Tag: podroze

TRUDNY POWRÓT DO DOMU – KWARANTANNA W NORWEGII

Ostatnie półtora tygodnia były dla mnie pełne wzlotów i upadków. Zamiast babskiego wypadu i oderwania się od rzeczywistości, musiałam codziennie zmagać się z podejmowaniem trudnych decyzji.

W środę wieczorem wylądowałam w Gdańsku, gdzie spotkałam się z moją przyjaciółką. Była pyszna kolacja w Mięsny/Niemięsny, piwko, gin z tonickiem i pogaduchy. Kiedy mieszka się tak daleko od siebie, każda chwila spędzona razem jest bardzo ważna. Pierwszą połowę czwartku spędziłyśmy razem, a kiedy odstawiłam Olę na dworzec poszłam na spacer po mieście i kolację w Słonym Spichlerzu. Niczego nawet nie przeczuwając, wróciłam do wynajmowanego apartamentu i odpaliłam „Kuchenne rewolucje” i wtedy otrzymałam maila od Wizzair. Mój lot powrotny do Bodo w następną środę został odwołany ze względu na koronawirusa. Norwegia wprowadziła restrykcje, które miały wejść w życie od poniedziałku.

Jutro, czyli w piątek miałam lecieć do Sztokholmu. Tam spotkać się z Martą, spędzić czas razem na babskich pogaduchach, robieniu zdjęć, zakupach w lumpeksach i spacerach po lesie.

Lecieć do Szwecji? Nie lecieć? Nie poleciałam. Bałam się, że utknę w Szwecji bez możliwości powrotu, czy to do Polski, czy do Bodo. Przebookowałam bilety do Bodo na pierwszy możliwy, bezpośredni lot na niedzielę. Kiedy i ten lot odwołano, postanowiłam zostać w Polsce. Wtedy Arek jeszcze normalnie chodził do pracy. Sytuacja zmieniała się dynamicznie i kiedy i jego miejsce pracy zamknięto, a dano nam „tymczasowe wypowiedzenie z pracy” chcieliśmy, żeby Arek przyjechał do Polski. Można było przedostać się do Szwecji drogą lądową i potem promem do Gdyni. Wciąż napływały do nas sprzeczne informacje dotyczące formalności związanych z zasiłkiem w Norwegii, ubezpieczeniem, pracą, zamykaniem granic, kwarantanną… Koniec końców zrobiliśmy podsumowanie zysków i strat, a wiedzieliśmy, że chcemy być w tym trudnym czasie razem, a podjąć jakąś decyzję musimy szybko, bo zaraz pewnie żadne z nas nie mogłoby się przedostać gdziekolwiek.

Opcji nie miałam za wiele. Zarezerwowałam więc lot do Oslo przez LOT, który z ramach lotu do domu leciał po pasażerów do Norwegii (mam bardzo mieszane uczucia dotyczące tych lotów, bo gdyby nie tak szybka decyzja premiera o zamknięciu granic, wielu z nas mogłoby dotrzeć do swoich domów lecąc innymi liniami – tańszymi). Na pokładzie było 8 pasażerów… Podejrzewam, że samolot do Polski był pełen, ale do Oslo leciało jedynie 8 podróżujących. Po przylocie wciąż zżerał mnie stres, bo mimo że moi znajomi zostali wpuszczeni do Norwegii bez problemu po okazaniu dokumentów świadczących o tym, że w Bodo pracują i żyją, to w wielu źródłach informowano, że do Norwegii wjechać mogą jedynie obywatele bądź mieszkańcy z pozwoleniem na pobyt. Ja takiego pozwolenia nie posiadam.

Przy okienku pan zapytał o paszport oraz cel podróży. Podałam również mój numer ubezpieczenia społecznego oraz miejsce pracy. Pan wykonał jeden telefon, po czym z uśmiechem powiedział, żebym odebrała swój bagaż i bezpiecznie leciała do Bodo. Kamień z serca! Najbardziej ryzykowny etap podróży za mną… Nikt nie sprawdzał temperatury, nie dostałam ani nie wypełniałam żadnych formularzy dotyczących kwarantanny, którą muszę przejść.

Na lotnisku miałam 7h. Wiele lotów krajowych odwołano, stąd taki długi czas oczekiwania. Na lotnisku było zdecydowanie więcej pasażerów niż na Okęciu, gdzie wszystko było pozamykane (co oczywiście rozumiem). Jednak nigdzie nie można było napełnić butelki z wodą, a krany w łazienkach były tak zamontowane, że nie było szans żeby butelkę napełnić. Może brzmi to trywialnie, dla mnie jednak picie wody jest dosyć ważne.

Na lotnisku w Oslo otwarty był kiosk, piekarnia, kawiarnia, apteka i Peppes Pizza i Burger King. Po lotnisku kręciło się sporo wojska. Kiedy w końcu oddałam bagaż i przeszłam odprawę i weszłam do samolotu powoli docierało do mnie, że jednak się udało i za dwie godziny będę w domu. W samolocie niestety, zamiast od razu przetasować miejsca i rozmieścić ludzi w jakiś odstępach, to najpierw pozwolono każdemu zająć swoje miejsce, a dopiero po 10 minutach sprawdzano czy wszyscy z rzędzie podróżują ze sobą i ewentualnie proponowano inne miejsce. I tak przez 10 minut siedziałam ściśnięta koło starszej pary.

