybieramy. Zamawiam młodego kokosa i z Kindlem oddaję się błogiej sieście. Błogi moment przerywa małpa, która postanowiła się moim kokosem poczęstować… Zdążyłam wstać i pozostało mi jedynie przyglądać się małpie, która najpierw z kokosa wyjęła słomki, a potem włożyła do niego głowę. Po chwili kelnerka przybiegła z kijem i małpę przegoniła. W ramach rekompensaty dostaję świeży sok, jednak zapomniałam dodać, że chciałabym go bez dodatku cukru. Balijczycy dodają cukier do wszystkiego, więc przy zamawianiu kawy, herbaty, smoothie, soków, warto zwrócić na to uwagę.

Kiedy Arek kończy pracę idziemy do Monkey Forest, jednej z najbardziej popularnych atrakcji w Ubud. Mając na uwadze to co się wydarzyło w restauracji podchodzę do małp bardzo ostrożnie. Zresztą, na każdym kroku wypisane są zasady, których zwiedzający powinni przestrzegać. Nie patrzeć małpom w oczy, gdyż odczytują to jako znak agresji, nie dokarmiać ich, nie dotykać, nie głaskać, nie panikować i biegać, gdy małpa na Ciebie skoczy. Widzieliśmy kilka razy, gdy małpa skoczyła komuś na plecy i bez pardonu zaczęła otwierać plecak.

Małpi Las jest dosyć duży, podzielony jest na kilka sekcji, a w każdej z nich żyje inne stado. Można podpatrzeć okazy w różnym wieku, oczywiście najbardziej urocze są maleństwa, które mama nosi jeszcze pod brzuchem.

Wypożyczamy skuter i pierwszy raz włączamy się do wieczornego, intensywnego ruchu na ulicach Ubud. Zjadamy kolację w Pondok Madu, ja tym razem decyduję się na zupę curry z kalafiorem i noodlami. Pycha! Smaki na Bali bardzo mi pasują.

Kolejny długi dzień za nami, czas spać, bo jutro będzie jeszcze bardziej intensywnie!

DZIEŃ 6 – 28.07.2018

Wstajemy koło 7, zjadamy szybkie śniadanie i po 8 jesteśmy już w drodze na słynne tarasy ryżowe Tegalalang. Po drodze stajemy również przy plantacji kawy Bali Pulina. Wstęp jest darmowy, miejsce intensywnie zielone i pachnące. Pani pokazuje nam ogrody, w których hodują nie tylko kawę, ale również wanilię, kakao, ananasy, żeń szeń, imbir i wiele innych przypraw, które dodają do kaw i herbat. Zaglądamy też do klatek, w których przechowywane są luwaki, dzikie koty, których odchody są niezwykle cenne. Dlaczego? Luwaki są zwierzętami, które odżywiają się roślinnie, jednak nie trawią np. ziaren kawy. Po zjedzeniu więc zbyt twardych dla nich ziaren, w żołądku dochodzi do fermentacji, a potem wydalenia. Odchody luwaków są oczyszczane (gotowane we wrzątku), następnie obierane, a ziarna kawy prażone i mielone.

Jak smakuje najdroższa kawa na świecie? Podobno bardzo dobrze. Arek jest zachwycony, mnie chyba już nic nie jest w stanie przekonać do smaku kawy. Filiżanka aromatycznego napoju kosztuje tutaj 50 000 IDR.

Dostajemy też do spróbowania kilka małych filiżanek smakowych herbat i kaw. Znów przekonujemy się jak słodkie napoje pije się na Bali. Herbata imbirowa to po prostu imbir z cukrem, ulepek!

Następny przystanek to tarasy ryżowe Tegalalang. Robią niesamowite wrażenie! Ta zieleń rozlewająca się po całej dolinie! Schodzimy w dół po to, by po chwili znów wspiąć się na górę i zerknąć na tarasy z innej perspektywy. W połowie drogi stoi pani i pilnie strzeże puszki na dotacje i nie przepuszcza nikogo, kto nie wrzuci banknotu do skarbonki.

Mimo że pewnie moglibyśmy tu spędzić cały dzień to ruszamy dalej, bo przed nami jeszcze sporo atrakcji. W połowie drogi do pierwszej świątyni, którą zamierzamy odwiedzić, stajemy na szybki obiad.

Droga, którą wybraliśmy wiedzie przez pola ryżowe, niebo pięknie odbija się w płaskiej tafli wody, zieleń aż kłuje w oczy. Docieramy do Pura Tirta Empul, gdzie płacimy 15 000 IDR za wstęp za osobę, zakładamy sarong, czyli tradycyjną chustę, którą należy okryć nogi, noszą ją również panowie.

