Tag: Australia

FITZROY ISLAND – CO ZOBACZYĆ W OKOLICY CAIRNS?

Fitzroy Island to maleńka wyspa położona zaledwie 45 min drogi promem od Cairns. To piękna rajska wyspa, na której trudno się nudzić. To idealne miejsce do snorklingu czy nurkowania, gdyż rafa znajduje się tuż przy brzegu. Znajdzie się też kilka pięknych tras trekkingowych, a dla osób pragnących spokoju i odpoczynku, kilka pięknych rajskich plaż, na których można po prostu poleniuchować. Oto Fitzroy Island w moim obiektywie. 

Read More

CO ZOBACZYĆ NIEDALEKO CAIRNS – MOSSMAN GORGE

Dookoła Cairns trudno się nudzić. To tutaj las deszczowy spotyka się z rafą koralową, więc pomysłów na wycieczki nie brakuje. Dziś zabiorę Was na krótki spacer po lesie deszczowym w południowej części Daintree National Park – do Mossman Gorge.

Mossman Gorge to park narodowy położony 80 km na północ od Cairns, który jest własnością ludności plemiennej Kuku Yalanji.

Przyznam, że po raz pierwszy w Australii spotkaliśmy się z brakiem wolnego dostępu do parku. Pomiędzy parkingiem a początkiem trasy spacerowej jeździ autobus, którego koszt wynosi $9,80. Nie mówię, że to mało czy dużo, po prostu we wszystkich dotychczasowych parkach, w których byliśmy z parkingu wchodziło się prosto na trasę. Tutaj tę samą trasę, którą pokonywał autobus można było przejść pieszo, jednak droga była bardzo wąska i dosyć niebezpieczna przy często kursującym autobusie.

Mossman Gorge to piękne miejsce. Przez soczyście zielony las deszczowy przebiega krystalicznie czysta, odbijająca zieleń drzew rzeka. Woda usiana jest wyjątkowo okrągłymi kamieniami, które dodają magii temu miejscu. Pierwszy odcinek trasy biegnie właśnie wzdłuż rzeki i wynosi zaledwie 500 m. Kiedy przechodzimy przez Rex Bridge, most zawieszonyo nad Rex Creek, wchodzimy na drugą część trasy, która przez ponad 2 km wiedzie przez środek lasu deszczowego.

Bladozielone mchy, dziwnie powyginane korzenie, huby, drobniutkie kwiatuszki, ogromne drzewa – to wszystko sprawia, że tak bardzo lubię oderwać się od rzeczywistości i po prostu pospacerować po lesie. W pewnym momencie na trasie spotkaliśmy niespodziewanego gościa – dzika, który całe szczęście szybko umknął w swoją stronę.

 


I jak Wam się podoba klimat lasu deszczowego? Arek porównał go do dżungli znanej z serialu Lost. Też widzicie podobieństwo?

 

 

DROGA Z BRISBANE DO CAIRNS – CO ZOBACZYĆ?

Ostatni dzień w pracy za nami, auto spakowane, przed nami miesiąc w podróży po północy wschodniego wybrzeża Australii. Będzie sporo zatrzymywania, pięknych plaż, krystalicznie czystego oceanu i odpoczynku. Oto nasz road trip z Brisbane do Cairns w rytmie slow.


Jeśli chcielibyście przeczytać relację z tej wyprawy dzień po dniu to odsyłam Was do dzienników z podróży, które pisałam na bieżąco. Znajdziecie tam wiele cennych wskazówek, jak i odczucia co do konkretnych miejsc:


ROAD TRIP Z BRISBANE DO CAIRNS – CO ZOBACZYĆ?