Po przylocie do Bodo nie odbyła się żadna kontrola, ani paszportowa, ani żadna inna. Nikt nie kontrolował absolutnie niczego. I gdyby nie to, że traktuję poważenie zalecenia dotyczące kwarantanny (która w Norwegii jest zdecydowanie mniej restrykcyjna niż w Polsce – na stronie Ministerstwa Zdrowia zaleca się niewychodzenie z domu, unikanie tłumów, niechodzenie do restauracji czy kawiarnii, ale nie ma zakazu wychodzenia; wprost piszą o korzystaniu ze świeżego powietrza; osoby mieszkające ze mną nie są automatycznie poddane kwarantannie), mogłabym robić co mi się żywnie podoba…

Teraz jestem w domu, próbuję dostosować się do obecnej sytuacji, czytam, oglądam Netflixa, gotuję, biegam (rano, gdy na ulicach nie ma nikogo), uprawiam jogę. Wróciłam do medytacji, zaczęłam uczyć się kaligrafii. W planach mam również pracę nad moim norweskim i @dreamerscompany.pl. Chcę sobie również dać przestrzeń na odpoczynek i nic nie robienie, a to będzie dla mnie najtrudniejsze.

Czy podjęłam dobrą decyzję wracając do Norwegii? Czy powinnam była zostać w Polsce? Tego zapewne dowiemy się niedługo, gdy pojawią się kolejne decyzje poszczególnych rządów.

DZIENNIKI Z PODRÓŻY TYDZIEŃ 3 – BALI

Przed nami już trzeci tydzień na Bali. I mam wrażenie, że z każdym dniem robi się coraz ciekawiej! Rajska plaża, kolorowa rafa koralowa, snorkling i nurkowanie oraz odrywanie ukrytych wodospadów. O przełamywaniu strachu i spełnianiu marzeń. 

DZIEŃ 15 – 6.8.2018

Emocje wczorajszego dnia i nocy staramy się zostawić za sobą. Zresztą spoglądając na ulice Nusy Penidy wygląda jakby nic się nie stało. Oczywiście oprócz krzyczących, czerwonych pasków w telewizji, mówiących o ofiarach śmiertelnych wczorajszego trzęsienia ziemi na pobliskiej wyspie Lombok.

Wracam też do zdrowia, pierwszy raz od kilku dni czuję głód. Szybki prysznic i po szybkim smoothie jesteśmy już w drodze. Patrząc na mapę nie mamy wielu kilometrów do pokonania, jednak nauczeni doświadczeniem ostatnich dni wiemy, że jakość dróg może być różna, więc lepiej wyjechać jak najwcześniej.

Docieramy do Kelingking i oboje porozumiewawczo na siebie spoglądamy. Bali! To właśnie na takie widoki liczyliśmy! Wysokie białe klify, turkusowa woda, intensywna zieleń i ukryta w dole maleńka plaża, na której ledwo można dostrzec odważnych, którzy tam dotarli. Dlaczego odważnych? Cóż, aby dostać się na dół trzeba zejść bardzo wąską dróżką, która wiedzie na szczycie klifu. Barierki są, jednak wykonane z drewna i powiązane niebieskim sznurkiem. W kilku miejscach nawet takiej ochrony brak. Dochodzimy do połowy drogi, gdzie widoki są tak niesamowite, że zastanawiam się czy aby na pewno prawdziwe.

 

Z jednej strony plaża, do której dotrzeć się nie da. Osłonięta klifami z dwóch stron, kamienista. Kiedy dobrze się przyjrzeć kilka metrów od brzegu dostrzegamy kilka ogromnych płaszczek. Manty osiągają długość do 7 metrów, a gdy rozłożą skrzydła nawet do 9 metrów, więc wyobraźcie sobie tych gigantów!

Z drugiej strony mamy bialuteńką, piaszczystą plażę, na którą prowadzi wspomniany przeze mnie szlak. Plaża jak z folderów reklamowych! Do tego dochodzi widok na klif, który przypomina głowę dinozaura i został ochrzczony “T-Rex”. Docieramy do połowy trasy i zawracamy. Przed nami jeszcze sporo atrakcji, nie w głowie nam leniwe plażowanie.

Zjadamy szybki obiad, stawiam na bulion warzywny, który dobrze robi mojemu jeszcze nieco podrażnionemu żołądkowi.

Naszym kolejnym punktem wycieczki jest Seganing Waterfall. Muszę przyznać, że drogi, mimo że wciąż nieidealne, to zdecydowanie lepsze niż te prowadzące do Broken Bay. Docieramy  tam dosyć szybko i znów możemy podziwiać ogromne klify, piękne, miękkie światło padające na ocean. Po naszej prawej stronie ukazuje nam się świątynia na samiutkim końcu stromych klifów. Dochodzą nas dźwięki ceremonii. My za to udajemy się w lewo, schodzimy na sam dół klifu niezwykle stromą drogą, przyklejoną do skał. W niektórych momentach wręcz idziemy po drewnianych kładkach, które miałyby chronić przed nieszczęśliwym wypadkiem. Zdecydowanie nie jest to droga dla ludzi o słabych nerwach. Przyznam, że całkiem mi się spodobało i mimo sporej wysokości nie czuję strachu. Kiedy dochodzimy na sam dół spotykamy samych Balijczyków, którzy zgodnie z wierzeniem dokonują tradycyjnego obmycia w maleńkim źródełku. Nazwa może mylić, dla mnie to raczej źródełko, nie wodospad, ale za to jak położone! Na półce skalnej, która schodzi wprost do oceanu, o którą rozbijają się fale jest kilka skalnych basenów, do których spływa woda. Taka kąpiel to cudowne ukojenie dla rozgrzanych wspinaczką ciał!