Tirta Empul to ważny kompleks świątynny i święte źródło górskie położone w miejscowości Manukaya. Miejsce to jest również tłem dla ludowej legendy o walce dobra ze złem. Na terenie świątyni znajduje się kilka źródeł, w których Balijczycy (a teraz również rzesze turystów) dokonują oczyszczających kąpieli. Cały rytuał wygląda naprawdę interesująco. Dookoła świątyni mnóstwo jest maleńkich ołtarzyków, które składa się w konkretnym celu.

Całkiem niedaleko położona jest Pura Gunung Kawi, kolejna świątynia, którą odwiedzamy. Wstęp do niej również kosztuje 15 000 IDR. Ta robi na nas jeszcze większe wrażenie, bo położona jest w dolinie otoczonej tarasami ryżowymi, a przez sam środek kompleksu przepływa rzeka. Panuje tu mistyczny klimat. Ogromne rzeźby wyryte w skałach, kamienny mostek zawieszony nad rwącą rzeką, małe wodospady. Bliskość natury dodaje temu miejsca magii. Niestety powoli zaczyna się ściemniać, co oznacza, że najwyższa pora ruszyć w stronę Ubud.

Jedziemy prosto do Biah Biah+, siostrzanej restauracji Biah Biah, w której już jedliśmy dwukrotnie. Cóż mamy poradzić, że gotują tam naprawdę dobrze, a ceny są rewelacyjne? Po kolacji wracamy do domu i okazuje się, że nasza znajoma właśnie dotarła do Ubud! Czym prędzej się ogarniamy i wracamy do miasta na zimne piwko i pogaduchy do późna. Świat jest naprawdę mały. Dziękujemy za cudowny wieczór, Agatko i Alejandro!

DZIEŃ 7 – 29.07.2018

To już nasz ostatni poranek w Ubud. Przyznam, że bardzo się cieszę, bo to miasto zaczęło mnie już nieco przytłaczać.

Od kilku dni strasznie źle śpię, jest pełnia, a hałas miasta mnie wykańcza. Skutery, auta, trąbienie, a do tego koguty, które pieją o każdej porze dnia i nocy. Śnię, że ktoś skacze po tarasie i okropnie się wydziera, a łóżkiem i domkiem trzęsie. Dopiero po przebudzeniu, Arek mnie informuje, że nad ranem było trzęsienie ziemi.

Plecaki spakowane, a my jedziemy na ostatnią wycieczkę. Tym razem planujemy spacer do Joglo Organik, knajpy położonej wśród pól ryżowych, którą poleciła mi jedna z czytelniczek. To zabawne, że zaledwie kilka kroków od głównej ulicy można znaleźć taką ciszę i obrazki jak z pocztówki. Joglo Organik okazuje się miejscem niezwykle pięknym, a jedzenie genialne! Proste, smaczne, pełne balijskich smaków, które naprawdę polubiłam.

Po drodze zahaczamy o kantor i stację paliw, czyli maleńki straganik, z którego paliwo serwuje starsza pani prosto z butelek po wódce. Bierze lejek i profesjonalnie tankuje skuter do pełna. Za 3 litry paliwa płacimy 30 000 IDR. W domu jedynie zgarniamy plecaki i wskakujemy na skutery z właścicielem Airbnb i jego córką. Korki są tragiczne, ale zdążyliśmy na czas. O 15 ruszamy autobusem do Kuty, po kilku minutach smacznie śpię. W Kucie łapiemy taksówkę i przed 18 jesteśmy w nowym Airbnb, z którego od oceanu dzieli nas niecały kilometr. Idziemy na zachód słońca, a ja kiedy stawiam stopy na plaży nareszcie oddycham pełną piersią. Coś czuję, że bez oceanu trudno mi teraz będzie żyć.

Mieszkamy niedaleko Padang Padang Beach, wzdłuż głównej ulicy pełno małych knajpek, ale również sklepów typu Billabong czy Rip Curl. Wszystko to pod australijskich turystów, którzy upodobali sobie te okolice, ze względu na rewelacyjne fale. Surferów tu co nie miara!

Na kolację trafiamy do hipsterskiej knajpy Bukit Cafe, w której jemy naprawdę pysznie. Choć nie po to przyjechałam na Bali, by jeść kuskus z kalafiora i falafele. Dziś pierwszy raz odpalamy Netflix, a ja słodko zasypiam.