NOOSA HEADS

Noosa nie potraktowała nas zbyt dobrze, deszcz pokrzyżował nam plany i dopiero ostatniego dnia mieliśmy okazję tak naprawdę przekonać się, jak piękne jest to miejsce. I choć nie zdążyliśmy zobaczyć tego co chcieliśmy, to spacer wzdłuż wybrzeża z Sunshine Beach do Dolphin Point (gdzie jak sama nazwa wskazuje można wypatrywać delfinów) wynagrodził te chwile. Alexandria Bay i Hell’s Gate to dwa punkty, które najbardziej mi się podobały. Podobno na trasie można wypatrzyć koale.

Noosa to bardzo przyjemne miejsce na urlop, ale też na szybki przystanek. Piękne miejsce do uprawiania sportów wodnych. Czuję niedosyt, więc na pewno tam wrócimy w drodze powrotnej.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

RAINBOW BEACH I INSKIP POINT

Niestety samo Rainbow Beach totalnie mnie nie zachwyciło. Ale po raz kolejny pogoda płatała figle, było niesamowicie wietrznie, a przypływ skutecznie uniemożliwił nam spacer na plażę, gdzie można zobaczyć kolorowe piaski, od których miejscowość wzięła nazwę. Jeśli będziecie w Rainbow Beach koniecznie zajrzyjcie do Cafe Jilarty, gdzie można wypić świetną kawę, pyszne smoothie i zjeść genialne, lokalne, wegańskie lody.

Za to nocleg na Inskip Point, gdzie spędziliśmy dwie noce, zapamiętam do końca życia. Podróżowaliśmy poza sezonem, więc większość pól świeciła pustkami, a my mogliśmy delektować się takim widokiem. Jest to państwowe pole kempingowe, więc opłata za nocleg za osobę wynosi ok. $6.00. Piękne widoki, gotowanie na świeżym powietrzu z widokiem na ocean, dwa kroki na plażę i genialne zachody słońca to znak, że naprawdę warto spędzić tu chwilę.

Rainbow Beach to idealny punkt wypadowy na Fraser Island (musieliśmy odpuścić, bo w jeepie popsuła się skrzynia biegów umożliwiająca przełączenie na tryb 4 na 4). Prom pływa dosłownie co kilkanaście minut, a koszt to $120 w dwie strony, dodatkowo trzeba wykupić pozwolenie na jazdę po plaży (to kolejne $50). To co widzicie na zdjęciach po drugiej stronie brzegu to właśnie Fraser Island.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns
W miejscu, w którym stoję żeby zrobić to zdjęcie rozbiliśmy namiot.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairnsco zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

TIN CAN BAY DOLPHIN CENTRE

Z Inksip Point do Tin Can Bay to zaledwie 40 minut. Jednak warto wstać wcześnie, aby zdążyć do Dolphin Centre przed 8 rano, bo to właśnie o tej porze codziennie odbywa się karmienie delfinów. Wstęp kosztuje $5.00, a kolejne tyle trzeba zapłacić za jedną rybkę, którą możemy nakarmić delfina. Centrum prowadzone jest przez wolontariuszy, a karmione delfiny żyją na wolności. Wszystko zaczęło się, gdy w latach 50. zraniony delfin pojawił się przy plaży zaraz obok Barnacles Cafe, mieszkańcy zaczęli dokarmiać delfina, który gdy już wyzdrowiał, regularnie wracał do zatoki, gdzie lokalsi chętnie dokarmiali delfina.

Teraz przypływa regularnie 4-5 delfinów, których zgodnie z prawem nie można dotykać. Jak widzicie na zdjęciach nawet wolontariuszki trzymają ręce na brzuchu tak, aby nie dotykać tych uroczych wodnych ssaków. Skubane popisywały się, choć nikt ich nigdy nie trenował. Po karmieniu odpłynęły w swoją stronę.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairnsco zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

MARYBOROUGH

Jakie to było dla nas zaskoczenie! Maryborough to miasto z ogromnym bagażem historii (jak na Australię oczywiście) i głębokimi korzeniami industrialnymi. Jest to ośrodek wydobycia węgla kamiennego, złota, a także prężnie działający ośrodek przemysłowy, gdzie np. produkuje się wagony kolejowe dla Queensland Rail.

