Tag: podroze

DZIENNIKI Z PODRÓŻY TYDZIEŃ 3 – BALI

Przed nami już trzeci tydzień na Bali. I mam wrażenie, że z każdym dniem robi się coraz ciekawiej! Rajska plaża, kolorowa rafa koralowa, snorkling i nurkowanie oraz odrywanie ukrytych wodospadów. O przełamywaniu strachu i spełnianiu marzeń. 

DZIEŃ 15 – 6.8.2018

Emocje wczorajszego dnia i nocy staramy się zostawić za sobą. Zresztą spoglądając na ulice Nusy Penidy wygląda jakby nic się nie stało. Oczywiście oprócz krzyczących, czerwonych pasków w telewizji, mówiących o ofiarach śmiertelnych wczorajszego trzęsienia ziemi na pobliskiej wyspie Lombok.

Wracam też do zdrowia, pierwszy raz od kilku dni czuję głód. Szybki prysznic i po szybkim smoothie jesteśmy już w drodze. Patrząc na mapę nie mamy wielu kilometrów do pokonania, jednak nauczeni doświadczeniem ostatnich dni wiemy, że jakość dróg może być różna, więc lepiej wyjechać jak najwcześniej.

Docieramy do Kelingking i oboje porozumiewawczo na siebie spoglądamy. Bali! To właśnie na takie widoki liczyliśmy! Wysokie białe klify, turkusowa woda, intensywna zieleń i ukryta w dole maleńka plaża, na której ledwo można dostrzec odważnych, którzy tam dotarli. Dlaczego odważnych? Cóż, aby dostać się na dół trzeba zejść bardzo wąską dróżką, która wiedzie na szczycie klifu. Barierki są, jednak wykonane z drewna i powiązane niebieskim sznurkiem. W kilku miejscach nawet takiej ochrony brak. Dochodzimy do połowy drogi, gdzie widoki są tak niesamowite, że zastanawiam się czy aby na pewno prawdziwe.

 

Z jednej strony plaża, do której dotrzeć się nie da. Osłonięta klifami z dwóch stron, kamienista. Kiedy dobrze się przyjrzeć kilka metrów od brzegu dostrzegamy kilka ogromnych płaszczek. Manty osiągają długość do 7 metrów, a gdy rozłożą skrzydła nawet do 9 metrów, więc wyobraźcie sobie tych gigantów!

Z drugiej strony mamy bialuteńką, piaszczystą plażę, na którą prowadzi wspomniany przeze mnie szlak. Plaża jak z folderów reklamowych! Do tego dochodzi widok na klif, który przypomina głowę dinozaura i został ochrzczony „T-Rex”. Docieramy do połowy trasy i zawracamy. Przed nami jeszcze sporo atrakcji, nie w głowie nam leniwe plażowanie.

Zjadamy szybki obiad, stawiam na bulion warzywny, który dobrze robi mojemu jeszcze nieco podrażnionemu żołądkowi.

Naszym kolejnym punktem wycieczki jest Seganing Waterfall. Muszę przyznać, że drogi, mimo że wciąż nieidealne, to zdecydowanie lepsze niż te prowadzące do Broken Bay. Docieramy  tam dosyć szybko i znów możemy podziwiać ogromne klify, piękne, miękkie światło padające na ocean. Po naszej prawej stronie ukazuje nam się świątynia na samiutkim końcu stromych klifów. Dochodzą nas dźwięki ceremonii. My za to udajemy się w lewo, schodzimy na sam dół klifu niezwykle stromą drogą, przyklejoną do skał. W niektórych momentach wręcz idziemy po drewnianych kładkach, które miałyby chronić przed nieszczęśliwym wypadkiem. Zdecydowanie nie jest to droga dla ludzi o słabych nerwach. Przyznam, że całkiem mi się spodobało i mimo sporej wysokości nie czuję strachu. Kiedy dochodzimy na sam dół spotykamy samych Balijczyków, którzy zgodnie z wierzeniem dokonują tradycyjnego obmycia w maleńkim źródełku. Nazwa może mylić, dla mnie to raczej źródełko, nie wodospad, ale za to jak położone! Na półce skalnej, która schodzi wprost do oceanu, o którą rozbijają się fale jest kilka skalnych basenów, do których spływa woda. Taka kąpiel to cudowne ukojenie dla rozgrzanych wspinaczką ciał!

Droga powrotna jest zdecydowanie łatwiejsza. Na górze kupujemy świeżego kokosa i podziwiamy widoki. Czas się zbierać! Dojeżdżamy do Banah Cliff, gdzie rozpościera się doskonały widok na maleńką wysepkę z przepięknym łukiem skalnym. Siedzimy i obserwujemy, jak ogromne fale próbują przecisnąć się między skałami.

Przyszła pora na ostatni punkt dzisiejszej wycieczki – Temeling Pool i Temeling Beach. Dojazd jest bardzo stromy, ale trudności wynagradzają widoki. Najpierw w gęstym lesie odkrywamy wspomniany naturalny basen Temeling, przy którym miejscowe dzieciaki świetnie się bawią. Skaczą do wody, śpiewają, próbują przy okazji skłonić turystów do skoków. Kilka kroków dalej znajduje się maleńka, ukryta pośród skał plaża, na której nie ma absolutnie nikogo. Plaża pokryta jest kamieniami i pięknymi muszlami, zabieram kilka najpiękniejszych ze sobą.

Niestety plaża ma też drugie oblicze, tuż przy skałach leżą wyplute przez ocean śmieci. Czy ten obrazek nie powinien nam dać do myślenia?

Kiedy wracamy basen jest pusty i postanawiamy nieco się orzeźwić. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie zimna.

Po kąpieli, kiedy słońce jest już nisko, suszymy się i wskakujemy na skuterek, nie chcielibyśmy pokonywać tej drogi po ciemku. Udaje nam się zdążyć do Toyapake, miejscowości, w której zostajemy, przed zachodem słońca. Siadamy na plaży, obserwujemy grę kolorów, a kiedy zaczyna doskwierać nam głód jedziemy na kolację do świetnej miejscówki położonej kilka minut drogi od naszego hoteliku. Sanctum to centrum nurkowania, przy którym znajduje się urocza restauracja. Pełno tu poduch na ziemi, hamaków oraz stolików na samej plaży. Do tego dzisiaj gra zespół na żywo, więc pyszne balijskie curry i zimne piwko w takich warunkach smakuje jeszcze lepiej.

DZIEŃ 16 – 7.8.2018

Na śniadanie wracamy do tego samego miejsca. Hamak, widok na ocean, a także owsianka w menu decydują, że to właśnie tutaj chillujemy, ładujemy baterie i z uśmiechem na ustach i pełnymi brzuchami ruszamy na dalszy podbój wyspy. Wracamy do Crystal Bay, tyle że tym razem zostaniemy na nieco dłużej. Wypożyczamy płetwy i maski i wskakujemy do wody odkrywać to co ta malutka zatoczka ma do zaoferowania. A oprócz pięknej, kolorowej rafy zachwyca niezliczoną ilością gatunków rybek, które są wręcz na wyciągnięcie ręki. Przy brzegu trzeba uważać, bo rafa jest naprawdę płytko i łatwo ją uszkodzić. To coś o czym turyści bardzo łatwo zapominają i niestety przyczyniają się do łamania korali, które przy dzisiejszym ociepleniu wód i tak nie mają się dobrze.

W wodzie lądujemy kilka razy, bo nie możemy nacieszyć oczu tym co dzieje się pod powierzchnią. Słońce dziś wyjątkowo praży, wygrzewamy nasze wciąż dla mnie zbyt blade ciała, pijemy zimne piwo i najzwyczajniej zapominamy o całym świecie. Potrzebowałam takiej chwili wytchnienia, bo ostatnie dni były dosyć intensywne w emocje.

Już dobrze koło 15 wsiadamy na skuter i kierujemy się ku wschodniej części wyspy. Stajemy w przypadkowym warungu na obiad, a potem wzdłuż wybrzeża jedziemy do świątyni, która znajduje się w jaskini. Ta część wyspy ma zdecydowanie lepiej rozwiniętą infrastrukturę. Plusem jest również to, że jedzie się przy samej lini brzegowej i można podziwiać ocean i wąskie, piaszczyste plaże.

Pura Goa Giri Putri to miejsce wyjątkowe, wejście do tej świątyni znajduje się między dwoma ogromnymi głazami, ja mam problem żeby się tam przecisnąć, nie mówiąc o wysokim Arku. Kiedy już dociera do mnie gdzie jesteśmy ogarnia mnie lekki niepokój, w świątyni jesteśmy sami, jest duszno więc nieco przyspieszam kroku.