 


Jak wrażenia po pierwszym tygodniu? Ja czuję ogromny niedosyt! Marzy Wam się Bali?

 

 

DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 25 CZYLI ŚWIĘTA W AUSTRALII

Od publikacji ostatnich dzienników z podróży minęło dobrych kilka tygodni, ale pomyślałam, że ten okołoświąteczny czas, który spędziliśmy inaczej niż dotychczas, zasłużył na to, aby go uwiecznić. Więc jeśli jesteście ciekawi jak spędziliśmy Święta w Australii to zapraszam w wyjątkową podróż razem z nami!


DZIEŃ 177 – 22.12.2017

Ostatni dzień w pracy! Nawet nie wiecie jak długo czekałam na ten dzień! Od 5 miesięcy nie miałam urlopu, więc nadchodzące 10 dni wolnego zostały już zaplanowane. Najpierw Święta w Brisbane, a potem sru! W drogę.

Rano spotykamy się już o 7 z dziewczynami z mojego teamu, aby się pożegnać i wspólnie zjeść śniadanie. Avo on toast i do tego pyszne smoothie to idealny początek dnia.

Mimo dekoracji świątecznych, które można spotkać w mieście na każdym kroku, jakoś totalnie nie czuję świątecznej atmosfery. Wszystko się ze sobą kłóci. Na zewnątrz upał, skwar ponad 30 stopni, za oknem palmy, a ja od 5 miesięcy non stop chodzę w klapkach. Nijak to się ma do świątecznych przygotowań, które przecież tak chętnie kultywowaliśmy mieszkając w Anglii. Obowiązkowo robiliśmy barszcz, pierogi, jakąś dobrą rybę, pieczeń na drugi dzień. A tutaj? Totalnie odpuszczamy. Jesteśmy w wyjątkowym miejscu i wyjątkowo spędzimy ten czas.

W pracy panuje luźna atmosfera, klienci widać intensywnie przygotowują się do tego rodzinnego czasu, bo niezbyt licznie zjawiają się w biurze. Są przekąski, muzyka, która kojarzy się raczej z leniwym urlopem nad morzem niż Świętami. Dacie wiarę, że w radio nie słyszałam ani razu “Last Christmas”?

Kiedy wybija 16:30 jestem zwarta i gotowa na przygodę, która czeka.

Arek oczywiście w pracy, więc ja dziś na totalnym relaksie z kieliszkiem wina rozkładam na stole brush peny i zeszyt ćwiczeń, który niedawno kupiłam na www.frannys.pl.

DZIEŃ 178 – 23.12.2017

Arek odsypia późny powrót do domu a ja od razu po wstaniu biorę się za ćwiczenia. Ćwiczę w garażu, gdzie jest nieco chłodniej, choć 25 stopni z rana to wystarczający upał, żeby bez ruszenia palcem nieźle się napocić. A potem zabieram się za typowe sobotnie obowiązki, sprzątanie, pranie, gotowanie.

Serwuję nam iście królewskie śniadanie. Pierwsze w moim życiu wegańskie naleśniki, które wyszły wręcz idealne! Przepis znalazłam na Jadłonomii.

Wybieramy się też na ostatnie zakupy przed Świętami i spacer po Brisbane. Wciąż ze zdziwieniem spoglądamy na choinkę na głównym placu. Wsadzam Arka w autobus, a sama zmierzam do domu. W takich chwilach mimo wszystko nachodzą nieco sentymentalne myśli. Staram się je odepchnąć i skupić na tu i teraz, bo takie roztrząsanie się nad sobą nic nie da.

Wieczorem wpadają w odwiedziny znajomi, jemy wspólnie kolację, plotkujemy. Żegnamy się, ale wcale nie na długo, bo już za kilka dni zobaczymy się w Byron Bay.

DZIEŃ 179 – 24.12.2017

Święta nie Święta, dzień zaczynam od treningu z Ewą Chodakowską. Szybki, zimny prysznic i jestem gotowa żeby zabrać się za farsze do pierogów. Odpalam świąteczną playlistę na Spotify, żeby choć przez chwilę poczuć jaki to czas w roku. Kapusta i pieczarki lądują w jednym farszu, robimy też wegańskie ruskie i totalny eksperyment – pieczarki z soczewicą i rozmarynem. Odstawiamy wszystko na bok i idziemy na taras nieco się ochłodzić. Otwieramy zimne piwo, ale mimo że zaledwie chwilę temu brałam prysznic, znów jestem morka…

Około 14 przyjeżdża do nas znajoma, która zrobiła klasyczną Pavlovę ze śmietaną i typowymi dla australijskiego lata owocami – marakują, bananami, brzoskwiniami, liczi i mango. Wszelkie dietetyczne rozterki idą w kąt.