Spacer po Maryborough to jakby podróż w czasie. Widać tu kolonialne wpływy, a pięknie zachowane budynki z XIX i XX wieku sprawiają jakbyśmy byli w innej epoce. Szczęśliwie trafiliśmy na lokalny market, który odbywa się w każdy czwartek i mieliśmy okazję popodglądać mieszkańców. Zjedliśmy genialnego grillowanego ananasa z karmelem od przemiłej pani, a po spacerze usiedliśmy w wehikule czasu jakim się okazał Central Hotel. My i sama starszyzna miasta, która wyjątkowo chętna była do pogawędek o naszej podróży. Podejrzewam, że do tej pory rozmawiają tam o nas. Wypiliśmy zimne piwo z towarzystwem, kupiliśmy zdrapki (nic nie wygraliśmy) i zatopiliśmy się w atmosferze tego miasta.

Przyjechaliśmy tam bez najmniejszych oczekiwań, a wyjechaliśmy z pięknymi wspomnieniami.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

HERVEY BAY

Hervey Bay to urokliwa miejscowość, wzdłuż której ciągną się piękne plaże. Wzdłuż okolicznych plaż wije się deptak, ścieżki rowerowe, place zabaw, a także darmowy park wodny. To idealne miejsce żeby przystanąć, schronić się w cieniu palm i urządzić sobie piknik, bo oczywiście publicznych grillów nie brakuje.

Warto zajrzeć też na Urangan Pier, który był przedłużeniem sieci kolejowej i służył przede wszystkim do transportu ładunków z i na statki. Wyobrażacie sobie, że molo mierzyło ponad kilometr, a dokładnie 1107 metrów? W 1985 roku molo zostało zamknięte a 239 metrów mola zostało zburzonych. Miejscowa ludność się zbuntowała i Urangan Pier został przekazany urzędowi miasta.

Z mola rozpościera się piękny widok na plaże, gdzieniegdzie odważni próbowali swoich sił na windsurfingu, a po wzburzonej tafli wody dryfowały pelikany. Nikogo nie dziwił też fakt, że na molo stało kilku rybaków, próbujących złowić coś na kolację.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairnsco zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns
Serce pękało, gdy widzieliśmy plażę, na której piasek przykryły połamane koralowce.

SEVENTEEN SEVENTY

Seventeen Seventy albo po prostu 1770 czy Town of 1770 to urokliwe miasteczko, które swoją nazwę wzięło od historycznego zdarzenia, jakim było pojawienie się w okolicy kapitana Cooka. To drugi przystanek tegoż kapitana w Australii, a pierwszy w stanie, który teraz nazywamy Queensland. Jest to również miasto, którego numeryczna nazwa jest najwyższą na świecie.

Czy warto tu zajrzeć? Oj tak!

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns  co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns  co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

ROCKHAMPTON

Rockhampton to australijska stolica wołowiny, na każdym kroku można spotkać tu przypominającą o tym fakcie ogromną statuetkę krowy. Przed wjazdem do miasta, a także po wyjeździe z niego pola, na których pasły się krowy ciągnęły się w nieskończoność.

W Rockhampton warto zajrzeć do darmowego ZOO oraz ogrodów botanicznych. Egzotyczna roślinność, kolorowe papugi latające na wolności, kangury, koale, ale także przerażające krokodyle i węże.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns  co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

CAPE HILLBOROUGH

Cape Hillborough to park narodowy, w którym podczas wschodu i zachodu słońca można spotkać kangury na plaży! Niestety nie mieliśmy jak dojechać tam właśnie o takich porach dnia, więc musieliśmy zadowolić się jedynie piękną, rajską i totalnie bezludną plażą. Choć mam nadzieję, że w drodze na południe zajrzymy tam o wschodzie słońca, aby przywitać kangury na plaży z samego rana.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairnsco zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

AIRLIE BEACH

Airlie Beach to punkt wypadowy na Whitsundays Islands, dlatego miasteczko pełne jest turystów i backpackersów. Samo Airlie Beach było urokliwe, znajduje się tu usiany białymi żaglówkami port i basen miejski zaraz nad oceanem.