Droga powrotna jest zdecydowanie łatwiejsza. Na górze kupujemy świeżego kokosa i podziwiamy widoki. Czas się zbierać! Dojeżdżamy do Banah Cliff, gdzie rozpościera się doskonały widok na maleńką wysepkę z przepięknym łukiem skalnym. Siedzimy i obserwujemy, jak ogromne fale próbują przecisnąć się między skałami.

Przyszła pora na ostatni punkt dzisiejszej wycieczki – Temeling Pool i Temeling Beach. Dojazd jest bardzo stromy, ale trudności wynagradzają widoki. Najpierw w gęstym lesie odkrywamy wspomniany naturalny basen Temeling, przy którym miejscowe dzieciaki świetnie się bawią. Skaczą do wody, śpiewają, próbują przy okazji skłonić turystów do skoków. Kilka kroków dalej znajduje się maleńka, ukryta pośród skał plaża, na której nie ma absolutnie nikogo. Plaża pokryta jest kamieniami i pięknymi muszlami, zabieram kilka najpiękniejszych ze sobą.

Niestety plaża ma też drugie oblicze, tuż przy skałach leżą wyplute przez ocean śmieci. Czy ten obrazek nie powinien nam dać do myślenia?

Kiedy wracamy basen jest pusty i postanawiamy nieco się orzeźwić. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie zimna.

Po kąpieli, kiedy słońce jest już nisko, suszymy się i wskakujemy na skuterek, nie chcielibyśmy pokonywać tej drogi po ciemku. Udaje nam się zdążyć do Toyapake, miejscowości, w której zostajemy, przed zachodem słońca. Siadamy na plaży, obserwujemy grę kolorów, a kiedy zaczyna doskwierać nam głód jedziemy na kolację do świetnej miejscówki położonej kilka minut drogi od naszego hoteliku. Sanctum to centrum nurkowania, przy którym znajduje się urocza restauracja. Pełno tu poduch na ziemi, hamaków oraz stolików na samej plaży. Do tego dzisiaj gra zespół na żywo, więc pyszne balijskie curry i zimne piwko w takich warunkach smakuje jeszcze lepiej.

DZIEŃ 16 – 7.8.2018

Na śniadanie wracamy do tego samego miejsca. Hamak, widok na ocean, a także owsianka w menu decydują, że to właśnie tutaj chillujemy, ładujemy baterie i z uśmiechem na ustach i pełnymi brzuchami ruszamy na dalszy podbój wyspy. Wracamy do Crystal Bay, tyle że tym razem zostaniemy na nieco dłużej. Wypożyczamy płetwy i maski i wskakujemy do wody odkrywać to co ta malutka zatoczka ma do zaoferowania. A oprócz pięknej, kolorowej rafy zachwyca niezliczoną ilością gatunków rybek, które są wręcz na wyciągnięcie ręki. Przy brzegu trzeba uważać, bo rafa jest naprawdę płytko i łatwo ją uszkodzić. To coś o czym turyści bardzo łatwo zapominają i niestety przyczyniają się do łamania korali, które przy dzisiejszym ociepleniu wód i tak nie mają się dobrze.

W wodzie lądujemy kilka razy, bo nie możemy nacieszyć oczu tym co dzieje się pod powierzchnią. Słońce dziś wyjątkowo praży, wygrzewamy nasze wciąż dla mnie zbyt blade ciała, pijemy zimne piwo i najzwyczajniej zapominamy o całym świecie. Potrzebowałam takiej chwili wytchnienia, bo ostatnie dni były dosyć intensywne w emocje.

Już dobrze koło 15 wsiadamy na skuter i kierujemy się ku wschodniej części wyspy. Stajemy w przypadkowym warungu na obiad, a potem wzdłuż wybrzeża jedziemy do świątyni, która znajduje się w jaskini. Ta część wyspy ma zdecydowanie lepiej rozwiniętą infrastrukturę. Plusem jest również to, że jedzie się przy samej lini brzegowej i można podziwiać ocean i wąskie, piaszczyste plaże.

Pura Goa Giri Putri to miejsce wyjątkowe, wejście do tej świątyni znajduje się między dwoma ogromnymi głazami, ja mam problem żeby się tam przecisnąć, nie mówiąc o wysokim Arku. Kiedy już dociera do mnie gdzie jesteśmy ogarnia mnie lekki niepokój, w świątyni jesteśmy sami, jest duszno więc nieco przyspieszam kroku.

Dochodzimy do pierwszych ołtarzy, teraz świecących pustką, jednak kiedy się rozchorowałam Arek przyjechał we wczesnych godzinach popołudniowych i miał okazję podglądać modlących się Balijczyków. Twierdzi, że miejsce to miało zupełnie inny klimat, a ja mu wierzę. Przechodzimy dalej, gdzie znajduje się mniejszy ołtarz, a także wyjście z drugiej strony. My jednak zawracamy i raz jeszcze podziwiamy to niezwykłe wnętrze.

Wracamy do portu, Arek bierze na wynos tuńczyka z grilla i na plaży przy różowo-błękitnym zachodzie słońca kończymy kolejny dzień.

DZIEŃ 17 – 8.8.2018

Budzik dzwoni o 6, biorę orzeźwiający prysznic, dopakowuję plecaki, a o 7:30 jesteśmy już w porcie. Oczywiście właściciel i jego córka podrzucają nas na skuterach. Przyzwyczailiśmy się i nawet duży bagaż na skuterku już tak nie dziwi.

