PARACAS CZYLI PINGWINY, FLAMINGI I PLAŻOWANIE W PERU

Od ostatniej relacji z Peru minęło już trochę czasu i muszę przyznać, że dziwnie wraca się wspomnieniami prawie rok wstecz. Jednak przeglądając zdjęcia wszystko wróciło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Słońce, wszędobylskie pelikany, genialne muszle św. Jakuba, zimne piwo na plaży… Tak spędziliśmy ostatnie dni w Peru – na luzie, chłonąc ostatnie chwile peruwiańskiej przygody. Jedziemy do Paracas!

Żeby dostać się z oazy do Paracas musieliśmy się trochę nagimnastykować. Najpierw taxi z oazy na dworzec w Ice. Wiadomo te małe stwory przypominające małe samochody są najtańsze, a prowadzone przez nastolatka to już prawie za darmo, więc oczywiście żeby nie było za nudno zdecydowaliśmy się na tę opcję. My i nasze dwa wielgachne plecaki z tyłu musieliśmy wyglądać komicznie. Przed dworcem ruch jak na Marszałkowskiej. Największe grupki gromadzą się jednak wokół prowizorycznych stoisk z jedzeniem. Stajemy w kolejce i kiedy przychodzi nasza kolej grzecznie naszym łamanym hiszpańskim z domieszką porządnych migów zamawiamy kanapki z awokado oraz omletem. Matko! Wygłodniali, spragnieni dobrego pieczywa po kilku latach mieszkania w UK moglibyśmy te kanapki jeść na okrągło. Pieczywo jest świeże, skórka bułki chrupiąca, a środek delikatnie wilgotny… Do tego plastry awokado, trochę soli i soku z cytryny… Kulinarny orgazm… Siła tkwi w prostocie! No nic, wsiadamy do autobusu i po dobrych 2 godzinach wysiadamy w Pisco. Dworzec autobusowy znajduje się poza centrum więc teraz musimy znaleźć taxi collectivo, które zawiezie nas albo prosto do Paracas, albo do Pisco. Jak się okazuje taksówkarze są wygłodniali i polują na niedoświadczonych turystów. Oj, nie! Nie z nami te bajery. Wiemy, że taka podróż nie powinna kosztować więcej niż 2-3 sole od osoby więc dzielnie szukamy. No i jest, nieco w oddali pan już ma jednego klienta, wsiadamy i my i ruszamy. Panowie nas instruują gdzie się udać, aby teraz złapać taxi collectivo do Pisco. Wysadzają nas na środku skrzyżowania i jadą dalej. Docieramy na postój, a że akurat stoi tu pan z wózkiem pełnym pomarańczy i sprzedaje świeżo wyciskany sok to przystajemy na chwilę. Zresztą musimy chwilkę poczekać, aż znajdą się pozostali pasażerowie chętni na podróż do Paracas. Całe szczęście długo nie czekamy, zjawia się nastoletnia para, która chyba cichcem ucieka na randkę do tego nadmorskiego kurortu. Wsiadamy i całe szczęście odbywamy już ostatnią część trasy obserwując ocean zza szyby.

Ostatnim wyzwaniem na dzień dzisiejszy jest znalezienie odpowiedniego hostelu. Zawsze wybieramy kilka z listy z przewodnika Lonely Planet, ale zwykle mieliśmy tyle szczęścia, że ten pierwszy okazywał się strzałem w dziesiątkę. Ledwo wysiadamy, a przy nas już stanęła kobita. Leginsy, kroksy i t-shirt. Nie wzbudza zaufania, ale kilka krotnie powtarza, że ma najlepszą ofertę! No i okazuje się, że jest z hostelu, do którego i tak chcieliśmy iść. A że jest przed sezonem to twardo się targujemy. Nasz hiszpański kuleje więc pani ładnie rozpisuje równania na swojej ręce. Dobry deal – pokój dwuosobowy (co za luksus!) na dwie noce plus dwie wycieczki za 300 soli. Bierzemy! Pani nazywa się Renata i okazuje się przekochaną kobietką. Troszkę szaloną, ale przekochaną.

Zmęczenie po tych kilku ostatnich dniach daje się we znaki więc wiecie co dziś będziemy robić? Nic! Wynajmujemy leżaki, kupujemy peruwiańskie piwo i gapimy się na ludzi. Woda niestety nie należy do najczystszych więc o kąpieli zapominamy, ale za to z rozbawieniem i podziwem obserwujemy podniebne akrobacje pelikanów, które świetnie sobie radzą również na łodziach przycumowanych przy brzegu. Trochę się dziwiłam czemu wszystkie łodzie są szczelnie przykryte plandekami. Już wiem.  Bialuteńkie plamy na plandekach są jednoznaczne. Jeszcze nigdy nie widziałam pelikanów z tak bliska i w takiej ilości.