Zatrzymaliśmy się na polu kempingowym położonym w lesie oddalonym 20 km od Airlie Beach. Od kempingu dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów od Cedar Creek Falls. Jednak ze względu na wysokie temperatury i suszę po wodospadzie nie było śladu. Cudownie jednak było się schłodzić w wodzie, która w przeciwieństwie do tej w oceanie czy basenie była orzeźwiająco zimna.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns  co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

WHITEHAVEN BEACH I WHITSUNDAYS ISLAND

Oto proszę państwa miejsce, które nas rozłożyło na łopatki. Wiedziałam, że będzie pięknie, nie spodziewałam się jednak, że aż tak. Whitehaven Beach to najpiękniejsza plaża jaką w życiu widziałam. Aby się tutaj dostać trzeba wykupić zorganizowaną wycieczkę. Po dopłynięciu do wyspy z grupą poszliśmy na punkt widokowy Hill Inlet, z którego rozpościerał się bajkowy widok na plażę oraz znany wszystkim z pocztówek widok na pozawijane przez silne prądy piaski, które tworzą coś na kształt spirali.

Piasek był niezwykle miękki, woda krystalicznie czysta. Można nawet ze sporej odległości wypatrzeć ogromne płaszczki, których było tu naprawdę sporo. Jednym słowem raj.

W drodze powrotnej mieliśmy przystanek na snorkelling, gdy po raz pierwszy w życiu mogłam podziwiać rafę koralową. Podwodny świat okazał się kolorowy, zaskakujący i wciągający!

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairnsco zobaczyc droga z Brisbane do Cairnsco zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

BOWEN

Bowen słynie z najlepszych mango w Australii, więc przy wjeździe do miasta postawiono ogromne mango, z którym nie mogliśmy sobie odmówić zdjęcia.

Zatrzymaliśmy się też przy Horseshoe Bay i wspięliśmy się na punkt widokowy Rotary Lookout. Było tam kilka ścieżek spacerowych, z których o różnych porach roku można obserwować żółwie czy delfiny, jednak upał dawał się nam mocno we znaki, więc ruszyliśmy dalej w drogę.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

TOWNSVILLE

Przyznam, że Townsville to było dla mnie spore zaskoczenie. Nie miałam co do tego miasta żadnych oczekiwań, a pozostawiło po sobie magiczne wspomnienia. Nie dość, że w maleńkiej galerii sztuki trafiliśmy na wernisaż, gdzie mogliśmy spróbować lokalnego piwa, to podczas pływania kajakami wzdłuż plaż widzieliśmy kilkadziesiąt żółwi, kilka płaszczek, delfina (choć ludzie z brzegu krzyczeli, że to rekin – cóż, chyba nigdy się nie dowiemy co to było) oraz diugonia (wygooglujcie koniecznie!).

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

MAGNETIC ISLAND

Na Magnetic Island można dostać się promem z Townsville. Można przeprawić się autem bądź wypożyczyć je na miejscu. Podobno transport publiczny pomiędzy najpopularniejszymi punktami na wyspie działa całkiem sprawnie.

My dzień na wyspie zaczęliśmy od spaceru wzdłuż trasy Forts Walk, bo to właśnie tutaj najłatwiej wypatrzeć koale. Podeszłam do tego nieco sceptycznie, bo już nie raz obiecano nam, że zobaczymy te urocze stworzenia w ich naturalnym środowisku i zawsze kończyło się to fiaskiem. Ale nie tym razem! Już po kilku minutach wypatrzyliśmy śpiocha na drzewie! I to małego słodziaka, który nic sobie nie robił z naszego towarzystwa i spał w najlepsze.