Wracamy tą samą łódką, którą przypłynęliśmy na wyspę, tyle tylko, że nasz gospodarz załatwił bilety taniej – tym razem płacimy 150 000 IDR a nie 200 000 IDR od osoby. W Sanur jesteśmy przed 9, idziemy do sklepu, w którym mieści się również lokalny oddział Peramy, czyli przewoźnika autobusowego. Kupujemy bilety do Loviny, zostawiamy bagaże i idziemy na śniadanie. Po śniadaniu wracamy do naszego sklepiku, przed którym rozłożone są plastikowe krzesełka i dołączamy do pana, który każdego przechodnia musi w odpowiedni sposób zaczepić:

  • Where are you going?
  • Transport?
  • Perama here.
  • Taxi?

Tu każdy jest sprzedawcą, każdy zaczepia turystów, którzy przecież zawsze czegoś potrzebują. A jak nie dzisiaj, to tomorrow?

Przyjeżdża nasz autobus, pakujemy manatki a potem wleczemy się ponad półtorej godziny do Ubud, w którym mamy przesiadkę. Całkiem miło spojrzeć na znajome ulice, choć muszę przyznać, że wcale nie tęskniłam za tym tłokiem, korkami i rozgardiaszem. Dobrze mi w maleńkich mieścinach blisko natury.

Po pół godzinie siedzimy już w maleńkim busiku, który o 15 dojeżdża do Loviny. Po drodze mijamy słynną świątynię na wodzie, do której planujemy jeszcze wrócić. Od miejscowości Singaraja aż do Loviny jedziemy w ślimaczym tempie, bo na ulicach same procesje. Dzieci w biało-czerwonych uniformach równo maszerują i głośno krzyczą. W przyszłym tygodniu w Indonezji będzie obchodzone święto niepodległości, stąd te przygotowania do uroczystości.

W Lovinie na malutkim podwórku, bo nazwać tego przystankiem czy dworcem raczej nie mogę, rozłożono kilka stoliczków i krzesełek, a każdy pasażer może sobie wybrać colę czy fantę i w momencie zostaje okrążony przez taksówkarzy i sprzedawców wycieczek. Zgarniamy dwóch panów z dwoma skuterkami i jedziemy do naszego guesthouse’u. 

Już prawie 16, w brzuchach pusto, więc zostawiamy torby i idziemy coś zjeść. Oczywiście jeszcze w hotelu pan proponuje nam wycieczkę na pobliską wyspę połączoną z nurkowaniem. Best price only for you my friend, only today! Wchodzimy do małych biur podróży i okazuje się, że wcale nie była taka najlepsza ta jego cena. Już w drugim biurze udaje nam się wytargować atrakcyjną cenę. Kiedy ten sam pan wchodzi do tego biura i nas poznaje, bez ogródek mówię, że chyba tu jednak mają lepszą cenę. Panu głupio, tłumaczy, że w hotelu inna, bezpośrednio w biurze inna i koniec końców kupujemy wycieczkę jeszcze taniej! Spełnimy kolejne małe marzenie, będziemy nurkować!

Siadamy w małej knajpce, zamawiamy piwo i gado gado oraz wegetariańskie curry. Gado gado to podsmażone zielone warzywa podawane z tofu, jajkiem i genialnym sosem orzechowym. Do tego obowiązkowo ryż na boku. Moje curry jest niezwykle aromatyczne, przyprawione w punkt. Po kolacji bierzemy po jeszcze jednym piwku na wynos i idziemy na plażę, aby popatrzeć na zachód słońca. Morze Jawajskie, którym Bali otoczone jest od północy, jest spokojne, woda płaska a temperatura raczej zbyt wysoka, by kąpiel dała orzeźwienie. Piasek na plaży ma kolor czarny. Całkiem tu uroczo muszę przyznać!

Dziś chillujemy, gadamy, gadamy i jeszcze raz gadamy. Po powrocie do domu układamy plan na najbliższe dni i czytając odpływam.

DZIEŃ 18 – 9.8.2018

Szybkie śniadanie i wskakujemy na skuterek, dziś przed nami intensywny czas, więc nie ma co zwlekać. Zaczynamy od wizyty przy wodospadach Aling-Aling, gdzie oprócz podziwiania pięknych wodospadów można również poskakać do wody z 5, 10 i 15 metrów, a także zjechać z naturalnej ślizgawki, która sobie liczy dobre 12 metrów. Wykupujemy lokalnego przewodnika, bilet kosztuje 125 000 IDR od osoby i wchodzimy na wąską ścieżkę prowadzącą do wysokiego wodospadu Aling-Aling. Wodospadów w życiu widziałam mało, ale ten robi na mnie wrażenie. Trochę ukryty, nadal w cieniu. Woda przyjemnie ochlapuje nasze rozgrzane ciała. Szybkie zdjęcia i wracamy tą samą ścieżką na znacznie mniejsze wodospady, jednak to te, przy których można nieco podnieść sobie poziom adrenaliny. Arek bez dwóch zdań od razu leci na kładkę, z której skacze 5 metrów w dół. Ja idę z przewodnikiem na dół, filmuję go i obserwuję dziewczynę, która weszła na szczyt wodospadu, który jest tą naturalną ślizgawką, o której już Wam wspominałam. Kiedy ją spotykam podpytuję o wrażenia, a ona mówi, że to cudowne uczucie, choć serce chce jej wyskoczyć z klatki piersiowej. Zresztą jak to mają w zwyczaju Hiszpanki jest mocno ekspresyjna i przykłada moją rękę do jej rzeczywiście bijącej całą siłą piersi. Myślę sobie: jak nie teraz to kiedy? Zakładam kapok i wchodzę. Nie analizuję, nie myślę, skupiam się na poszczególnych krokach i ani się obejrzę, a już czuję na swoich ramionach dłonie przewodnika, który mnie lekko popycha.