Dochodzimy do pierwszych ołtarzy, teraz świecących pustką, jednak kiedy się rozchorowałam Arek przyjechał we wczesnych godzinach popołudniowych i miał okazję podglądać modlących się Balijczyków. Twierdzi, że miejsce to miało zupełnie inny klimat, a ja mu wierzę. Przechodzimy dalej, gdzie znajduje się mniejszy ołtarz, a także wyjście z drugiej strony. My jednak zawracamy i raz jeszcze podziwiamy to niezwykłe wnętrze.

Wracamy do portu, Arek bierze na wynos tuńczyka z grilla i na plaży przy różowo-błękitnym zachodzie słońca kończymy kolejny dzień.

DZIEŃ 17 – 8.8.2018

Budzik dzwoni o 6, biorę orzeźwiający prysznic, dopakowuję plecaki, a o 7:30 jesteśmy już w porcie. Oczywiście właściciel i jego córka podrzucają nas na skuterach. Przyzwyczailiśmy się i nawet duży bagaż na skuterku już tak nie dziwi.

Wracamy tą samą łódką, którą przypłynęliśmy na wyspę, tyle tylko, że nasz gospodarz załatwił bilety taniej – tym razem płacimy 150 000 IDR a nie 200 000 IDR od osoby. W Sanur jesteśmy przed 9, idziemy do sklepu, w którym mieści się również lokalny oddział Peramy, czyli przewoźnika autobusowego. Kupujemy bilety do Loviny, zostawiamy bagaże i idziemy na śniadanie. Po śniadaniu wracamy do naszego sklepiku, przed którym rozłożone są plastikowe krzesełka i dołączamy do pana, który każdego przechodnia musi w odpowiedni sposób zaczepić:

  • Where are you going?
  • Transport?
  • Perama here.
  • Taxi?

Tu każdy jest sprzedawcą, każdy zaczepia turystów, którzy przecież zawsze czegoś potrzebują. A jak nie dzisiaj, to tomorrow?

Przyjeżdża nasz autobus, pakujemy manatki a potem wleczemy się ponad półtorej godziny do Ubud, w którym mamy przesiadkę. Całkiem miło spojrzeć na znajome ulice, choć muszę przyznać, że wcale nie tęskniłam za tym tłokiem, korkami i rozgardiaszem. Dobrze mi w maleńkich mieścinach blisko natury.

Po pół godzinie siedzimy już w maleńkim busiku, który o 15 dojeżdża do Loviny. Po drodze mijamy słynną świątynię na wodzie, do której planujemy jeszcze wrócić. Od miejscowości Singaraja aż do Loviny jedziemy w ślimaczym tempie, bo na ulicach same procesje. Dzieci w biało-czerwonych uniformach równo maszerują i głośno krzyczą. W przyszłym tygodniu w Indonezji będzie obchodzone święto niepodległości, stąd te przygotowania do uroczystości.

W Lovinie na malutkim podwórku, bo nazwać tego przystankiem czy dworcem raczej nie mogę, rozłożono kilka stoliczków i krzesełek, a każdy pasażer może sobie wybrać colę czy fantę i w momencie zostaje okrążony przez taksówkarzy i sprzedawców wycieczek. Zgarniamy dwóch panów z dwoma skuterkami i jedziemy do naszego guesthouse’u. 

Już prawie 16, w brzuchach pusto, więc zostawiamy torby i idziemy coś zjeść. Oczywiście jeszcze w hotelu pan proponuje nam wycieczkę na pobliską wyspę połączoną z nurkowaniem. Best price only for you my friend, only today! Wchodzimy do małych biur podróży i okazuje się, że wcale nie była taka najlepsza ta jego cena. Już w drugim biurze udaje nam się wytargować atrakcyjną cenę. Kiedy ten sam pan wchodzi do tego biura i nas poznaje, bez ogródek mówię, że chyba tu jednak mają lepszą cenę. Panu głupio, tłumaczy, że w hotelu inna, bezpośrednio w biurze inna i koniec końców kupujemy wycieczkę jeszcze taniej! Spełnimy kolejne małe marzenie, będziemy nurkować!

Siadamy w małej knajpce, zamawiamy piwo i gado gado oraz wegetariańskie curry. Gado gado to podsmażone zielone warzywa podawane z tofu, jajkiem i genialnym sosem orzechowym. Do tego obowiązkowo ryż na boku. Moje curry jest niezwykle aromatyczne, przyprawione w punkt. Po kolacji bierzemy po jeszcze jednym piwku na wynos i idziemy na plażę, aby popatrzeć na zachód słońca. Morze Jawajskie, którym Bali otoczone jest od północy, jest spokojne, woda płaska a temperatura raczej zbyt wysoka, by kąpiel dała orzeźwienie. Piasek na plaży ma kolor czarny. Całkiem tu uroczo muszę przyznać!

Dziś chillujemy, gadamy, gadamy i jeszcze raz gadamy. Po powrocie do domu układamy plan na najbliższe dni i czytając odpływam.

DZIEŃ 18 – 9.8.2018

Szybkie śniadanie i wskakujemy na skuterek, dziś przed nami intensywny czas, więc nie ma co zwlekać. Zaczynamy od wizyty przy wodospadach Aling-Aling, gdzie oprócz podziwiania pięknych wodospadów można również poskakać do wody z 5, 10 i 15 metrów, a także zjechać z naturalnej ślizgawki, która sobie liczy dobre 12 metrów. Wykupujemy lokalnego przewodnika, bilet kosztuje 125 000 IDR od osoby i wchodzimy na wąską ścieżkę prowadzącą do wysokiego wodospadu Aling-Aling. Wodospadów w życiu widziałam mało, ale ten robi na mnie wrażenie. Trochę ukryty, nadal w cieniu. Woda przyjemnie ochlapuje nasze rozgrzane ciała. Szybkie zdjęcia i wracamy tą samą ścieżką na znacznie mniejsze wodospady, jednak to te, przy których można nieco podnieść sobie poziom adrenaliny. Arek bez dwóch zdań od razu leci na kładkę, z której skacze 5 metrów w dół. Ja idę z przewodnikiem na dół, filmuję go i obserwuję dziewczynę, która weszła na szczyt wodospadu, który jest tą naturalną ślizgawką, o której już Wam wspominałam. Kiedy ją spotykam podpytuję o wrażenia, a ona mówi, że to cudowne uczucie, choć serce chce jej wyskoczyć z klatki piersiowej. Zresztą jak to mają w zwyczaju Hiszpanki jest mocno ekspresyjna i przykłada moją rękę do jej rzeczywiście bijącej całą siłą piersi. Myślę sobie: jak nie teraz to kiedy? Zakładam kapok i wchodzę. Nie analizuję, nie myślę, skupiam się na poszczególnych krokach i ani się obejrzę, a już czuję na swoich ramionach dłonie przewodnika, który mnie lekko popycha.

 

Ja nie należę do osób lubiących sporty ekstremalne, łatwo mnie przestraszyć, raczej unikam ryzyka. Ale w ostatnim czasie postanowiłam, że będę robić rzeczy, których się boję. Potrzebuję tego, aby nieco lepiej poznać siebie, swoje granice i swoje ciało. Sam zjazd jest przyjemny, jadę szybko, skały są rzeczywiście mocno wyślizgane, nic nie boli. Jednak przerażające uczucie nadchodzi, gdy spadam, gdy kończą się skały, a ja nadal lecę. To trwa zaledwie ułamek sekundy. Nie wchodzę drugi raz, ale jestem z siebie dumna. Do skoków mnie w ogóle nie ciągnie, więc z uśmiechem na ustach obserwuję tłumek ludzi, którzy stają na kładce i decydują się na skok.

Płyniemy nieco dalej, ześlizgujemy się ze zdecydowanie mniejszej ślizgawki i stajemy przy dużo wyższych wodospadach. Jeden ma 10 drugi 14 metrów. Arek robi kilka razy podejście, jednak ostatecznie nie decyduje się na skok.

Przebieramy się w suche ciuchy, żegnamy z naszym przemiłym przewodnikiem i jedziemy dalej. Kierunek – Gin Gin Waterfalls położone już nieco wyżej w górach. Przy parkingu zahaczamy jeszcze o maleńki warung, w którym przy stolikach siedzą sami lokalsi. Zamawiamy smażone noodle z warzywami, zjadamy i kierujemy się ku ścieżce na wodospady. Kiedy tak beztrosko idziemy nagle zaczyna trząść. Kolejne trzęsienie ziemi… Tym razem krótkie i dosyć łagodne, jednak serce znów mi staje w gardle.