A potem wszyscy zakasujemy rękawy (tylko w przenośni, bo rękawów u nas brak z wiadomych powodów), wyrabiamy ciasto i zabieramy się za lepienie. W trójkę idzie nam szybko i sprawnie. Zaczynają się schody, gdy trzeba w kuchni zagotować wodę i podsmażyć cebulkę. Mam wrażenie jakbym stała w saunie… Po 17-ej pierogi trafiają na stół i już po pierwszym kęsie wiem, że było warto. Naprawdę wyszły nam rewelacyjne! A te z soczewicą zrobiły furorę.

Na szybko łączymy się z rodzicami i ślemy świąteczne życzenia, a potem zbieramy się na polską imprezę. Chłopak, który dosyć mocno udziela się w grupie Polacy w Brisbane zaprosił wszystkich rodaków do siebie do domu na świąteczną kolację i wspólne biesiadowanie. Stwierdzamy, że to doskonała okazja do spędzenia miło czasu i poznania nowych ludzi. I miałam rację, na miejscu zastajemy sporą grupkę rodaków, którzy siedzą w ogrodzie przy suto zastawionym stole. Są krokiety, ryba przed chwilą zdjęta z grilla, pierogi, sałatka jarzynowa i sporo innych przekąsek. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy nagle podchodzi do mnie dziewczyna i pyta:

– Angelika?

I tak oto poznałam Emilkę, która prowadzi bloga australopitek.pl. To jeden z ogromnych plusów prowadzenia bloga, skraca dystans i nagle bez żadnych ceregieli wirtualne znajomości przeradzają się w te na żywo. Strasznie fajnie było porozmawiać, poznać spojrzenie na życie w Australii, bo co poniektórzy są tu już dobrych kilka lat. Nie zostajemy długo, bo w domu czekają typowo świąteczne rozrywki. Zmrożona butelka Belvedera i Kevin sam w domu.

DZIEŃ 180 – 25.12.2017

Wstajemy rano, dojadamy Pavlovą i ruszamy w drogę. Upał doskwiera od rana, więc nie ma co siedzieć w czterech ścianach i jedziemy na plażę. Tym razem wybieramy Bribie Island oddaloną o godzinkę na północ od centrum Brisbane. Znajdujemy idealne miejsce pod palmą i rozkładamy się w cieniu. Nasza znajoma sprezentowała nam butelkę dobrego szampana, więc właśnie w ten sposób rozpoczynamy dzień. Na plaży, z kieliszkiem schłodzonego szampana, przegryzając liczi. Zaraz potem wskakujemy ochłodzić się do wody, choć jest to zadanie nieco trudne, bo woda jest naprawdę ciepła. Rozłożyliśmy się po stronie lądu, więc w tym małym przesmyku woda jest bardzo spokojna, nie ma fal, a temperatura jest znacznie wyższa niż po drugiej stronie wyspy.

Leniuchujemy, opalamy się, gramy w wodzie w frisbee, przegryzamy arbuza… Bylibyście w stanie poczuć magię świąt w takich warunkach? Ja raczej traktuję to jak wakacje.

Kiedy niebo zasnuwa się chmurami zabieramy przenośną lodówkę, pędzimy do grilla i odsmażamy resztę pierogów. Pierogi odsmażane na grillu, słyszycie to?

Wchodzimy do domu a już po chwili słyszymy pierwsze grzmoty. Ostrzegali, że to właśnie tak lubi wyglądać lato w Australii. Upał, upał, a potem nagła i bardzo porywista burza.

Oglądamy Shreka, a potem wychodzimy na taras, bo nareszcie jest czym oddychać. Zasiadamy do polskiej wódki, taki świąteczny akcent. Kiedy zaczyna nas nieco zalewać, wchodzimy do domu i okazuje się, że z framugi drzwi woda ciurkiem leci do środka. I to prosto po kablach i włączniku światła. Arek leci wyłączyć prąd, my organizujemy wiadra i świeczki. Stoimy i się gapimy i zastanawiamy jak to w ogóle możliwe… Po chwili oba wiadra są już pełne, a ja zastanawiam się jak spędzimy noc skoro trzeba będzie tego pilnować… Całe szczęście po godzinie woda przestaje lecieć, ale prądu nie odważyliśmy się włączyć jeszcze przez kilka godzin.

Belvedera dopijamy przy świeczkach. Czyż to nie urocze?