Ze szczytu rozpościerają się piękne widoki na wyspę. Trasa jest dosyć krótka i niezbyt trudna, a po drodze spotkaliśmy 5 koali. Następnie wybraliśmy się do Arthur’s Bay ,gdzie próbowaliśmy snorkellingu, ale widoczność była dosyć kiepska. Mimo wszystko, podwodny świat po raz kolejny mnie zauroczył i zamarzyłam o kursie nurkowania.

Na Magnetic Island warto również zajrzeć do Horseshoe Bay (i do lodziarni na genialne gelato!) czy Picnic Bay.

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns   co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns  co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns  co zobaczyc droga z Brisbane do Cairnsco zobaczyc droga z Brisbane do Cairns co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

BABINDA

Babinda to już ostatni przystanek przed Cairns. Tak jak pisałam, luty to był naprawdę gorący miesiąc, a na północy o schłodzeniu się w oceanie nie ma mowy z dwóch względów. Po pierwsze, woda często miała nawet 28 stopni, po drugie w tym okresie w wodzie pojawiają się jadowite stingers, a także rekiny i krokodyle, więc kąpać się można tylko w wyznaczonych siatkami punktach. Kiedy więc natknęliśmy się na pięknie położoną rzekę, z krystalicznie czystą i zimną wodą wskoczyliśmy do niej i wychodzić nie chcieliśmy. Cudowne uczucie!

co zobaczyc droga z Brisbane do Cairns

CAIRNS

No i jesteśmy na miejscu! Cairns to urocze miasteczko, z którego można wybrać się na rafę, na wycieczkę do lasu deszczowego czy nad pobliskie wodospady. Ale to będzie już inna opowieść!


Karolina z bloga Moja Australia i świat opisała tę trasę u siebie na blogu. Znajdziecie tam mnóstwo cennych wskazówek, a również kilka innych miejsc, o które warto zahaczyć w drodze z Brisbane do Cairns.


 

Ufff! Tysiące kilometrów, kilkaset godzin w aucie, kilkadziesiąt odwiedzonych miejsc, milion wspomnień. Kocham życie w drodze, a ten roadtrip zapamiętam na długo. Jak Wam się podobała droga z Brisbane do Cairns?

 

 

JAK SIĘ ŻYJE W KLIMACIE TROPIKALNYM? KILKA SŁÓW O ŻYCIU NA PÓŁNOCY AUSTRALII

Jak wygląda życie w klimacie tropikalnym? Początki były trudne, bo jak tylko przyjechaliśmy to od rana lał się z nieba żar, było wiecznie ponad 35 stopni, a wieczorami nadchodziły burze. Deszcz przynosił nieco ulgi, ale praca w takim wilgotnym klimacie dawała mi się we znaki. Prysznic 3 razy dziennie, uciekanie do klimatyzowanych pomieszczeń jeśli tylko się da i wskakiwanie do basenu, który mamy na tarasie.

W pewnym momencie pogoda się popsuła, padało non stop. Temperatura nieco spadła więc w końcu zaczęłam normalnie oddychać i funkcjonować.  Od miesiąca były już trzy zagrożenia cyklonem. Tu na północ wiedzie tylko jedna droga (którą pokonaliśmy jadąc do Cairns z Brisbane). Niby autostrada, a tak naprawdę do jeden pas w jedną, drugi w drugą stronę. Przez ilość opadów, w pewnych punktach droga była zalana co natychmiast poskutkowało wykupieniem wszystkich owoców i warzyw i większości puszek z lokalnego Colsa (to sieć supermarketów, który obok Woolwortha są najpopularniejszymi sklepami w Australii). Małym plusem, który dostrzegam jest ogromna kolejka w małym warzywniaku, w którym produkty są wyłącznie dostarczane przez lokalnych rolników. Ceny podobne jak w Colsie, a smak nie do pobicia. Pomidorowe pomidory, czy olbrzymiaste, dojrzałe i słodkie mango. To kolejny plus mieszkania w klimacie tropikalnym – niesamowita ilość owoców i warzyw, o których nigdy dotąd nie słyszałam. Próbujemy powoli, są hity, ale też smaki, które nam nie do końca odpowiadają. 