Wodospad okazuje się jeszcze piękniejszy niż poprzedni. Wysoki, otoczony zielenią. Z wody wystają skały, które dodają krajobrazowi uroku. Arek wskakuje do wody, ja kąpię się dopiero przy mniejszym wodospadzie położonym nieco niżej. I tutaj trafiają się amatorzy adrenaliny i na bombę skaczą do wody.

Czas na ostatni przystanek podczas dzisiejszej wycieczki. Z Git Git do Sekumpul Waterfall prowadzą kręte, górskie ścieżki, z których roztacza się wspaniały widok na doliny i intensywnie zielone tarasy ryżowe. Światło robi się coraz łagodniejsze, o 16 docieramy na miejsce, wynajmujemy lokalnego przewodnika i ruszamy w drogę. Tutaj również nie trzeba było płacić za wstęp, my jednak ze względu na późną godzinę oraz chęć poznania nieco lokalnych opowieści decydujemy się zapłacić. Rubi prowadzi nas przez małe pola, pokazuje jak rośnie oraz jak się zbiera goździki, na które właśnie jest sezon. Zrywa z drzewa owoc kakaowca i daje nam spróbować. Pestki się ssie, a potem wypluwa. Smakuje nieco jak liczi. Mijamy również krzaczki, na której rośnie kawa i pola ryżowe.

Do Sekumpul Waterfall prowadzi dosyć stroma ścieżka w dół. W pewnym momencie zaczynają się schody, jest ich podobno 400. Już w połowie trasy dostrzegamy otoczony zielenią wodospad. A po chwili następny! Jest ich tutaj w bliskiej odległości aż 7. Pośród drzew dostrzegamy również małpy!

Arek pierwsze co robi po przybyciu to wskakuje do wody. Ja z brzegu robię zdjęcia i z niedowierzeniem wpatruję się w wodę, która głośno uderza o taflę jeziorka. Co chwilkę na horyzoncie pojawia się kolorowa tęcza. Czy to nie magia?!

Kiedy już nacieszyliśmy się chwilą ruszamy pod jeszcze jeden wodospad. Nieco bardziej ukryty, znajdujący się po lewej stronie od Sekumpul Waterfall, który nazywa się Hidden Waterfall nie bez przyczyny. Z głównej ścieżki go nie widać, dopiero jak podchodzimy bliżej rozpościera się przed nami mniejszy, ale nie mniej spektakularny wodospad. Nisko latają motyle oraz maleńkie ptaszki, woda kapie z każdej strony, a my z przewodnikiem jesteśmy tu zupełnie sami. Jest jak w bajce.

Ruszamy powoli w drogę powrotną, bo nie chcemy, aby zastał nas tu zachód słońca. Z punktu widokowego rzucamy ostatnie spojrzenie na dolinę i idziemy na parking. Wyruszamy gdy słońce jest już bardzo nisko. Przejeżdżamy przez maleńkie wioski, stajemy zresztą w jednej z nich, gdy zauważamy, że coś się dzieje na dosyć sporej polance. Mnóstwo podekscytowanych mężczyzn w jednym miejscu? To musi oznaczać jedno: walki kogutów. Arek podchodzi tam na chwilkę, rzuca okiem, a potem ruszamy w kierunku Loviny.

Jemy w Global Village Kafe gdzie zajadam moją ulubioną sałatkę z fasolki szparagowej z kokosem. Przyszłoby Wam do głowy takie połączenie? Mi nie, ale na samą myśl robię się znów głodna…

DZIEŃ 19 – 10.8.2018

O 8:00 zwarci i gotowi stawiamy się w hotelowej restauracji, aby czym prędzej zjeść śniadanie. O 8:30 ma ktoś po nas podjechać, bo dziś będziemy spełniać kolejne małe marzenie – jedziemy nurkować! Wyspa Menjangan znajduje się ponad godzinę drogi lądowej od Loviny, potem wystarczy pół godzinki i jesteśmy już przy pierwszym punkcie do nurkowania. Staram się za dużo nie myśleć, aby nie spanikować. Słucham instruktora, analizuję jego słowa, ale tak naprawdę, dopiero gdy wskakujemy w całym sprzęcie do wody i próbuję oddychać przez rurkę, dociera do mnie ich sens.

 

Nie panikować, nie panikować, nie panikować! Na płytkiej wodzie uczymy się oddychać, opróżniać maskę z nadmiaru wody i reagować, gdyby przypadkiem wypadł nam ustnik. Jednak gdy schodzimy niżej zatyka mi uszy, panikuję i wypływam. Instruktor płynie ze mną i spokojnie tłumaczy co mam zrobić. Zatkać nos, potem go odetkać i jednocześnie wydmuchiwać powietrze nosem. Działa. Powoli oswajam się z oddychaniem i gdy tylko udaje mi się zrelaksować płynę spokojnie i płynnie.

Dopiero kiedy czuję się swobodnie, rozglądam się wokół siebie. Kolorowe rybki, piękne korale, intensywny turkus wody i doskonała widoczność. Wspomnieć jednak muszę, że rafa w tym miejscu wygląda jakby umierała. Sporo połamanych korali leży na dnie, aż serce krwawi na samą myśl, że to my, ludzie przyczyniamy się codziennie do wyniszczania czegoś tak pięknego. Do tego oprócz ocieplenia temperatury wody dochodzą nieodpowiedzialni turyści, którzy zarówno podczas snorklingu jak i nurkowania łamią korale płetwami.

Podczas pierwszego nurkowania schodzimy do 12 metrów, a w wodzie jesteśmy 37 minut. Moja butla z tlenem nadal jest stosunkowo pełna, wciąż mam 110 barów. Płyniemy na wyspę Menjangan, gdzie się ogrzewamy na słońcu, zjadamy szybki lunch. Co ciekawe na wyspie żyją sarny! Podglądamy je z daleka, ale instruktorzy znów zaganiają nas na łódkę. Ubieramy sprzęt i teraz już bogatsi o poprzednie doświadczenia nieco bardziej zrelaksowani wskakujemy do wody. Tym razem już z łatwością wyrównuję oddech i ciśnienie w uszach, leżę na wodzie i podziwiam. Kolejna porcja tęczowych rybek o różnych kształtach, kolorach i wielkości, a do tego po chwili, wśród kamieni dostrzegamy również żółwia! To było moje ogromne marzenie zobaczyć żółwia. No i proszę, kolejne, które mogę odhaczyć z mojej nieco przydługiej listy.

Czas wracać, dopływamy do brzegu, pakujemy się w busika i wracamy wykończeni do Loviny. Emocje nadal w nas buzują, szybko się kąpiemy i idziemy na zasłużoną kolację. Trafiamy do pełnej knajpki nad samym brzegiem morza i decydujemy się na pyszne dania z lokalnych ryb i owoców morza. Czas do łóżka, bo jak zwykle jutro nie będziemy próżnować!

DZIEŃ 20 – 11.8.2018

Dziś budzik dzwoni wyjątkowo wcześnie. Na nogach jesteśmy już o 5:30 żeby jeszcze przed 6 wypłynąć łódką w Morze Jaweńskie w poszukiwaniu delfinów. Kiedy ruszamy, urocza Lovina spowita jest jeszcze czarną jak smoła nocą. Z każdą jednak minutą gra świateł nabiera rozpędu. Pomarańcz miesza się z błękitem, a po zachodniej stronie na niebie rozgościły się róże i pastelowe fiolety. Nie mija kilka minut i widzimy pierwsze delfiny, płyną w stadzie całkiem blisko nas.

Lovina znana jest właśnie z porannych wycieczek, na których z łatwością można dostrzec delfiny. Początkowo jesteśmy sami, ale po chwili widzimy już cały horyzont usiany łódeczkami. Nasz przewodnik lubi jednak trzymać się na uboczu, doskonale wie, że im bliżej podpłyniemy z włączonym silnikiem tym szybciej delfiny odpłyną. Opowiada zresztą, że przed 2005 rokiem nie było łódek z silnikiem. Wypływało się za to o 5 tradycyjną łódką, używało się wiosła, a gdy dotarło się do punktu, który sobie upodobały delfiny, wszystkie łódki zatrzymywały się i z bliska mogły obserwować te urocze ssaki. Podpływały bardzo blisko. Jednak postęp, ilość turystów i chęć robienia wszystkiego szybciej i łatwiej sprawiła, że od kilku lat łódki z silniczkiem prześcigają się na morzu pragnąc pokazać turystom delfiny z bliska.

Ten moment, kiedy pan wyłącza silnik, na horyzoncie pojawia się słońce – wyjątkowo czerwona, rozgrzana kula, a my z dala od innych łódek obserwujemy co i rusz pojawiające się na wodzie delfiny. To jeden z tych momentów, które zapadają w pamięć na bardzo długo.