Pytamy pana od leżaków gdzie tu można dobrze zjeść, wskazuje rząd restauracji i mówi nr 84. Jak się okazuje knajpki oprócz nazw mają również numery. Odnajdujemy tę pod nr 84, która wygląda identycznie jak wszystkie pozostałe – plastikowe meble ogrodowe i stoły przykryte kolorowym, tradycyjnymi obrusami. Arek już od początku przyjazdu wiedział co zamówi nad morzem – u Paczków w podróży podpatrzył muszle św. Jakuba zapiekane z parmezanem. Ja zdecydowałam się na kawałki ryby w panierce z ryżem. Na przystawkę zjedliśmy tradycyjne ceviche. Pani skradła nasze serca. Mimo, że w Peru jedliśmy naprawdę dobrze, tak tę małą restaurację odwiedziliśmy 3 razy w ciągu tych 3 dni. A ja zamówiłam 3 razy to samo… Gdybym tylko mogła znowu poczuć smak tej delikatnej ryby… Posiłek umilały nam 3 piękne koty oraz Toy Story 2, które leciało w telewizji. Bo każda  szanująca się restauracja nad morzem ma telewizor!

P1120439 P1120435 P1120466 P1120441 P1120458 P1120485 P1120469P1120637 P1120635

Na dzisiaj to już koniec. Padamy ze zmęczenia, a jutro czeka nas wycieczka!

Wstajemy, szybki prysznic i uciekamy w poszukiwaniu naszych ulubionych bułek. Znajdujemy takie z omletem i zajadamy spoglądając na ocean. Renata witała nas milutko od rana przypominając o wycieczce. Punkt 10 mamy być przed hotelem. Podjeżdża busik, zgarnia jeszcze ludzi z innych placówek i jedziemy. Dziś czeka nas wyprawa do Rezerwatu Przyrody Paracas. Autobusik wspina się wolno pod górę, a my możemy podziwiać panoramę miasteczka i portu, który z góry wygląda jeszcze piękniej. Pierwszym przystankiem jest muzeum, oglądamy krótki film opowiadający o wszystkich gatunkach zwierząt, które zamieszkują rezerwat. Flamingi, uchatki, lwy morskie, żółwie i 200 gatunków ptaków. Muzeum położone jest na totalnym odludziu dookoła jakby krajobrazy pustynne, nieco kosmiczne. Po prelekcji idziemy na krótki spacer, zmierzamy w kierunku oceanu, aby przyjrzeć się flamingom. Niestety odpływ jest spory i flamingi pluskają się w zbyt dużej odległości by zobaczyć więcej niż różową łunę.

P1120512 P1120506 kopia P1120493 P1120502

Wsiadamy do busika i jedziemy dalej. Widoki za oknem są niesamowite. Żółty kolor piasku na zmianę z intensywnym burgundowym. Przystajemy na przełęczy. Stąd rozpościera się niesamowity widok na klify. W dole plaża, na którą trudno dostrzec jakąkolwiek ścieżkę. Jest dziś wietrznie i fale z łomotem rozbijają się o strome skały. W dole widać pozostałości po łuku (podobnym do tego na Malcie, czy do Durdle Door, który widzieliśmy w okolicach Bournemouth), który runął do wody podczas sztormu.

P1120532 P1120533P1120542P1120523P1120621

Kolejne przystanki są jeszcze piękniejsze. Skały, plaże, pingwiny (te maleńkie plamy na wyspie to pingwinki!), pelikany i słodkie marakuje (czy ktoś wie jak się nazywają te owoce? Wyglądają jak marakuje, ale są dużo słodsze, a skórka jest pomarańczowa) jedzone z takim widokiem sprawiają, że na samo wspomnienie mam łzy w oczach.

P1120560 P1120573 P1120577

Jest tutaj kilka restauracji, jednak żadna nie wygląda na taką, która serwuje dobre, lokalne jedzenie. Po talerzach widać, że jest to raczej kuchnia dla turystów. Idziemy więc na spacer i trafiamy na parking, który upodobały sobie pelikany. Pewnie dlatego, że to to tutaj rybacy wyładowują swoje sieci i rzucają im resztki. Na parkingu stoi również buda z jedzeniem, w której pani sprzedaje bułki z omletem i rybką świeżo złowioną przez kolegów rybaków. Czy mogliśmy lepiej trafić? Nie.

P1120582 P1120584 P1120587 P1120589 P1120591 P1120603 P1120600 P1120597 P1120593

Na dzisiaj koniec wrażeń. Po powrocie lądujemy na plaży, a potem odwiedzamy naszą ulubioną restaurację. Wieczór spędzamy oglądając zachód słońca, pijąc chłodne piwo i nasłuchując muzyki dochodzącej z pobliskiego baru.


Jak Wam się podobała taka odsłona Peru? Spodziewaliście się, że ten kraj jest tak różnorodny? Obiecuję, że w kolejnym wpisie będzie jeszcze piękniej!