DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 9

To już 9 raz przychodzę do Was z dziennikami. Gotowi na przytulanie koali, karmienie kangurów, targ warzywno-owocowy i pochwały w pracy? Nie trzymam Was już w niepewności, miłej lektury!


DZIEŃ 56 – 23.08.2017

Dziś przyszły do mnie nowe mazaki, więc wieczorem zapuszczam sobie muzyczkę na tarasie, kilka tutoriali na You Tubie i na totalnym luzie próbuję ćwiczyć kolejne litery alfabetu. Po pierwsze, nigdy nie sądziłam, że to będzie tak wciągające, ale po drugie nie spodziewałam się, że będzie to takie trudne wpaść w rytm i spróbować napisać dwie takie same (a przy tym ładne) literki! Jeśli macie doświadczenie w hand letteringu koniecznie dajcie znać, gdzie się uczycie. Ja na razie zaopatrzyłam się w trzy Tombowy, bo niestety brush pen od Pentela mi się nie sprawdził. Tusz nie dolatywał, trudno mi było nim pisać, a po pewnym czasie nabój wypadł i słyszę jak lata w środku, ale nie mogę go otworzyć… Ach te problemy!

Siada z nami nasza współlokatorka, gawędzimy, jak zawsze sporo się śmiejemy. Dziś mamy małego cheat meala i do zimnego piwka w ciepły zimowy wieczór zapodajemy sobie chipsy. No cóż, czasami można zboczyć z dobrej drogi. Byle nie za często!

DZIEŃ 57 – 24.08.2017

Dziś po pracy od razu wpadam do kuchni, gdzie biorę się za domową produkcję mielonych kalafiorowych według przepisu Jadłonomii. To jedne z lepszych wegańskich kotletów jakie jadłam, dlatego chętnie przyrządzam je w domu. Arek jest ich ogromnym fanem.

Robię też curry ze słodkimi ziemniakami, kalafiorem, cukinią i marchewką, aby mieć w zapasie obiady do lunch boxów. Zastanawiam się w sumie nad wpisem, w którym dzieliłabym się swoimi ulubionymi przepisami, które świetnie sprawdzą się jako opcje lunchowe do pracy. Bylibyście zainteresowani?

Nie wiem co się ze mną dzieje, ale kiedy już siadam aby sobie spokojnie poczytać w łóżku, po chwili słyszę Arka gaszącego światło. Zasnęłam. O 21:30… Najwidoczniej mój organizm domaga się odrobiny odpoczynku…

DZIEŃ 58 – 25.08.2017

Piąteczek! Jak to dobrze, że to już powoli weekend. Lubię moją pracę, ale potrafi czasami dać niezły wycisk, więc perspektywa wolnego napędza mnie przez cały dzień.

Spotykam się z Arkiem na stacji kolejowej, a on zabiera mnie na kolację niespodziankę. Wie jak kocham włoskie gnocchi, więc to właśnie na restaurację serwującą kluski pada jego wybór. Niestety jeśli chodzi o wegańską opcję jest do wyboru tylko jedna, ale za to pyszna. Gnocchi w sosie pomidorowym z czarnymi oliwkami. Jest naprawdę pysznie! Po kolacji spacerujemy jeszcze chwilkę po Paddington i decydujemy się na powolny spacer do domu.

DZIEŃ 59 – 26.08.2017

Wstajemy wcześnie, bo czeka nas dziś mnóstwo atrakcji! Szybko ogarniamy śniadanie, zjadamy pyszną tofucznicę z cukinią i szpinakiem, popijamy zieloną herbatkę, wieszamy pranie i nie ma nas już w domu. Łapiemy autobus i jedziemy na wycieczkę, która od samego początku była na mojej liście things to do in Brisbane. Jedziemy do Lone Pine Koala Sanctuary! Przecież to obowiązkowy punkt wycieczki do Australii. Być tutaj i nie pogłaskać koali? No way!

Lone Pine Koala Sanctuary znajduje się jakieś pół godziny drogi od naszego domu. Kiedy dojeżdżamy, kierujemy się na maleńki taras, gdzie wygrzewając się na słońcu zjadamy pyszną sałatkę owocową z arbuzem i soczystym melonem. Ale nie zwlekajmy, chodźmy już zobaczyć to po co tu przyjechaliśmy! Najpierw rzucają mi się w oczy dwie ogromne jaszczurki, które przebiegają mi pod nogami… W sumie nie wiem czy mam się ich bać czy mam je podziwiać… Po chwili docierają do nas krzyki kolorowych papug, ale gdy tylko odwracam głowę, widzę koale uroczo zwisające z eukaliptusowych gałęzi. Mój uśmiech chyba nigdy nie był tak szeroki. Z jednej strony koale, z drugiej strony koale. Jedne śpią, drugie leniwie podjadają eukaliptusowe liście.