Wracamy do hotelu na szybkie śniadanie, organizujemy sobie skuterek i po 9 znów jesteśmy w trasie. Wybieramy mniej ruchliwą trasę przez maleńkie wioski położone w górach, mijamy tradycyjne osady, przemiłych ludzi, którzy z daleka machają i krzyczą głośno „hello!!!”. Pierwszym przystankiem jest punkt widokowy na przepiękne górskie jeziora. Temperatura spadła tu dramatycznie, szczególnie gdy jedzie się na skuterku, więc ubieramy swetry, zakrywamy się sarongami i jedziemy w kierunku Bedugul. Po drodze jeszcze przystajemy przy niezwykle popularnej w ostatnim czasie na Instagramie bramie, która jest bramą prowadzącą na pole golfowe. Właściciele zwęszyli interes i zaczęli kasować bilety za czas na zrobienie sobie upragnionego selfie. 30 000 IDR za maksymalnie 10 minut… Arek odpala drona, ja fotografuję i mimo, że miejsce robi wrażenie, pełne jest turystów. Zaraz za bramą odbywa się jakiś firmowy piknik, jest muzyka na żywo.

Czas na wizytę w świątyni, która należy do tych must see na Bali. Wizerunek .. znajduje się również na banknocie 50 000 IDR. Koszt wstępu to właśnie 50 000 IDR. Przekraczamy bramę i uderza mnie to, jak niepodobna do wszystkich innych odwiedzonych przez nas świątyń jest … Równo przystrzyżone trawniki, klomby z kwiatami, które raczej przypominają te z Europy niż z tropikalnego Bali. Cały teren usiany jest tandetnymi figurkami m.in. Sponge Bob’a. Do tego te tłumy… Dochodzimy do brzegu jeziora, na którym wybudowano tę przepiękną świątynię i naprawdę nie mogę do końca cieszyć się jej pięknem ze względu na atmosferę. Nikt nie patrzy na świątynię, każdy patrzy w obiektyw telefonu tylko po to, by zrobić jak najbardziej korzystne selfie. Krótko spacerujemy jeszcze po kompleksie i uciekamy. Nie dość, że zimno, to jeszcze jakoś tak nie po naszemu.

Wracamy do Loviny, gdzie całe szczęście słońce pali na całego. Zjadamy lunch w tej samej knajpce co wczoraj, ja skusiłam się na Seafood Basket i zajadam kalmary, curry z tuńczyka, grillowanego tuńczyka podanego oczywiście z ryżem, a Arek kosztuje curry z krewetkami.

Najedzeni i szczęśliwi jedziemy dalej. Skoro tak zmarzliśmy w górach, czas na kąpiel w gorących źródłach, które oczywiście znajdują się w świątyni. Woda jest przyjemnie ciepła, do tego możemy rozkoszować się ostatnimi promieniami słońca. To jednak jeszcze nie koniec dnia, podjeżdżamy jeszcze troszkę w głąb lądu żeby w trakcie złotej godziny podronować nad tarasami ryżowymi. Ta intensywna zieleń jest nieporównywalna z niczym innym.

Czas na szybką kolację i telefon do brata Arka, bo dziś jego urodziny. 100 lat, szwagier! Pakujemy torby, bo to już nasza ostatnia noc w Lovinie.

DZIEŃ 21 – 12.8.2018

Dziś wracamy tam, gdzie to wszystko się zaczęło. Jedziemy do Ubud, dajemy mu jeszcze jedną szansę, jest po drodze, a poza tym to dobry punkt wypadowy do miejsc, do których chcemy się wybrać. W Lovinie odbiera nas busik i o 9 już jesteśmy w trasie, aby przed 12 dotrzeć do Ubud. Dziwnie tak spogląda się na znajome ulice z autobusu, już trzy tygodnie jesteśmy na Bali.

W Ubud jemy szybki obiad w Biah Biah+, które znajduje się dwa kroki od przystanku autobusowego. Arek wyskakuje również do apteki, kupuje krople do uszu, niestety wciąż mu się nie odetkały po nurkowaniu.

Śpimy w tym samym Airbnb, w którym zostawaliśmy ostatnim razem. Odbiera nas urocza córka właściciela, oczywiście jednym skuterkiem, więc najpierw podrzuca mnie, potem wraca po Arka.

Ostatnie dni były bardzo intensywne, zmęczenie daje o sobie znać, więc dziś postanawiamy zwolnić. Czytam w łóżku i pozwalam sobie na krótką drzemkę. Wstaję z bólem głowy i ogólnie czuję się jakaś słaba. Jedziemy do miasta na szybką kolację i dosyć wcześnie lądujemy w łóżkach.


To już koniec trzeciego tygodnia balijskich opowieści? Jak Wam się podoba ta wyspa? Mielibyście ochotę odwiedzić Bali?

 

 

W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA – O PODRÓŻACH SŁÓW KILKA

Siedzę w pustym pokoju. Spakowane walizki czekają już w przedpokoju. To już kolejny raz kiedy pakujemy całe swoje życie w kilka toreb i zostawiamy wszystko, bo za chwilę zacząć wszystko na nowo. Dopiero niedawno do mnie zaczęło docierać, że życie wcale nie musi być jednym ciągiem. Może być za to krótkimi epizodami. Że stabilizacja to pojęcie względne, dla każdego znaczy coś innego.

Przeprowadzaliśmy się już kilka razy. Zaczęliśmy od wspólnych studiów w Toruniu, gdzie po trzech latach zostawiliśmy uczelnię i kilku wspaniałych przyjaciół na rzecz życia w wymarzonym Krakowie. Tam też nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo już po roku wyjechaliśmy na kolejny rok do Włoch na Erasmusa. A potem prosto do Anglii gdzie w sumie najdłużej zagrzaliśmy miejsce. W Cambridge wpadłam w rutynę, z której trudno było mi się wygrzebać. Wyjazd do Australii przerażał. Bo jak to? Wyjechać na drugi koniec świata bez konkretnego planu, z biletem w jedną stronę, bez zaaranżowanej pracy i mieszkania, nie znając praktycznie nikogo?

Kiedyś myślałam, że życie polega na skończeniu studiów i znalezieniu dobrej pracy. Jednak od zawsze kochaliśmy podróże i w pewnym momencie zaczęło do nas docierać, że te krótkie wypady na weekend nie do końca nam wystarczają. Przez całe studia w wakacje jeździliśmy do Anglii dorobić, mieliśmy więc trochę zaskórniaków na city breaks, krótkie odwiedziny znajomych na Erasmusie, ale nigdy nie wybraliśmy się nigdzie na dłużej. Dopiero jak zamieszkaliśmy w Anglii zaczęłam wyszukiwać tanie bilety, organizować wypady na tydzień, bądź dwa. Odwiedziliśmy Maroko, grecką wyspę Zakhyntos, Minorkę, a także Peru i zachodnie wybrzeże USA. Wciąż nam było mało.

Marzyło nam się, aby gdzieś pojechać na dłużej, aby móc wtopić się w tłum, żyć w danym miejscu, poczuć jak to jest zmagać się z tymi samymi bolączkami jak i radościami co mieszkańcy danego miejsca. Padł pomysł podróży dookoła świata. Niestety koszty nas nieco przerosły, więc kiedy przypadkiem natknęliśmy się na informację o wizach Work and Holiday w Australii wiedzieliśmy, że to idealne rozwiązanie dla nas. Na podróże można zarobić pracując już w Australii. Idealnie!

I to właśnie przyjazd do Australii odmienił moje życie i postrzeganie tego co najważniejsze. Zniknęły obawy o przyszłość, przestałam się stresować narzucaną przez społeczeństwo stabilizacją, zaczęłam po prostu żyć pełnią życia, biorąc z niego to co najlepsze. Przestałam się stresować rzeczami, na które nie mam wpływu, raczej zaczęłam odczytywać pewne znaki jako drogowskazy. Dopiero kiedy odpuściłam zaczęłam oddychać pełną piersią. Zaczęłam doceniać małe rzeczy, które przynoszą mi mnóstwo radości. Zniknęłam z sieci by jeszcze bardziej skupić się na tu i teraz. Nie patrzeć na telefon, bloga, zaległe wiadomości i komentarze. Zrobiłam to dla siebie i kiedy w końcu zatęskniłam za blogiem i pisaniem wróciłam na innych warunkach. Przez długi czas blog i social media były na pierwszym miejscu, bo uważałam, że to dla mnie najlepsze i najważniejsze. Że trzeba pracować na sukces bloga i pisanych przeze mnie tekstów. Lecz gdy pojawiło się wypalenie nic nie przynosiło satysfakcji, a raczej frustrację, że nic nie posuwa się do przodu w tempie, w którym bym chciała.
Przewartościowałam to co dla mnie najważniejsze. Teraz jestem skłonna zniknąć z sieci na kilka dni tylko po to, by jeszcze bardziej doceniać to co mam dookoła. A w Palm Cove miałam dużo. Plażę położoną zaledwie 10 minut pieszo od domu. Znajomych, którzy chcieli się spotkać po pracy. Przepiękne wodospady, do których dojazd zajmował tylko pół godziny. Miałam czas na czytanie, samotne spacery, gotowanie, słuchanie podcastów. I przestałam sobie wyrzucać, że to czas stracony, zmarnowany. Dostrzegłam, że jeśli nie jestem szczęśliwa to nie potrafię pisać, być osobą, którą chcę być dla Was, czytelników.