Codziennie zmagam się z wilgotnością powietrza, która wzmaga uczucie gorąca. Trudno wykonywać najprostsze czynności więc naprawdę czekam na zimę, która tutaj podobno jest ulubioną porą roku. W ciągu dnia temperatury sięgają 26-27 stopni, a w nocy spadają do 15. Z oceanu znikają groźne meduzy, można się więc bezpiecznie kąpać. W chwili obecnej kąpać się można tylko w wyznaczonych miejscach czyli siatkach, które są zwykle na plażach strzeżonych. Siatki chronią przed krokodylami, rekinami oraz meduzami. Przy każdej plaży stoją budki, w których znajdziecie butelki z octem, który podobno pomaga w razie oparzenia meduzy.

Co zabawne podobno krokodyle już kilka razy przedostały się do siatek. Skubane w nocy po prostu wyszły z wody i plażą przeszły do siatki. Ja więc widzicie nigdzie nie jest w 100% bezpiecznie.

Palm Cove będzie naszym domem przez najbliższe 3 miesiące. Żyjemy w otoczeniu natury, niedaleko oceanu. Ba, pracuję przy samym oceanie, więc codziennie gdy tylko podnoszę głowę i zerkam na wschód czuję się jak w raju. Wysokie palmy, biała plaża, szumiący ocean, małe wysepki usiane na wodzie.

Po drugiej stronie natomiast rozciągają się góry i soczyście zielone lasy deszczowe, które skrywają mnóstwo wodospadów i jezior. Na razie czas nie pozwala na odkrywanie nowych zakątków, ale listę miejsc do odwiedzenia już sporządziliśmy więc teraz powoli musimy zacząć je odhaczać.

A co można robić w okolicy Palm Cove? Pamiętajcie, że to tu znajduje się Wielka Rafa Koralowa więc jest to idealne miejsce wypadowe na nurkowanie i snorkelling. Niedaleko znajduje się Cairns i Port Douglas. W planach mamy też lot nad oceanem, aby z góry móc podziwiać rafę. Blisko jest też Sky Rail czyli kolejka linowa, z której rozpościera się widok na okolicę oraz las deszczowy. Całkiem niedaleko mamy kilka wodospadów, które przez ostatnie deszcze są jeszcze bardziej spektakularne.

Cairns jest też bazą wypadową na kilka rajskich wysp, my planujemy odwiedzić Fitzroy Island. Więc jak widzicie nudzić się tu nie można.

Warto też podkreślić, że Palm Cove i Port Douglas to typowo turystyczne miasteczka, do których, zjeżdżają się turyści nie tylko z Australii. Wzdłuż głównych ulic jest mnóstwo restauracji, kawiarnii, hoteli z widokiem na ocean. Tu aż chce się przyjeżdżać na wakacje.

Myślicie, że spodobałoby Wam się życie w klimacie tropikalnym?

 

CO ZOBACZYĆ W SYDNEY CZYLI SPACER Z COOGEE DO BONDI

Kiedy tylko podpytałam znajomych co koniecznie muszę zrobić podczas pobytu w Sydney z różnych stron nadeszły jednogłośne odpowiedzi: spacer z Coogee do Bondi to absolutne must do. Jest to 6 kilometrowa trasa wzdłuż wybrzeża, gdzie spaceruje się z widokiem na klify, maleńkie plaże, baseny skalne, a przed nami rozciąga się bezkresny ocean. Spacer z Coogee do Bondi (lub odwrotnie) to rzeczywiście trasa, którą zapamiętam na długo. Gotowi na fotorelację?