Lone Pine Koala Sanctuary organizuje bardzo ciekawe wydarzenia przez cały dzień. W rozkładzie są pokazy ptaków, psów pasterskich, ale również pogadanki o koalach, diabłach tasmańskich czy dziobakach. Najpierw zaglądamy na główny skwerek, gdzie znajduje się najwięcej koali, a także miejsce, w którym można sobie zrobić z nimi zdjęcie. Jednak kierujemy się na pokaz ptaków. Oglądamy przepięknego orła, urocze sowy, które ochoczo przelatują nad naszymi głowami. Pracownicy sanktuarium opowiadają o ich naturalnym środowisku, o ich cechach charakterystycznych, a także o tym jak możemy się przyczynić do tego, aby chronić je przez wyginięciem. Bardzo ciekawa inicjatywa i dziwię się dlaczego wszędzie nie organizuje się takich interesujących pogadanek o zwierzętach, które można spotkać w danym zoo.

Kiedy wybija 13 jesteśmy już z powrotem przy koalach, bo to właśnie o tej porze można zrobić sobie z nimi zdjęcie za darmo. Długa kolejka, która ciągnie się zaraz obok prowadzi do stanowiska, w którym wykonuje się płatne zdjęcia. Najtańszy pakiet kosztuje $20.00, więc kiedy okazuje się, że można za darmo zrobić sobie zdjęcie z koalą, jedynie ją głaszcząc, a nie trzymając na rękach decydujemy się na tę opcję. Matko jaka ona jest mięciutka! Moja koala jakoś wyjątkowo nie była mną zainteresowana i po prostu odwróciła się ode mnie!

Potem karmimy z ręki kangury, jemy lunch pod namiotem otoczonym drzewkami eukaliptusowymi, na których leniwie zajadają liście koale, przechadzamy się wśród ogromnych emu. Odwiedzamy też terrarium z dziobakami, zahaczamy też o diabły tasmańskie. Jakoś inaczej je sobie wyobrażałam. Spotykamy też śmiesznego wombata, który bez przerwy ostrzył sobie zęby i walił nimi w oponę.

Na sam koniec oglądamy pokaz psów pasterskich, które zaganiają owce w odpowiednie miejsce. Pierwszy raz miałam okazję na żywo zobaczyć jak zachowują się takie psiaki i jakie sztuczki stosują, aby zapanować nad stadem. Od razu przyniosło mi to na myśl lekturę książki Życie pasterza, o której pisałam niedawno.

A wieczór spędzamy totalnie leniwie. Po drodze do domu kupujemy sushi rollki (matko, mówiłam Wam jakie tutaj mają tanie i genialne sushi?!) i przy winie włączamy sobie film z Australią w tle. Idealne matki to film pretendujący do tych ambitnych, jednak coś poszło nie tak ze scenariuszem. Anyway, widoki przepiękne, więc chociaż oczy nacieszyliśmy! A potem zgodnie ze moim zwyczajem, zasypiam na kanapie, po dniu pełnym wrażeń.

DZIEŃ 60 – 27.08.2017

Zmęczenie materiału daje o sobie znać, więc dziś mam trochę luzu i wstaję po 9 bez budzika. Zjadamy szybką owsiankę z jagodami i ruszamy na targ zaopatrzyć się w świeżutkie owoce i warzywa. Uwielbiam Milton Market za to, że daje nam dostęp do tanich warzyw i owoców. Kupujemy karton awokado (25 sztuk) za $10, cztery opakowania truskawek, buraczki, papryki, cebule, marakuje, banany, pomidory, kalafiora, bakłażana, chilli, kolendrę… Same pyszności! Już w głowie układam menu na nadchodzący weekend. Takie zakupy to wydatek rzędu $35.00, czyli tyle ile zarabiam w jedną godzinę…

Szybko podrzucamy jedzonko do domu i ruszamy do miasta, do irlandzkiego pubu, w którym Arek chce obejrzeć walkę. Przekupił mnie zimnym piwkiem, więc mocno nie oponowałam. Pub pęka w szwach, jednak z czasem entuzjazm opada, bo faworyt wszystkich dostał nieźle w kość.