Najważniejszym wnioskiem do którego doszłam podczas tych kilkumiesięcznych rozważań jest jednak to, że życie wcale nie musi być jednym ciągiem wydarzeń. To nie musi być przydługi film, za to może być serią krótkich odcinków, które z każdym kolejnym robią się jeszcze ciekawsze. Może to mało poetyckie porównanie, ale właśnie tak czuję. Że poszczególne etapy mojego życia były niezbędnymi odcinkami, aby w końcu akcja mogła rozwijać się w taki sposób w jaki się rozwinęła. Nie byłabym tu gdzie jestem, nie byłam tym kim jestem, gdyby nie poszczególne doświadczenia, napotkani ludzie, odwiedzone miejsca. I choć pożegnania bolą to wiem, że to jeszcze nie czas na zostanie gdziekolwiek na stałe.

To podróże zmieniły moje postrzeganie świata. Sprawiły, że nie chcę żyć w jednym miejscu, spędzając jedynie trzy tygodnie urlopu na krótkich wypadach. Czuję, że chcę więcej. Chcę jeździć, poznawać, żyć. Długo mi zabrało, aby zdać sobie sprawę, że to mój sposób na szczęście.

I wiem, że nie wszyscy to podzielają, nie wszyscy to rozumieją. Wiem, że bliscy i przyjaciele chcieliby nas mieć bliżej. Ja też tęsknię i wiem, że to ogromny minus życia w podróży, ale czy powrót byłby wart porzucenia marzeń? Nie sądzę. Dlatego nie wracamy. Dlatego jeszcze popróbujemy, bo kto wie? Może to właśnie tam czeka na nas szczęście.

DZIENNIKI Z PODRÓŻY TYDZIEŃ 1 – BALI

bali-co-zobaczyc

Bali jest niezwykle popularną destynacją wśród Australijczyków. Dlatego sami postanowiliśmy wykorzystać to, jak blisko wymarzonego Bali się znajdujemy i przylecieliśmy na tę rajską wyspę na miesiąc! Oto wspomnienia z pierwszego tygodnia, gotowi? Zapraszam na zwiedzanie Bali razem z nami. 

DZIEŃ 0 – 22.07.2018

To już nasz ostatni dzień w Palm Cove. Pamiętam to podekscytowanie, gdy wprowadzaliśmy się do tej maleńkiej miejscowości położonej nad oceanem 5 miesięcy temu. Znów serce pęka, bo zostawiamy za sobą kiełkujące przyjaźnie, znajome zakamarki i piękne wspomnienia. Zdaję sobie sprawę, że to cena jaką płacimy za życie w podróży, jednak świadomość tego wcale nie sprawia, że wyjeżdża mi się łatwiej.

Dzień zaczynamy wcześnie, od razu zabieramy się za pakowanie i sprzątanie. Lot mamy dopiero przed 22, a ja pracowałam jeszcze wczoraj do 23, więc stąd to zamieszanie do ostatniej chwili. Idzie nam wyjątkowo sprawnie, chyba mamy coraz większe doświadczenie, jeśli chodzi o pakowanie życia w kilka toreb. Większość bagażu ląduje od razu w aucie, na Bali pakujemy tylko jeden plecak. Dziś opuszczamy nasze mieszkanie do auta pakujemy, więc cały dobytek.

Kiedy nareszcie uporaliśmy się z pakowaniem, a pokój lśni, podjeżdżamy do mojej pracy, gdzie znajomemu zostawiamy auto z tobołami. Ostatni raz przechadzamy się  główną ulicą Palm Cove, a na drogę kupujemy gelato z ulubionej lodziarni. Żegnaj Palm Cove, it’s been a pleasure!

Zwarci i gotowi czekamy na znajomą, która podrzuci nas na lotnisko. Postanowiłam, że nie dam się emocjom i nie uroniłam ani jednej łzy. To było piękne doświadczenie, a przed nami jeszcze więcej nowych przygód, więc z podniesioną głową zaglądam w przyszłość. Zresztą, lecimy na miesiąc na Bali, niby dlaczego miałabym się smucić?

Lotnisko w Cairns jest naprawdę małe, kolejek tu nie ma, a przy bramkach stoi bar, z którego można zgarnąć zimnego Great Notherna i wypić na ławeczkach, czekając na otwarcie bramek. Takie rzeczy tylko w Australii.

Lecimy Jet Starem, czyli jednymi z najbardziej popularnych tanich linii w Australii, choć standard w porównaniu z Ryan Airem jest zdecydowanie większy. Oczywiście za wszelkie udogodnienia trzeba płacić, posiłek nie jest wliczony, ale jakby miejsca na nogi więcej, a samoloty większe i nowsze.

Zmęczenie ostatnich dni, długich nocy pełnych zimnych trunków i pożegnań daje się we znaki i zaraz po starcie odpływam i budzi mnie dopiero głos stewardessy ogłaszającej przygotowanie do lądowania. Lot z Cairns do Denpasar na Bali trwał 4,5h.

Przylatujemy w środku nocy, o 00:20. Pomiędzy Queensland a Bali są dwie godziny różnicy, sześć w stosunku do Polski. W związku z tym, że Arek musi rano pracować, a w środku nocy trudno o transport publiczny, zaaranżowaliśmy transport przez hotel, w którym zostajemy i kierowca czeka już na nas z tabliczką z moim imieniem. Przyznam, że trudno go było zauważyć pośród setki innych kierowców wymachujących podobnymi tabliczkami. Na zewnątrz jest parno i mimo tego, że jest tak późno temperatura wynosi ponad 25 stopni.

Do Ubud docieramy przed 2. Nasz hotel znajduje się w świątyni! Dosłownie! Dziedziniec to piękne, kolorowe zabudowy pośród intensywnej zieleni roślinności. Pokój jest malutki, ale cóż więcej nam trzeba, skoro z tarasu rozpościera się genialny widok na totalnie inny świat?

DZIEŃ 1 – 23.07.2018

Śpimy do 8:30, a budzik brutalnie sprowadza nas na ziemię. Od razu idziemy na śniadanie, które serwowane jest na świeżym powietrzu. Maleńkie stoliczki i poduchy rozrzucone na ziemi podestu to miejsce, gdzie codziennie będziemy rozpoczynać dzień. Menu jest dosyć ograniczone, wybieram domowe naleśniki, które przywodzą mi na myśl rodzinny dom oraz świeży sok z arbuza. Zaraz po śniadaniu Arek powinien już zacząć pracować, jednak internet płata figle i musimy przenieść się do pobliskiej kawiarni. Co wcale nie jest takie złe, gdy w menu goszczą same zdrowe pyszności. Dzień zaczynamy od zielonych soków, które są tu nie dość, że bardzo popularne, to w dodatku bardzo tanie. Ciekawostką jest to, że przed wejściem trzeba zdjąć buty i oddać do szatni, gdzie dostaje się numerek.

Zostawiam Arka w Clear Cafe i idę na pierwszy spacer po Ubud. Wrażenia? Głośno, chaotycznie, kolorowo i intensywnie. Na każdym kroku czuć zapach kadzidełek, całe miasto usiane jest maleńkimi podarkami, które Balijczycy każdego dnia ofiarują bogom, mnóstwo tu kolorowych kwiatów, a świątynie znajdują się na każdym kroku. Idę do dwóch studiów jogi aby porównać ofertę. Najbardziej popularne w Ubud studio jogi to Yoga Barn, znajduje się jakiś kilometr od naszego hotelu. Zajęć w ciągu dnia jest nawet kilkanaście, studio jest ogromne. W internecie jednak czytałam, że na zajęciach potrafi być do 60 osób jednocześnie… Trochę mnie odstrasza ten tłum oraz odległość, więc po odwiedzinach w Radiantly Alive decyduję, że wrócę tu rano. To studio znajduje się 3 minuty pieszo od naszego hotelu, a ceny zajęć są takie same.

