DLACZEGO CZĘŚCIEJ NIE CHODZIMY PO GÓRACH? MT MITCHELL, QUEENSLAND

No właśnie? Dlaczego musieliśmy przyjechać do Australii żeby zdać sobie sprawę, że chodzić po górach jest fajnie. Dlaczego nie robiliśmy tego wcześniej?

Komu chce się wstawać w niedzielę o 6 rano? I to jeszcze po to, żeby się zmęczyć… Kiedy wyjeżdżamy z Brisbane termometr wskazuje już dobrze ponad 20 stopni, ale z każdą minutą niebo zasnuwa się coraz ciemniejszymi chmurami. Kiedy po 1,5h docieramy na miejsce otacza nas gęsta mgła i nieco pokropuje. Z przerażeniem stwierdzamy, że te szorty i krótkie rękawki nie były najlepszym wyborem…

Na miejscu spotykamy już sporą grupę ludzi, część znamy, jednak większej części jeszcze nie. To rodzina naszych koleżanek, które przygarnęły nas przez pierwsze tygodnie w Brisbane. Pamiętacie? Pisałam o tym w jednych z pierwszych dzienników. Wszyscy z uśmiechem na ustach nas witają, nikt się nie przejmuje pogodą. Czekamy jeszcze chwilkę na spóźnialskich i po chwili ruszamy w drogę. Kiedy tylko stawiamy pierwsze kroki w lesie mam wrażenie, że znaleźliśmy się w jakiejś innej czasoprzestrzeni. Ogromne, rozłożyste drzewa z poskręcanymi korzeniami. Dzięki ogromnej wilgoci zieleń jakby stała się jeszcze bardziej zielona, z każdym krokiem odgłosy z drogi stają się coraz cichsze i wypierają je śpiewy ptaków.

W trasę wybrało się również kilkoro dzieci, ale nie wiem kto z większą ekscytacją przystaje przy przeróżnych roślinkach. Mamy w grupie ekspertkę, która potrafi nazwać każdy najmniejszy kwiatek.

Kiedy przystajemy na pierwszą przerwę ktoś zauważa na swoim plecaku patyczaka. Do tej pory widziałam je jedynie w terrariach w muzeach, a teraz podskakuję z radości, gdy tylko nieco się poruszy. Arek nawet wziął go na ręce. Ja to strachliwa jestem, więc takie przyjemności zostawię innym, ja sobie po prostu popatrzę.

Trasa jest niezwykle łatwa i przyjemna, cały czas idziemy pod górę, ale nachylenie jest tak delikatne, że naprawdę tego nie odczuwamy. Krajobraz ciągle się zmienia, z gęstego, zielonego buszu, nagle otaczają nas same skały, by po chwili znów znaleźć się w lesie, gdzie drzewa pokrywa zwisający mech.

A to znów napotkaliśmy pijawki, które ochoczo przyssają się do czego popadnie, a to czarna stonoga stanie nam na drodze. Czarne paprocie, pachnące eukaliptusy, te roślinki, które rosną bez korzeni i maleńkie listeczki przypominające łzy.

Na szczycie biało. Na myśl od razu przychodzi mi Machu Picchu, które właśnie taki widok nam zgotowało. Tym razem jednak jakoś w ogóle nam to nie przeszkadza. Po dwóch godzinach trekkingu, zasiadamy do drugiego śniadania. Każdy wyciąga z plecaka przekąski, ktoś na przenośnym palniku gazowym parzy kawę. Nie zapominajmy, że to rodzinne spotkanie, więc każdy próbuje nadrobić zaległości, dowiedzieć się co u bliskich dzieje się w życiu. Totalnie mnie to rozkleja, bo jakoś zdałam sobie sprawę, że tak mało czasu spędzamy aktywnie, a szczególnie z bliskimi i przyjaciółmi. To kolejna rzecz, którą uświadomiły mi podróże i którą bardzo chciałabym zmienić i wprowadzić w życie.

Powoli udajemy  się w drogę powrotną. Ku mojemu niezadowoleniu mgła opada, chmury się rozstąpiły i z magicznego klimatu, który panował tu jeszcze godzinę temu, nie zostało nic. Nadal jest tu pięknie, ale…

Fajnie było obserwować dzieci, które przez ponad 4 godziny wędrowały i ani razu się nie zająknęły, żeby zwolnić (raczej to one narzucały szybsze tempo) albo żeby wziąć je na ręce. Najmłodszy chłopczyk miał niecałe 2 latka.


Cieszę się, że coraz częściej spędzamy czas aktywnie, na łonie natury. To dla mnie czas wyciszenia, ale również okazja do tego, aby z dala od komputera, internetu i innych rozpraszaczy po prostu porozmawiać. Ciekawa jestem kiedy ostatni raz spędziliście czas w gronie bliskich właśnie w ten sposób?