 

Ja nie należę do osób lubiących sporty ekstremalne, łatwo mnie przestraszyć, raczej unikam ryzyka. Ale w ostatnim czasie postanowiłam, że będę robić rzeczy, których się boję. Potrzebuję tego, aby nieco lepiej poznać siebie, swoje granice i swoje ciało. Sam zjazd jest przyjemny, jadę szybko, skały są rzeczywiście mocno wyślizgane, nic nie boli. Jednak przerażające uczucie nadchodzi, gdy spadam, gdy kończą się skały, a ja nadal lecę. To trwa zaledwie ułamek sekundy. Nie wchodzę drugi raz, ale jestem z siebie dumna. Do skoków mnie w ogóle nie ciągnie, więc z uśmiechem na ustach obserwuję tłumek ludzi, którzy stają na kładce i decydują się na skok.

Płyniemy nieco dalej, ześlizgujemy się ze zdecydowanie mniejszej ślizgawki i stajemy przy dużo wyższych wodospadach. Jeden ma 10 drugi 14 metrów. Arek robi kilka razy podejście, jednak ostatecznie nie decyduje się na skok.

Przebieramy się w suche ciuchy, żegnamy z naszym przemiłym przewodnikiem i jedziemy dalej. Kierunek – Gin Gin Waterfalls położone już nieco wyżej w górach. Przy parkingu zahaczamy jeszcze o maleńki warung, w którym przy stolikach siedzą sami lokalsi. Zamawiamy smażone noodle z warzywami, zjadamy i kierujemy się ku ścieżce na wodospady. Kiedy tak beztrosko idziemy nagle zaczyna trząść. Kolejne trzęsienie ziemi… Tym razem krótkie i dosyć łagodne, jednak serce znów mi staje w gardle.

Wodospad okazuje się jeszcze piękniejszy niż poprzedni. Wysoki, otoczony zielenią. Z wody wystają skały, które dodają krajobrazowi uroku. Arek wskakuje do wody, ja kąpię się dopiero przy mniejszym wodospadzie położonym nieco niżej. I tutaj trafiają się amatorzy adrenaliny i na bombę skaczą do wody.

Czas na ostatni przystanek podczas dzisiejszej wycieczki. Z Git Git do Sekumpul Waterfall prowadzą kręte, górskie ścieżki, z których roztacza się wspaniały widok na doliny i intensywnie zielone tarasy ryżowe. Światło robi się coraz łagodniejsze, o 16 docieramy na miejsce, wynajmujemy lokalnego przewodnika i ruszamy w drogę. Tutaj również nie trzeba było płacić za wstęp, my jednak ze względu na późną godzinę oraz chęć poznania nieco lokalnych opowieści decydujemy się zapłacić. Rubi prowadzi nas przez małe pola, pokazuje jak rośnie oraz jak się zbiera goździki, na które właśnie jest sezon. Zrywa z drzewa owoc kakaowca i daje nam spróbować. Pestki się ssie, a potem wypluwa. Smakuje nieco jak liczi. Mijamy również krzaczki, na której rośnie kawa i pola ryżowe.

Do Sekumpul Waterfall prowadzi dosyć stroma ścieżka w dół. W pewnym momencie zaczynają się schody, jest ich podobno 400. Już w połowie trasy dostrzegamy otoczony zielenią wodospad. A po chwili następny! Jest ich tutaj w bliskiej odległości aż 7. Pośród drzew dostrzegamy również małpy!

Arek pierwsze co robi po przybyciu to wskakuje do wody. Ja z brzegu robię zdjęcia i z niedowierzeniem wpatruję się w wodę, która głośno uderza o taflę jeziorka. Co chwilkę na horyzoncie pojawia się kolorowa tęcza. Czy to nie magia?!

Kiedy już nacieszyliśmy się chwilą ruszamy pod jeszcze jeden wodospad. Nieco bardziej ukryty, znajdujący się po lewej stronie od Sekumpul Waterfall, który nazywa się Hidden Waterfall nie bez przyczyny. Z głównej ścieżki go nie widać, dopiero jak podchodzimy bliżej rozpościera się przed nami mniejszy, ale nie mniej spektakularny wodospad. Nisko latają motyle oraz maleńkie ptaszki, woda kapie z każdej strony, a my z przewodnikiem jesteśmy tu zupełnie sami. Jest jak w bajce.

Ruszamy powoli w drogę powrotną, bo nie chcemy, aby zastał nas tu zachód słońca. Z punktu widokowego rzucamy ostatnie spojrzenie na dolinę i idziemy na parking. Wyruszamy gdy słońce jest już bardzo nisko. Przejeżdżamy przez maleńkie wioski, stajemy zresztą w jednej z nich, gdy zauważamy, że coś się dzieje na dosyć sporej polance. Mnóstwo podekscytowanych mężczyzn w jednym miejscu? To musi oznaczać jedno: walki kogutów. Arek podchodzi tam na chwilkę, rzuca okiem, a potem ruszamy w kierunku Loviny.