Dzień zaczynam od pożywnego śniadania w Coogee Pavillon, który znajdował się zaledwie kilka kroków od naszego mieszkanka. Jest to świetne miejsce nie tylko na śniadanie, ale również i wieczorny wypad. Widzicie tę prawie pustą salę? Wieczorem kiedy wpadliśmy tu na drinka to miejsce tętniło życiem (polecam wizytę pomiędzy 17-19 od poniedziałku do piątku kiedy każda pizza kosztuje $15 a duże piwo $7).

spacer-bondi-coogee-pavillon

Zaraz po wyjściu z Coogee Pavillon zaczyna się trasa spacerowa.

spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney

Najpierw mijam Gordons Bay, a potem urokliwą Clovelly Beach usianą łódkami.

spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney

Miejscem, które niezwykle mnie zaskoczyło był cmentarz Waverley. Groby majestatycznie stały na wzgórzu, a przed nimi nie było nic oprócz błękitu nieba i oceanu.

spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydneyspacer-bondi-coogee-sydneyspacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney

Bronte Beach to plaża przy której pojawili się pierwsi surferzy. Znajduje się tutaj też basen skalny, nieco mniejszy od tego przy Bondi, jednak jest darmowy.

spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney

No i nareszcie docieramy do kultowej plaży Bondi.

spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney spacer-bondi-coogee-sydney


I jak wrażenia? Wybralibyście się na taki spacer z Coogee do Bondi?

 

 

DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 32

Kolejny tydzień w drodze na północ Australii. Posuwamy się powoli, próbując delektować się każdym dniem. Jesteście ciekawi jak wygląda codzienne życie w podróży? Co można zobaczyć w północnym Queensland? Jak żyje się w aucie? Zapraszam na najnowsze dzienniki z podróży!


DZIEŃ 224 – 7.2.2018

Budzik dzwoni o 6, jednak jakoś ostatnio śpi mi się tak dobrze, że nastawiam drzemkę, a potem go nieświadomie wyłączam i budzę się zaraz przed 7. Warto dodać, że zasnęłam o 21:30, więc jak widać klimat mi służy!

Spaliśmy przy otwartych klapach w namiocie, zostawiliśmy jedynie część z moskitierą. Kiedy więc otwieram oczy widzę ocean i tę niesamowicie turkusową wodę. To właśnie szum oceanu tak mnie otulił do snu.

Poranek mija nam standardowo, czyli ja zajmuję się śniadaniem, Arek zwija namiot. Czas i tak mamy całkiem niezły, bo przed 8 wyjeżdżamy w stroję miasta. Jedziemy do biura, w którym rezerwujemy miejsce na promie, wykupujemy pozwolenie na jazdę po plaży i kemping na Fraser Island. Hej! Już za parę chwil będziemy na największej na świecie wyspie piaskowej!

Wstępujemy do sklepu, robimy zapasy jedzenia i wody, a Arek w międzyczasie testuje auto. Pamiętacie jak wczoraj pisałam, że coś nam zaczęły szwankować biegi, które pozwalają przełączyć tryb jazdy na 4 na 4? Arek próbował rano, wszystko działało. Próbuje teraz, nie działa. Na wyspie piaskowej, gdzie nie ma żadnych dróg, a poruszać się można wyłącznie autami z napędem na cztery koła to może być problem… Jedziemy do mechanika, który stwierdza, że to wina kabla. On oczywiście takiego nie ma, ale daje nam namiar na sklep i mechanika w Gympie (jakieś 50 minut jazdy od nas). Dzwonimy, ten też nie naprawi, daje namiar na kogoś w Harvey Bay (jakieś 2 godziny jazdy od nas). Ten mówi, że musi zrobić najpierw diagnostykę.

Po krótkiej naradzie stwierdzamy, że odpuszczamy i oddajemy bilety. Cóż, najwidoczniej tak miało być. Smutno nam jak cholera, ale co zrobić? Nic na siłę.