DZIEŃ 181 – 26.12.2017

26 grudnia, to podobnie jak w Anglii i Stanach, Boxing Day czyli początek wielkich wyprzedaży. Przyznam, że zwykle raczej unikamy zakupów tego dnia ze względu na tłumy, ale w związku z tym, że musimy dokupić jeszcze kilka rzeczy na naszą wyprawę, to stwierdziliśmy, że warto poczekać do wyprzedaży. I tak z samego rana jedziemy, aby zaopatrzyć się w kuchenkę gazową, noże, deskę do krojenia, rozkładany stół, przenośną lodówkę, składane krzesła… Nie udaje nam się kupić wszystkiego, ale to czego nie kupiliśmy pożyczamy od współlokatora. Pakujemy auto, wrzucamy namiot na dach i koło 14 ruszamy.

W planach mamy jeszcze jeden przystanek, bo w pobliżu nas nie było kuchenki, którą sobie wybraliśmy, więc stajemy w Anacondzie, która jest dwa kroki od Ikei, to i tam robimy szybkie zakupy. Ręczniki i poduszki to kolejne rzeczy odhaczone z naszej listy. Niedługo wyjeżdżamy w dłuższą podróż dlatego powoli musimy zaopatrywać się w rzeczy, których do tej pory używaliśmy, bo były po prostu w mieszkaniu.

Jak Ikea to i klopsiki. Pierwszy raz mam okazję próbować tych wegańskich. Całkiem niezłe, ale ziemniaki to totalne mistrzostwo świata… Jestem wielką fanką ziemniaków pod każdą postacią, więc wychodzę zadowolona.

A teraz? A teraz tydzień tylko dla nas. Spędzony w drodze, bez konkretnego planu. Pierwszym przystankiem będzie Kingscliffe, gdzie dojeżdżamy akurat na zachód słońca. Mimo, że niebo pięknie osnuło się intensywnym błękitem przeplatanym czerwienią i pomarańczem, to nie to nas najbardziej zachwyca. Pierwszy raz widzimy tyle krabów! Jeden ogromny ucieka wprost do wody, a w Arku uruchamia się dziecięcy instynkt, więc go goni. Złapał go po chwili jednak, krabowi niezbyt się to podobało i go dziabnął w palec. Ale myślicie, że go to powstrzymało przed bieganiem po plaży i gonieniu biednych krabów?

Spacerujemy, wiemy że nigdzie nie musimy się spieszyć. Czujemy się tak po prostu wolni.

Prognoza pogody nie jest obiecująca. Przez najbliższe kilka dni zapowiadane są deszcze i burze… Świetnie! Właśnie wtedy, gdy mamy wolne… Kiedy zaczyna kropić postanawiamy się zbierać, bo jeszcze musimy znaleźć nocleg i rozłożyć namiot.

W związku z tym, że sami do końca nie wiedzieliśmy jak będziemy spędzać ten okołoświąteczny czas nic nie rezerwowaliśmy, a jak już się zdecydowaliśmy to wszystkie kempingi były totalnie pełne. Pamiętajcie, że tutaj teraz jest szczyt sezonu. Dzieci mają letnie wakacje, sporo rodziców ma długie urlopy, a do tego dochodzą Święta i Nowy Rok. Więc jedyną opcją jaką mamy jest nocleg na darmowych, przydrożnych tzw. rest areas. Sami nie wiemy czego się spodziewać, nieco się obawiamy czy to aby na pewno legalne. Ale korzystamy z bardzo popularnej aplikacji WikiCamps, która jednoznacznie wskazuje, że całkiem niedaleko znajduje się Sleepy Hollow Rest Area, więc decydujemy, że to właśnie tam spędzimy pierwszą noc. Podjeżdżamy, a tam stoi kilkanaście aut i kamperów, na trawniku rozbitych jest kilka namiotów. Jest i toaleta. Jesteśmy w domu.

Arek rozkłada namiot, ja przygotowuję pościel i po chwili leżymy już w namiocie nie do końca wierząc, że to się dzieje naprawdę. Mamy jeszcze kilka telefonów z życzeniami do wykonania, więc leżąc sobie na wygodnym materacu, gdzieś przy autostradzie, popijamy zimne wino i dzwonimy do bliskich.

Jeśli wolicie formę wideo to koniecznie zajrzyjcie na vloga Arka!


To był dla nas wyjątkowy czas. Piąte Święta z dala od domu, ale pierwsze spędzone na plaży. A Wam jak minął ten świąteczny czas? Byliście z bliskimi czy podobnie jak my z dala od domu?