Jemy w Global Village Kafe gdzie zajadam moją ulubioną sałatkę z fasolki szparagowej z kokosem. Przyszłoby Wam do głowy takie połączenie? Mi nie, ale na samą myśl robię się znów głodna…

DZIEŃ 19 – 10.8.2018

O 8:00 zwarci i gotowi stawiamy się w hotelowej restauracji, aby czym prędzej zjeść śniadanie. O 8:30 ma ktoś po nas podjechać, bo dziś będziemy spełniać kolejne małe marzenie – jedziemy nurkować! Wyspa Menjangan znajduje się ponad godzinę drogi lądowej od Loviny, potem wystarczy pół godzinki i jesteśmy już przy pierwszym punkcie do nurkowania. Staram się za dużo nie myśleć, aby nie spanikować. Słucham instruktora, analizuję jego słowa, ale tak naprawdę, dopiero gdy wskakujemy w całym sprzęcie do wody i próbuję oddychać przez rurkę, dociera do mnie ich sens.

 

Nie panikować, nie panikować, nie panikować! Na płytkiej wodzie uczymy się oddychać, opróżniać maskę z nadmiaru wody i reagować, gdyby przypadkiem wypadł nam ustnik. Jednak gdy schodzimy niżej zatyka mi uszy, panikuję i wypływam. Instruktor płynie ze mną i spokojnie tłumaczy co mam zrobić. Zatkać nos, potem go odetkać i jednocześnie wydmuchiwać powietrze nosem. Działa. Powoli oswajam się z oddychaniem i gdy tylko udaje mi się zrelaksować płynę spokojnie i płynnie.

Dopiero kiedy czuję się swobodnie, rozglądam się wokół siebie. Kolorowe rybki, piękne korale, intensywny turkus wody i doskonała widoczność. Wspomnieć jednak muszę, że rafa w tym miejscu wygląda jakby umierała. Sporo połamanych korali leży na dnie, aż serce krwawi na samą myśl, że to my, ludzie przyczyniamy się codziennie do wyniszczania czegoś tak pięknego. Do tego oprócz ocieplenia temperatury wody dochodzą nieodpowiedzialni turyści, którzy zarówno podczas snorklingu jak i nurkowania łamią korale płetwami.

Podczas pierwszego nurkowania schodzimy do 12 metrów, a w wodzie jesteśmy 37 minut. Moja butla z tlenem nadal jest stosunkowo pełna, wciąż mam 110 barów. Płyniemy na wyspę Menjangan, gdzie się ogrzewamy na słońcu, zjadamy szybki lunch. Co ciekawe na wyspie żyją sarny! Podglądamy je z daleka, ale instruktorzy znów zaganiają nas na łódkę. Ubieramy sprzęt i teraz już bogatsi o poprzednie doświadczenia nieco bardziej zrelaksowani wskakujemy do wody. Tym razem już z łatwością wyrównuję oddech i ciśnienie w uszach, leżę na wodzie i podziwiam. Kolejna porcja tęczowych rybek o różnych kształtach, kolorach i wielkości, a do tego po chwili, wśród kamieni dostrzegamy również żółwia! To było moje ogromne marzenie zobaczyć żółwia. No i proszę, kolejne, które mogę odhaczyć z mojej nieco przydługiej listy.

Czas wracać, dopływamy do brzegu, pakujemy się w busika i wracamy wykończeni do Loviny. Emocje nadal w nas buzują, szybko się kąpiemy i idziemy na zasłużoną kolację. Trafiamy do pełnej knajpki nad samym brzegiem morza i decydujemy się na pyszne dania z lokalnych ryb i owoców morza. Czas do łóżka, bo jak zwykle jutro nie będziemy próżnować!

DZIEŃ 20 – 11.8.2018

Dziś budzik dzwoni wyjątkowo wcześnie. Na nogach jesteśmy już o 5:30 żeby jeszcze przed 6 wypłynąć łódką w Morze Jaweńskie w poszukiwaniu delfinów. Kiedy ruszamy, urocza Lovina spowita jest jeszcze czarną jak smoła nocą. Z każdą jednak minutą gra świateł nabiera rozpędu. Pomarańcz miesza się z błękitem, a po zachodniej stronie na niebie rozgościły się róże i pastelowe fiolety. Nie mija kilka minut i widzimy pierwsze delfiny, płyną w stadzie całkiem blisko nas.

Lovina znana jest właśnie z porannych wycieczek, na których z łatwością można dostrzec delfiny. Początkowo jesteśmy sami, ale po chwili widzimy już cały horyzont usiany łódeczkami. Nasz przewodnik lubi jednak trzymać się na uboczu, doskonale wie, że im bliżej podpłyniemy z włączonym silnikiem tym szybciej delfiny odpłyną. Opowiada zresztą, że przed 2005 rokiem nie było łódek z silnikiem. Wypływało się za to o 5 tradycyjną łódką, używało się wiosła, a gdy dotarło się do punktu, który sobie upodobały delfiny, wszystkie łódki zatrzymywały się i z bliska mogły obserwować te urocze ssaki. Podpływały bardzo blisko. Jednak postęp, ilość turystów i chęć robienia wszystkiego szybciej i łatwiej sprawiła, że od kilku lat łódki z silniczkiem prześcigają się na morzu pragnąc pokazać turystom delfiny z bliska.

Ten moment, kiedy pan wyłącza silnik, na horyzoncie pojawia się słońce – wyjątkowo czerwona, rozgrzana kula, a my z dala od innych łódek obserwujemy co i rusz pojawiające się na wodzie delfiny. To jeden z tych momentów, które zapadają w pamięć na bardzo długo.