Wracam do Clear Cafe, gdzie Arek robi sobie krótką przerwę na lunch. Zjadamy razem obiad, Arek decyduje się na balijskie danie ze smażonym ryżem i tuńczykiem, ja za to dostaję tempeh w kilku wydaniach i zupę z curry, warzywami i tofu. Tempeh to indonezyjski wynalazek, który uwielbiam, jeśli tylko jest dobrze przyrządzony, ale po pierwszych kęsach wiem, że Bali rozpieści moje podniebienie. Tempeh to coś w rodzaju tofu, ale do jego produkcji wykorzystuje się sfermentowane ziarna soi. Podobnie jak tofu, chłonie wszelkie smaki, więc dobrze smakuje zamarynowane bądź w towarzystwie aromatycznych sosów. Ja dziś miałam okazję spróbować tempehu z sosem z orzeszków archaidowych oraz sosem pomidorowym z bakłażanem i cynamonem. Pycha!

Po obiedzie czas na kolejny spacer. Trzeba się nieco poruszać po tylu dobrociach! Zmierzam w przypadkowym kierunku, znajduję się nagle na ogromnym targowisku. Pewnie każda z Was widziała w tym sezonie kogoś z okrągłym koszyczkiem na skórzanym pasku? Albo z pięknie plecionym koszykiem w ręce? Bali to istny koszyczkowy raj. Jest ich tu pełno na każdym kroku, wiele naprawdę pięknych. Na targu oczywiście wybór jest spory, są tańsze, droższe, z pomponami, bez, ze skórzanymi paskami bądź takimi wykonanymi z ekologicznej skóry. Można dostać oczopląsu! Ulubionym słowem sprzedawców próbujących naciągnąć turystów jest discount. Mimo że chcę sobie jakiś koszyczek sprawić, to od zakupu się powstrzymuję. Jeszcze będzie okazja, zresztą muszę przyprowadzić ze sobą króla negocjacji, bo ja do tego się totalnie nie nadaję.

Trafiam też do kantoru, w którym wymieniam pieniądze. Kochani! Jestem milionerką! I to potrójną! Za $300 australijskich dolarów dostałam ponad 3 000 000 IDR! Pamiętać jednak należy, że za np. smoothie zapłacimy 50 000 IDR, a obiad dla dwóch osób 100 000 IDR. Wcale nie trudno wydać tu milion dziennie!

Kiedy dopada mnie zmęczenie i zaczynam marzyć o ciszy i spokoju, idę do naszego hotelu. Znajduje się on zaledwie kilka kroków od głównej ulicy, ale jest w nim naprawdę cicho. Jedynie czasami ciszę zakłóci pianie koguta. Na tarasie czytam kryminał i czekam na powrót Arka z pracy.

Kiedy już powoli zmierzcha zbieramy się na kolację. Spacerujemy, podziwiamy, a kiedy trafiamy na Biah Biah, balijską knajpkę serwującą lokalne tapas, stajemy w kolejce. Okazuje się, że to był strzał w dziesiątkę. Pyszne, lokalne potrawy, małe porcje, tak aby spróbować jak najwięcej smaków. Plusem są również bardzo niskie ceny, bo za większość tapas zapłacimy jakieś 7 000 IDR czyli niecałego dolara. I tutaj również w wegetariańskich daniach króluje tempeh. Lubię to!

DZIEŃ 2 – 24.07.2018

Dzień zaczynamy dosyć wcześnie, bo już przed 7 jesteśmy na nogach, by po chwili znaleźć się już na zajęciach jogi. Wczoraj, stojąc w kolejce do Biah Biah, znalazłam darmową mapę po Bali, gdzie był również kupon do wykorzystaniu w Radiantly Alive – pierwsze zajęcia dla nowych klientów są za darmo. Królowa promocji nie śpi nawet na Bali!

Zajęcia jogi były naprawdę tym czego potrzebowałam. W Palm Cove przez 5 miesięcy pracowałam naprawdę intensywnie, dziennie spędzałam przynajmniej kilka, jak nie kilkanaście godzin na nogach, na ćwiczenia nie miałam siły ani ochoty, a wysokie temperatury mi to wręcz uniemożliwiały. Moje ciało wręcz krzyczało z radości, gdy zaczęłam dzień od lekkich asanów. Prowadząca wplotła w zajęcia również nieco medytacji, więc po półtorej godziny wyszłam lekka i zrelaksowana. Szybkie śniadanie, a potem leniwie rozkładam się na tarasie i czytam. Przed 11 zbieram się do Clear Cafe, tym razem jednak nie po to aby jeść, ale by skorzystać z ich oferty SPA. Zamówiłam sobie 3 godzinne zabiegi – godzinny, balijski masaż, zabiegi na twarz oraz manicure. Naprawdę chciałabym, aby ten wyjazd był czymś więcej niż zwiedzaniem, jedzeniem, odpoczynkiem. Chcę też znaleźć czas dla siebie, zwolnić, pobyć. To SPA to taki mały prezent ode mnie dla mnie. Masaż okazuje się bardzo intensywny, w niektórych momentach nawet bolesny, jednak moje spięte ciało jeszcze mi za to podziękuje.

Przy zabiegach na twarz najpierw pani wykonuje masaż z wykorzystaniem aromatycznych olejków, potem robi peeling, aby skończyć dwoma maseczkami i okładem z ogórków na oczy. Przy ostatniej maseczce, gdy trzeba czekać 10 minut, totalnie odpływam. Mam nadzieję, że nie chrapałam. Jak mi tu dobrze!

Ostatni jest manicure, decyduję się na jasny, neutralny kolor, pani pięknie zajmuje się skórkami, na które sama nigdy nie mam czasu. Po 3 godzinach wychodzę jak nowo narodzona! Teraz czas na jakiś zdrowy obiad. Kieruję się do KAFE, gdzie zjadam curry z tempehem (bo jakby inaczej!), ziemniakami, marchewką, orzechami nerkowca i czerwonym ryżem. Na ochłodę kambucha ala mohito.

Chcę zajrzeć do Ubud Palace i wybieram okrężną drogę wzdłuż Money Forest i udaje mi się zobaczyć pierwszą w życiu małpę na wolności! Nie podchodzę za blisko, bo po tych wszystkich opowieściach o małpach kradnących okulary, telefony i co tam jeszcze wolę popatrzeć z nieco większej odległości.

Ubud jest dla mnie nieco przytłaczające. Wszystkie chodniki są rozkopane, trzeba wiecznie patrzeć pod nogi, żeby nie wylądować w jakiejś dziurze. Auta i skutery wiecznie pędzą i trąbią. Turystów tu co nie miara. Po godzinnym spacerze mam dosyć. Naprawdę przywykłam do życia na odludziu, gdzie cisza i spokój koją po trudnym dniu. Szybko zaglądam do Ubud Palace i wracam do hotelu. Z zimnym, balijskim piwem siadam na tarasie i szukam noclegów na weekend i miejsca, gdzie się zatrzymamy przez kolejny tydzień.

Kiedy Arek wraca po 18 idziemy na kolację. Tym razem wybór pada na Dewa Warung. Zamawiamy curry z bakłażana i smażony ryż. Jedzenie było pyszne, jednak czekaliśmy na nie około godziny. Tak więc kiedy o 22:30 lądujemy w łóżku, nawet nie mam siły czytać.

DZIEŃ 3 – 25.07.2018

6:45 pobudka! Idę na jogę, tym razem sama. Arek zaczyna pracę wcześniej, żeby zrobić sobie dłuższą przerwę na obiad, podczas której wyskoczymy do Monkey Forest.

Dziś studio jogi wyjątkowo zatłoczone. W porównaniu do wczoraj jest zdecydowanie więcej ludzi. Zaczynamy od kilku ćwiczeń oddechowych i medytacji. Praktykujemy wdzięczność, by potem przejść do właściwych ćwiczeń. Nieco jestem obolała po wczoraj, jednak z wielką przyjemnością poznaję kolejne asany. Dziś na zajęciach jest asystentka, która chodzi po sali i poprawia, gdy ktoś niewłaściwie wykonuje dane ruchy. Strasznie mnie to cieszy, bo ja jestem na początku swojej jogowej przygody i ważne jest dla mnie, aby wykonywać ćwiczenia poprawnie.

Wychodzę lekka i świeża, gotowa na kolejny, piękny dzień! Szybkie śniadanie, chwilka na poczytanie książki, a potem zabieram się za pisanie dzienników i rezerwowanie noclegów na kolejne dni. Cieszę się strasznie na nowe miejsce w Ubud, do którego przeniesiemy się w piątek. W niedzielę przeprowadzamy się nad ocean. Kilka dni bez szumu oceanu i już tęsknię!