Ale to jeszcze nie koniec atrakcji na dzisiaj! Wsiadamy na rowery i jedziemy na drugą stronę rzeki na Kangaroo Point Cliffs, gdzie uruchamiamy grilla i odgrzewamy mielone kalafiorowe, które zajadamy na chrupiących grzankach. Te miejskie grille to naprawdę rewelacyjna sprawa. Na brzegu rzeki mnóstwo ludzi siedzi na kocykach, ale i na ławeczkach. Widać, że spotykają się tutaj z rodziną czy przyjaciółmi i celebrują wspólny, niedzielny posiłek na świeżym powietrzu. Kangaroo Point Cliffs to również miejsce, w którym można spróbować wspinaczki, jednak cena na chwilę obecną nas skutecznie odstrasza (ok. $60). Wspinamy się na górę i obserwujemy jak miasto powoli zalewa się w pomarańczowych chmurach. Kocham zachody słońca! Dzień kończymy wycieczką promem. Chłodny wiatr rozwiewa włosy, ostatnie promienie słońca pięknie odbijają się w wodzie, a ja czuję, że to był dobrze wykorzystany weekend.

A oto nasz pierwszy vlog z Australii. Nieco się przełamałam i zaczęłam mówić do kamery i mimo, że nadal nie czuję się super swobodnie, to jest na pewno lepiej. Dajcie znać jak Wam się oglądało i czy macie ochotę na więcej!

DZIEŃ 61 – 28.08.2017

Ach te poniedziałki! Ten jednak nie był wcale taki straszny. Jestem już w rytmie i wstawanie o 6 nie stanowi dla mnie problemu. Dziś w pracy miałam krótki trening, który okazał się niesamowicie przydatny. Kurcze wiem, że ostatnio sobie trochę narzekałam pod nosem, a że dojazdy, a że stres, a że wciąż dużo nie wiem. Ale poważnie, pierwszy raz pracuję w miejscu, w którym dostaję pozytywny feedback od moich przełożonych. To naprawdę dużo dla mnie znaczy. Od początku dostaję poważne zadania, takie same jak reszta zespołu, nigdy nie usłyszałam komentarza odnośnie mojego angielskiego (co niestety w Anglii miało miejsce dosyć często i przez to dałam sobie wmówić, że mój angielski wcale nie jest tak dobry. Wiem, że nie jest idealny, ale to nie jest mój ojczysty język i nie mogę przecież porównywać się do native speakerów – choć oczywiście robię to wbrew temu co tu piszę…), kiedy tylko czegoś nie jestem pewna dostaję wsparcie. A dziś znów usłyszałam dobre słowa, które naprawdę dodają mi skrzydeł po nieco słabszych chwilach.

Po powrocie do domu od razu wskakuję w buty do biegania i śmigam nad rzekę. Koniec wymówek. Nie mam jak biegać rano, więc muszę się przestawić na wieczorny tryb, trudno. Trzymam naprawdę dobrą dietę, jestem zadowolona z tego co jem, ale brak mi aktywności fizycznej i widzę to po swoim ciele. Więc wolniutkie 5 km na rozruszanie starych kości przy zachodzie słońca nad rzeką zrobione!

Trochę rozciągania przy dobrej muzyce i kolacyjka na tarasie. Arek wyszkolił się w dobrych obiadkach i dziś serwuje budda bowl z wczorajszymi zdobyczami z targu.

Wieczór mija nam w ekspresowym tempie na tarasie, na skypie próbując nadrobić zaległości z rodziną i przyjaciółmi.

DZIEŃ 62 – 29.08.2017

Po raz kolejny dzień zaczynam od spotkania z moim zespołem i po raz kolejny słyszę dobre słowo w moim kierunku. Pada nawet pytanie czy nie chcę zmienić wizy, by móc tu pracować dłużej. Kurde, to naprawdę miłe uczucie widzieć efekty swojej ciężkiej pracy!

W drodze z pracy nareszcie mam okazję nadrobić zaległości z Martą Veganamą. Królestwo za wspólne spotkanie i ploteczki na żywo! Na razie musimy się zadowolić wirtualnymi spotkaniami.

Ostatnie kilka dni było tak intensywne, że nawet nie miałam czasu zajrzeć na bloga, a tym bardziej spisać dzienników. Tak więc oto jestem, piszę dla Was, dla siebie. Arek siedzi i składa pierwszego vloga z Australii, w którym będziecie mogli razem z nami przeżyć weekend karmiąc kangury, podglądając koale, jedząc śniadanie na tarasie, wspólnie grillując. Ciekawa jestem czy spodoba Wam się taka forma dzienników z podróży.


Kolejny tydzień za nami, kolejne miejsca na mapie Brisbane odhaczone, kolejne niezapomniane chwile, które zapamiętam do końca życia za nami. Jak tam kochani, gotowi jesteście na wrzesień? Jak Wam minął ostatni weekend wakacji?

 

PS. Jeśli nie chcecie przegapić naszych małych australijskich przygód koniecznie zaglądajcie na Insta Stories gdzie na bieżąco możecie podglądać co u nas słychać.