Wracamy do hotelu na szybkie śniadanie, organizujemy sobie skuterek i po 9 znów jesteśmy w trasie. Wybieramy mniej ruchliwą trasę przez maleńkie wioski położone w górach, mijamy tradycyjne osady, przemiłych ludzi, którzy z daleka machają i krzyczą głośno „hello!!!”. Pierwszym przystankiem jest punkt widokowy na przepiękne górskie jeziora. Temperatura spadła tu dramatycznie, szczególnie gdy jedzie się na skuterku, więc ubieramy swetry, zakrywamy się sarongami i jedziemy w kierunku Bedugul. Po drodze jeszcze przystajemy przy niezwykle popularnej w ostatnim czasie na Instagramie bramie, która jest bramą prowadzącą na pole golfowe. Właściciele zwęszyli interes i zaczęli kasować bilety za czas na zrobienie sobie upragnionego selfie. 30 000 IDR za maksymalnie 10 minut… Arek odpala drona, ja fotografuję i mimo, że miejsce robi wrażenie, pełne jest turystów. Zaraz za bramą odbywa się jakiś firmowy piknik, jest muzyka na żywo.

Czas na wizytę w świątyni, która należy do tych must see na Bali. Wizerunek .. znajduje się również na banknocie 50 000 IDR. Koszt wstępu to właśnie 50 000 IDR. Przekraczamy bramę i uderza mnie to, jak niepodobna do wszystkich innych odwiedzonych przez nas świątyń jest … Równo przystrzyżone trawniki, klomby z kwiatami, które raczej przypominają te z Europy niż z tropikalnego Bali. Cały teren usiany jest tandetnymi figurkami m.in. Sponge Bob’a. Do tego te tłumy… Dochodzimy do brzegu jeziora, na którym wybudowano tę przepiękną świątynię i naprawdę nie mogę do końca cieszyć się jej pięknem ze względu na atmosferę. Nikt nie patrzy na świątynię, każdy patrzy w obiektyw telefonu tylko po to, by zrobić jak najbardziej korzystne selfie. Krótko spacerujemy jeszcze po kompleksie i uciekamy. Nie dość, że zimno, to jeszcze jakoś tak nie po naszemu.

Wracamy do Loviny, gdzie całe szczęście słońce pali na całego. Zjadamy lunch w tej samej knajpce co wczoraj, ja skusiłam się na Seafood Basket i zajadam kalmary, curry z tuńczyka, grillowanego tuńczyka podanego oczywiście z ryżem, a Arek kosztuje curry z krewetkami.

Najedzeni i szczęśliwi jedziemy dalej. Skoro tak zmarzliśmy w górach, czas na kąpiel w gorących źródłach, które oczywiście znajdują się w świątyni. Woda jest przyjemnie ciepła, do tego możemy rozkoszować się ostatnimi promieniami słońca. To jednak jeszcze nie koniec dnia, podjeżdżamy jeszcze troszkę w głąb lądu żeby w trakcie złotej godziny podronować nad tarasami ryżowymi. Ta intensywna zieleń jest nieporównywalna z niczym innym.

Czas na szybką kolację i telefon do brata Arka, bo dziś jego urodziny. 100 lat, szwagier! Pakujemy torby, bo to już nasza ostatnia noc w Lovinie.

DZIEŃ 21 – 12.8.2018

Dziś wracamy tam, gdzie to wszystko się zaczęło. Jedziemy do Ubud, dajemy mu jeszcze jedną szansę, jest po drodze, a poza tym to dobry punkt wypadowy do miejsc, do których chcemy się wybrać. W Lovinie odbiera nas busik i o 9 już jesteśmy w trasie, aby przed 12 dotrzeć do Ubud. Dziwnie tak spogląda się na znajome ulice z autobusu, już trzy tygodnie jesteśmy na Bali.

W Ubud jemy szybki obiad w Biah Biah+, które znajduje się dwa kroki od przystanku autobusowego. Arek wyskakuje również do apteki, kupuje krople do uszu, niestety wciąż mu się nie odetkały po nurkowaniu.

Śpimy w tym samym Airbnb, w którym zostawaliśmy ostatnim razem. Odbiera nas urocza córka właściciela, oczywiście jednym skuterkiem, więc najpierw podrzuca mnie, potem wraca po Arka.

Ostatnie dni były bardzo intensywne, zmęczenie daje o sobie znać, więc dziś postanawiamy zwolnić. Czytam w łóżku i pozwalam sobie na krótką drzemkę. Wstaję z bólem głowy i ogólnie czuję się jakaś słaba. Jedziemy do miasta na szybką kolację i dosyć wcześnie lądujemy w łóżkach.


To już koniec trzeciego tygodnia balijskich opowieści? Jak Wam się podoba ta wyspa? Mielibyście ochotę odwiedzić Bali?

 

 

W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA – O PODRÓŻACH SŁÓW KILKA

Siedzę w pustym pokoju. Spakowane walizki czekają już w przedpokoju. To już kolejny raz kiedy pakujemy całe swoje życie w kilka toreb i zostawiamy wszystko, bo za chwilę zacząć wszystko na nowo. Dopiero niedawno do mnie zaczęło docierać, że życie wcale nie musi być jednym ciągiem. Może być za to krótkimi epizodami. Że stabilizacja to pojęcie względne, dla każdego znaczy coś innego.