Wyskakuję na chwilę do Bali Buda na zielone smoothie i zieloną herbatkę. W hotelu nie mamy wspólnej kuchni, więc od trzech dni nie piłam herbaty! Jestem uzależniona od herbaty, więc duży dzbanuszek pochłaniam w ekspresowym tempie. Zielone smoothie z cytryną, imbirem, aloesem, miodem i miętą jest naprawdę pyszne. Muszę zacząć spisywać te połączenia smakowe, aby zacząć je odtwarzać w domu.

Powoli idę spotkać się z Arkiem, specjalnie jednak wybieram jedną z bocznych ulic, aby uniknąć tego rozgardiaszu. Jest nieco lepiej, choć skutery i auta nadal pędzą tędy jak oszalałe. Spotykam się z Arkiem w Hubud, świetnie urządzonym miejscu cooworkingowym. Znajduje się on zaraz naprzeciwko Monkey Forest, więc co poniektóre okazy, które lubią wypuścić się nieco dalej grasują sobie po ogródku. Jest tu nawet pani, której pracą jest przeganianie małp kijem.

Idziemy do Małpiego Lasu żeby się przekonać, że akurat dzisiaj część małp poddawana jest sterylizacji i spora część parku jest zamknięta. Decydujemy, że wrócimy tu innego dnia. Zmierzamy więc na obiad, tym razem na wegański bufet, który wczoraj Arek miał okazję przetestować. Cena to 50 000 i jesz ile chcesz. Na talerzu lądują same pyszności: curry z bakłażana, świetnie przyprawione puree z batatów, noodle, pieczone warzywa, typowy balijski dodatek do obiadu, czyli szpinak na ciepło z wiórkami kokosa. Do wyboru do koloru! Po obiedzie włóczę się chwilę po Ubud, a potem wracam do hotelu. Tym razem muszę chwilkę popracować, obrabiam zdjęcia, szykuję posty na Facebooka i rozmawiam z bliskimi.

Arek wraca dziś wcześniej i idziemy na spacer w drugą niż zwykle stronę, oddalamy się od centrum, pojawiają się typowo balijskie warungi, w których stołuje się miejscowa ludność. Po drodze napotykamy piękną świątynię, a kiedy nie dostrzegamy już nic oprócz małych sklepów usianych chińszczyzną, zawracamy. Przypadkiem trafiamy na ceremonię, miejscowi ubrani są w odświętne ubrania, w małej świątyni przed wejściem gra muzyka, a kobiety znoszą dary na głowach.

Kiedy robi się ciemno, dociera do nas, że najwyższa pora na kolację. Przechadzamy się, zaglądamy na menu i nasz wybór pada na Waroeng Bernadette. Jest pełno, pan częstuje nas naprawdę smaczną przekąską, w menu sporo opcji wegetariańskich – wchodzimy. Nie zawiedliśmy się! Zjadam przepyszną surówkę z białej kapusty, kiełków, cukinii, zielonego ogórka, bazylii cytrynowej i boskiego dressingu z orzeszków arachidowych. Wieczór kończymy długimi rozmowami na tarasie. Fajnie, że w końcu mamy czas żeby po prostu ze sobą pobyć i pogadać. W codziennym pośpiechu naprawdę łatwo zapomnieć o tym co najważniejsze.

DZIEŃ 4 – 26.07.2018

Zaczynam dzień jeszcze wcześniej. Budzik o 6 wyrywa mnie z lekkiego snu. Szybko się ubieram, myję, a przed 6:30 jestem już w trasie. Jakiś kilometr od naszego hostelu znajduje się magiczna furtka do innego świata. Świata, w którym skutery nie mają dostępu, a jedyne co Cię otacza to intensywna zieleń drzew, palm i wysokiej trawy. Nareszcie otacza mnie natura i upragniona cisza. Ubud powoli daje mi się we znaki.

Campuhan Ridge Walk to dwukilometrowa trasa, która wiedzie wzdłuż doliny, aby w pewnym momencie przejść w wąską uliczkę, na której znajduje się kilka malowniczo położonych guest housów. Na samym końcu trasy zachwycają tarasy ryżowe. Naprawdę trudno uwierzyć, że kilka kroków stąd toczy się głośne, uliczne życie. W drodze powrotnej włączam sobie podcast Modern Love, odcinek, w którym opowiadanie czyta moja ulubiona Mandy Moore (kto pamięta z dzieciństwa Szkołę uczuć?!). Jeśli lubicie podcasty to koniecznie zajrzyjcie, do listy moich ulubionych podcastów.

Po 9 jestem już z powrotem, jem śniadanie, a potem wybieram się na jogę. Pierwszy raz trafiam na zajęcia prowadzone przez Balijczyka. Są dużo intensywniejsze, jest spory nacisk na rozciąganie, wychodzę zrelaksowana, lekka, ale nieco zmęczona. Czas na szybki prysznic i obiad z Arkiem.

Spotykamy się w KAFE, bardzo smacznej knajpce, w której już byłam na początku tygodnia. Tym razem zamawiam Organic Red Rice Nasi Goreng i się nie zawodzę, bo na talerzu mam same pyszności!

Popołudnie spędzam w hostelu, próbując rozwiązać psychotesty, które muszę rozwiązać jako część rekrutacji o pracę, o którą aplikowałam. Niestety, czuję, że poszły mi tragicznie. Cóż, trzeba aplikować dalej i zobaczymy co będzie.

Po powrocie Arka z pracy szybko się zbieramy i idziemy na ten sam spacer, na który wybrałam się samotnie rano. Słońce już zachodzi, więc światło i klimat zielonej doliny jest zupełnie inny. Zdecydowanie też więcej ludzi. To niesamowite, jak pora dnia potrafi zmienić postrzeganie danego miejsca. Mimo że niebo zasnute jest chmurami, to żółtawe światło dodaje jeszcze więcej uroku Campuhan Ridge Walk. Po spacerze czas na kolację! Moja ulubiona pora dnia!

Wybór pada na Biah Biah, w którym już byliśmy. Jedzenie było pyszne, ceny naprawdę niskie, więc stwierdzamy, że warto zajrzeć tam jeszcze raz. Ich sos orzechowy jest po prostu genialny! Jak zawsze zamawiamy kilka różnych dań i próbujemy wszystkiego po trochu.

DZIEŃ 5 – 27.07.2018

Piątek, piąteczek, piątunio! Dla mnie dzień jak co dzień, przez kolejny miesiąc! Lubię wakacje, wiecie?

Czas na ostatnią jogę w Radiantly Alive, tym razem Morning Flow z Kimberly. Strasznie polubiłam zajęcia z tą prowadzącą. Jak dla mnie idealnie połączyła krótką medytację, z ćwiczeniami oddechowymi i układem, podczas którego można pobudzić ciało i umysł do działania.

Dziś zmieniamy lokum, więc kiedy wracam kończę pakowanie i umawiam się z nowym hostem, że za pół godzinki mnie odbierze. Kiedy przyjeżdża odkrywam, że nie przyjechał, tak jak się spodziewałam autem, ale dwoma skuterkami. Ten drugi prowadzi jego może 12-13 letnia córka… Cóż, wyboru za bardzo nie mam, więc zakładam jeden plecak na plecy, drugi bierze nowy host i jedziemy! Miasto oglądane z tylnego siedzenia skutera nabiera innej perspektywy. Nagle wszystko wydaje się nieco bliżej, zapachy są jeszcze bardziej intensywne, a hałas jeszcze bardziej dokuczliwy. Jednak przez całą drogę uśmiecham się sama do siebie, bo surrealistyczność tej chwili jest aż zabawna.

Nowy hotel jest położony w zupełnie innej części Ubud. Zdecydowanie tu spokojniej, dookoła mieszkają sami lokalsi. Domki zbudowane są z surowego drewna, zdecydowanie bardziej mi się tu podoba. Zostawiam bagaże i lecę na obiad z Arkiem. Tym razem jego wybór pada na meksykańską knajpę, Taco Casa, w której podobno serwują genialne tacos. Ja zajadam się quesadillą, Arek próbuje słynnego taco. Cóż, trochę mi wstyd na Bali jeść meksykańskie jedzenie, aczkolwiek było naprawdę dobre! Przypomniało mi genialne smaki, które wciąż pamiętam z naszej podróży na zachodnie wybrzeże Stanów.

Arek wraca do pracy, a ja znajduję restaurację niedaleko Monkey Forest, do którego się niedługo wybieramy. Zamawiam młodego kokosa i z Kindlem oddaję się błogiej sieście. Błogi moment przerywa małpa, która postanowiła się moim kokosem poczęstować… Zdążyłam wstać i pozostało mi jedynie przyglądać się małpie, która najpierw z kokosa wyjęła słomki, a potem włożyła do niego głowę. Po chwili kelnerka przybiegła z kijem i małpę przegoniła. W ramach rekompensaty dostaję świeży sok, jednak zapomniałam dodać, że chciałabym go bez dodatku cukru. Balijczycy dodają cukier do wszystkiego, więc przy zamawianiu kawy, herbaty, smoothie, soków, warto zwrócić na to uwagę.