Przeprowadzaliśmy się już kilka razy. Zaczęliśmy od wspólnych studiów w Toruniu, gdzie po trzech latach zostawiliśmy uczelnię i kilku wspaniałych przyjaciół na rzecz życia w wymarzonym Krakowie. Tam też nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo już po roku wyjechaliśmy na kolejny rok do Włoch na Erasmusa. A potem prosto do Anglii gdzie w sumie najdłużej zagrzaliśmy miejsce. W Cambridge wpadłam w rutynę, z której trudno było mi się wygrzebać. Wyjazd do Australii przerażał. Bo jak to? Wyjechać na drugi koniec świata bez konkretnego planu, z biletem w jedną stronę, bez zaaranżowanej pracy i mieszkania, nie znając praktycznie nikogo?

Kiedyś myślałam, że życie polega na skończeniu studiów i znalezieniu dobrej pracy. Jednak od zawsze kochaliśmy podróże i w pewnym momencie zaczęło do nas docierać, że te krótkie wypady na weekend nie do końca nam wystarczają. Przez całe studia w wakacje jeździliśmy do Anglii dorobić, mieliśmy więc trochę zaskórniaków na city breaks, krótkie odwiedziny znajomych na Erasmusie, ale nigdy nie wybraliśmy się nigdzie na dłużej. Dopiero jak zamieszkaliśmy w Anglii zaczęłam wyszukiwać tanie bilety, organizować wypady na tydzień, bądź dwa. Odwiedziliśmy Maroko, grecką wyspę Zakhyntos, Minorkę, a także Peru i zachodnie wybrzeże USA. Wciąż nam było mało.

Marzyło nam się, aby gdzieś pojechać na dłużej, aby móc wtopić się w tłum, żyć w danym miejscu, poczuć jak to jest zmagać się z tymi samymi bolączkami jak i radościami co mieszkańcy danego miejsca. Padł pomysł podróży dookoła świata. Niestety koszty nas nieco przerosły, więc kiedy przypadkiem natknęliśmy się na informację o wizach Work and Holiday w Australii wiedzieliśmy, że to idealne rozwiązanie dla nas. Na podróże można zarobić pracując już w Australii. Idealnie!

I to właśnie przyjazd do Australii odmienił moje życie i postrzeganie tego co najważniejsze. Zniknęły obawy o przyszłość, przestałam się stresować narzucaną przez społeczeństwo stabilizacją, zaczęłam po prostu żyć pełnią życia, biorąc z niego to co najlepsze. Przestałam się stresować rzeczami, na które nie mam wpływu, raczej zaczęłam odczytywać pewne znaki jako drogowskazy. Dopiero kiedy odpuściłam zaczęłam oddychać pełną piersią. Zaczęłam doceniać małe rzeczy, które przynoszą mi mnóstwo radości. Zniknęłam z sieci by jeszcze bardziej skupić się na tu i teraz. Nie patrzeć na telefon, bloga, zaległe wiadomości i komentarze. Zrobiłam to dla siebie i kiedy w końcu zatęskniłam za blogiem i pisaniem wróciłam na innych warunkach. Przez długi czas blog i social media były na pierwszym miejscu, bo uważałam, że to dla mnie najlepsze i najważniejsze. Że trzeba pracować na sukces bloga i pisanych przeze mnie tekstów. Lecz gdy pojawiło się wypalenie nic nie przynosiło satysfakcji, a raczej frustrację, że nic nie posuwa się do przodu w tempie, w którym bym chciała.
Przewartościowałam to co dla mnie najważniejsze. Teraz jestem skłonna zniknąć z sieci na kilka dni tylko po to, by jeszcze bardziej doceniać to co mam dookoła. A w Palm Cove miałam dużo. Plażę położoną zaledwie 10 minut pieszo od domu. Znajomych, którzy chcieli się spotkać po pracy. Przepiękne wodospady, do których dojazd zajmował tylko pół godziny. Miałam czas na czytanie, samotne spacery, gotowanie, słuchanie podcastów. I przestałam sobie wyrzucać, że to czas stracony, zmarnowany. Dostrzegłam, że jeśli nie jestem szczęśliwa to nie potrafię pisać, być osobą, którą chcę być dla Was, czytelników.

Najważniejszym wnioskiem do którego doszłam podczas tych kilkumiesięcznych rozważań jest jednak to, że życie wcale nie musi być jednym ciągiem wydarzeń. To nie musi być przydługi film, za to może być serią krótkich odcinków, które z każdym kolejnym robią się jeszcze ciekawsze. Może to mało poetyckie porównanie, ale właśnie tak czuję. Że poszczególne etapy mojego życia były niezbędnymi odcinkami, aby w końcu akcja mogła rozwijać się w taki sposób w jaki się rozwinęła. Nie byłabym tu gdzie jestem, nie byłam tym kim jestem, gdyby nie poszczególne doświadczenia, napotkani ludzie, odwiedzone miejsca. I choć pożegnania bolą to wiem, że to jeszcze nie czas na zostanie gdziekolwiek na stałe.

To podróże zmieniły moje postrzeganie świata. Sprawiły, że nie chcę żyć w jednym miejscu, spędzając jedynie trzy tygodnie urlopu na krótkich wypadach. Czuję, że chcę więcej. Chcę jeździć, poznawać, żyć. Długo mi zabrało, aby zdać sobie sprawę, że to mój sposób na szczęście.

I wiem, że nie wszyscy to podzielają, nie wszyscy to rozumieją. Wiem, że bliscy i przyjaciele chcieliby nas mieć bliżej. Ja też tęsknię i wiem, że to ogromny minus życia w podróży, ale czy powrót byłby wart porzucenia marzeń? Nie sądzę. Dlatego nie wracamy. Dlatego jeszcze popróbujemy, bo kto wie? Może to właśnie tam czeka na nas szczęście.