Kiedy Arek kończy pracę idziemy do Monkey Forest, jednej z najbardziej popularnych atrakcji w Ubud. Mając na uwadze to co się wydarzyło w restauracji podchodzę do małp bardzo ostrożnie. Zresztą, na każdym kroku wypisane są zasady, których zwiedzający powinni przestrzegać. Nie patrzeć małpom w oczy, gdyż odczytują to jako znak agresji, nie dokarmiać ich, nie dotykać, nie głaskać, nie panikować i biegać, gdy małpa na Ciebie skoczy. Widzieliśmy kilka razy, gdy małpa skoczyła komuś na plecy i bez pardonu zaczęła otwierać plecak.

Małpi Las jest dosyć duży, podzielony jest na kilka sekcji, a w każdej z nich żyje inne stado. Można podpatrzeć okazy w różnym wieku, oczywiście najbardziej urocze są maleństwa, które mama nosi jeszcze pod brzuchem.

Wypożyczamy skuter i pierwszy raz włączamy się do wieczornego, intensywnego ruchu na ulicach Ubud. Zjadamy kolację w Pondok Madu, ja tym razem decyduję się na zupę curry z kalafiorem i noodlami. Pycha! Smaki na Bali bardzo mi pasują.

Kolejny długi dzień za nami, czas spać, bo jutro będzie jeszcze bardziej intensywnie!

DZIEŃ 6 – 28.07.2018

Wstajemy koło 7, zjadamy szybkie śniadanie i po 8 jesteśmy już w drodze na słynne tarasy ryżowe Tegalalang. Po drodze stajemy również przy plantacji kawy Bali Pulina. Wstęp jest darmowy, miejsce intensywnie zielone i pachnące. Pani pokazuje nam ogrody, w których hodują nie tylko kawę, ale również wanilię, kakao, ananasy, żeń szeń, imbir i wiele innych przypraw, które dodają do kaw i herbat. Zaglądamy też do klatek, w których przechowywane są luwaki, dzikie koty, których odchody są niezwykle cenne. Dlaczego? Luwaki są zwierzętami, które odżywiają się roślinnie, jednak nie trawią np. ziaren kawy. Po zjedzeniu więc zbyt twardych dla nich ziaren, w żołądku dochodzi do fermentacji, a potem wydalenia. Odchody luwaków są oczyszczane (gotowane we wrzątku), następnie obierane, a ziarna kawy prażone i mielone.

Jak smakuje najdroższa kawa na świecie? Podobno bardzo dobrze. Arek jest zachwycony, mnie chyba już nic nie jest w stanie przekonać do smaku kawy. Filiżanka aromatycznego napoju kosztuje tutaj 50 000 IDR.

Dostajemy też do spróbowania kilka małych filiżanek smakowych herbat i kaw. Znów przekonujemy się jak słodkie napoje pije się na Bali. Herbata imbirowa to po prostu imbir z cukrem, ulepek!

Następny przystanek to tarasy ryżowe Tegalalang. Robią niesamowite wrażenie! Ta zieleń rozlewająca się po całej dolinie! Schodzimy w dół po to, by po chwili znów wspiąć się na górę i zerknąć na tarasy z innej perspektywy. W połowie drogi stoi pani i pilnie strzeże puszki na dotacje i nie przepuszcza nikogo, kto nie wrzuci banknotu do skarbonki.

Mimo że pewnie moglibyśmy tu spędzić cały dzień to ruszamy dalej, bo przed nami jeszcze sporo atrakcji. W połowie drogi do pierwszej świątyni, którą zamierzamy odwiedzić, stajemy na szybki obiad.

Droga, którą wybraliśmy wiedzie przez pola ryżowe, niebo pięknie odbija się w płaskiej tafli wody, zieleń aż kłuje w oczy. Docieramy do Pura Tirta Empul, gdzie płacimy 15 000 IDR za wstęp za osobę, zakładamy sarong, czyli tradycyjną chustę, którą należy okryć nogi, noszą ją również panowie.

Tirta Empul to ważny kompleks świątynny i święte źródło górskie położone w miejscowości Manukaya. Miejsce to jest również tłem dla ludowej legendy o walce dobra ze złem. Na terenie świątyni znajduje się kilka źródeł, w których Balijczycy (a teraz również rzesze turystów) dokonują oczyszczających kąpieli. Cały rytuał wygląda naprawdę interesująco. Dookoła świątyni mnóstwo jest maleńkich ołtarzyków, które składa się w konkretnym celu.

Całkiem niedaleko położona jest Pura Gunung Kawi, kolejna świątynia, którą odwiedzamy. Wstęp do niej również kosztuje 15 000 IDR. Ta robi na nas jeszcze większe wrażenie, bo położona jest w dolinie otoczonej tarasami ryżowymi, a przez sam środek kompleksu przepływa rzeka. Panuje tu mistyczny klimat. Ogromne rzeźby wyryte w skałach, kamienny mostek zawieszony nad rwącą rzeką, małe wodospady. Bliskość natury dodaje temu miejsca magii. Niestety powoli zaczyna się ściemniać, co oznacza, że najwyższa pora ruszyć w stronę Ubud.

Jedziemy prosto do Biah Biah+, siostrzanej restauracji Biah Biah, w której już jedliśmy dwukrotnie. Cóż mamy poradzić, że gotują tam naprawdę dobrze, a ceny są rewelacyjne? Po kolacji wracamy do domu i okazuje się, że nasza znajoma właśnie dotarła do Ubud! Czym prędzej się ogarniamy i wracamy do miasta na zimne piwko i pogaduchy do późna. Świat jest naprawdę mały. Dziękujemy za cudowny wieczór, Agatko i Alejandro!

DZIEŃ 7 – 29.07.2018

To już nasz ostatni poranek w Ubud. Przyznam, że bardzo się cieszę, bo to miasto zaczęło mnie już nieco przytłaczać.

Od kilku dni strasznie źle śpię, jest pełnia, a hałas miasta mnie wykańcza. Skutery, auta, trąbienie, a do tego koguty, które pieją o każdej porze dnia i nocy. Śnię, że ktoś skacze po tarasie i okropnie się wydziera, a łóżkiem i domkiem trzęsie. Dopiero po przebudzeniu, Arek mnie informuje, że nad ranem było trzęsienie ziemi.

Plecaki spakowane, a my jedziemy na ostatnią wycieczkę. Tym razem planujemy spacer do Joglo Organik, knajpy położonej wśród pól ryżowych, którą poleciła mi jedna z czytelniczek. To zabawne, że zaledwie kilka kroków od głównej ulicy można znaleźć taką ciszę i obrazki jak z pocztówki. Joglo Organik okazuje się miejscem niezwykle pięknym, a jedzenie genialne! Proste, smaczne, pełne balijskich smaków, które naprawdę polubiłam.

Po drodze zahaczamy o kantor i stację paliw, czyli maleńki straganik, z którego paliwo serwuje starsza pani prosto z butelek po wódce. Bierze lejek i profesjonalnie tankuje skuter do pełna. Za 3 litry paliwa płacimy 30 000 IDR. W domu jedynie zgarniamy plecaki i wskakujemy na skutery z właścicielem Airbnb i jego córką. Korki są tragiczne, ale zdążyliśmy na czas. O 15 ruszamy autobusem do Kuty, po kilku minutach smacznie śpię. W Kucie łapiemy taksówkę i przed 18 jesteśmy w nowym Airbnb, z którego od oceanu dzieli nas niecały kilometr. Idziemy na zachód słońca, a ja kiedy stawiam stopy na plaży nareszcie oddycham pełną piersią. Coś czuję, że bez oceanu trudno mi teraz będzie żyć.

Mieszkamy niedaleko Padang Padang Beach, wzdłuż głównej ulicy pełno małych knajpek, ale również sklepów typu Billabong czy Rip Curl. Wszystko to pod australijskich turystów, którzy upodobali sobie te okolice, ze względu na rewelacyjne fale. Surferów tu co nie miara!

Na kolację trafiamy do hipsterskiej knajpy Bukit Cafe, w której jemy naprawdę pysznie. Choć nie po to przyjechałam na Bali, by jeść kuskus z kalafiora i falafele. Dziś pierwszy raz odpalamy Netflix, a ja słodko zasypiam.

 


Jak wrażenia po pierwszym tygodniu? Ja czuję ogromny niedosyt! Marzy Wam się Bali?