Lądujemy w tej samej kawiarni co wczoraj, aktualizujemy CV i zaczynamy wysyłać pierwsze aplikacje o prace na północy. Trzymajcie kciuki, żeby ktoś się odezwał!

Kiedy zbliża się 13 pakujemy komputery i ruszamy z powrotem na nasz kemping. To nasze małe pocieszenie po nieudanej wyprawie na Fraser. Zajadamy arbuza, kąpiemy się w oceanie, opalamy się. Ja potem piszę, Arek czyta, bo wciągnął się w Bechawiorystę Mroza i stracił kontakt z rzeczywistością.

Kolejna kąpiel w oceanie, obiad, odpoczynek, a potem długi spacer przy zachodzie słońca na sam koniec półwyspu. Nadal nie mogę się nadziwić jak tu pięknie…

DZIEŃ 225 – 8.2.2017

Wstajemy skoro świt, tym razem nie ma wymówek, a tym bardziej drzemek. Przed 8 musimy być w Tin Can Bay, a czeka nas jakieś 40 minut jazdy. Jesteśmy już coraz sprawniejsi w rozkładaniu i składaniu całego majdanu. Szybkie śniadanie i w drogę. Ostatni raz spoglądam na naszą plażę i jedziemy.

Na koniec półwyspu docieramy nieco przed 8. Zastanawiacie się pewnie, gdzie nam się tak spieszy? W Tin Can Bay jest maleńkie centrum prowadzone przez wolontariuszy, w którym co rano odbywa się karmienie delfinów. Kiedy przyjeżdżamy w małej zatoczce pływają już 3 delfiny. Wchodzimy po kostki do wody i wysłuchujemy historii wolontariuszy, którzy chętnie opowiadają o tych niezwykle sympatycznych stworzeniach.

Prawo zabrania dotykania dzikich delfinów, tak więc nawet wolontariusze stoją z rękoma skrzyżowanymi ponad wodą. Jako że te akurat delfiny przypływają tu od lat wiedzą czego się spodziewać, więc popisują się na całego. Ocierają się o nogi, robią fikołki, ruszają pyszczkiem.

Kiedy przychodzi moment karmienia, wszyscy wychodzimy z wody i kierujemy się do małego okienka odebrać rybki, którymi będziemy karmić delfiny. Każdy po kolei wchodzi do wody i delikatnie podaje delfinowi rybę. To wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy, ale niesamowite było to uczucie, gdy było się tak blisko.

Potem siadamy z boku i obserwujemy jak wolontariusze karmią delfiny resztą rybek z ich dziennego przydziału. Są tu trzy dorosłe okazy i jeden maleńki – najbardziej uroczy. Kiedy jedzenie się skończyło delfiny powoli odpływają, a my pozostajemy na brzegu jeszcze przez chwilę z uśmiechem na ustach.

Tin Can Bay jest pięknie położone, dużo tu też łódek usianych w marinie. Aż chciałoby się zostać nieco dłużej, lecz jeśli będziemy jeździć w takim tempie to nigdy nie dojedziemy do Cairns.

Kolejny przystanek w Maryborough. Najpierw zaliczamy szybki, gorący i w dodatku darmowy prysznic, a potem niespiesznie ruszamy odkrywać to miasto. Już gdy przejeżdżaliśmy jego ulicami wiedzieliśmy, że nam się tu spodoba. Stare, poindustrialne budynki z końca XIX wieku to miła odmiana po tych wszystkich „nowych” australijskich miastach, które odwiedziliśmy do tej pory. Akurat dzisiaj w mieście odbywa się targ, więc to właśnie tam kierujemy swoje kroki. Warzywa, owoce, miód, skórzana galanteria, ale także niemiecki wurst czy wypatrzona polska kapusta kiszona w słoiku!

Dopada nas pierwszy głód, więc decydujemy się na kawałek grillowanego ananasa z domowym karmelem i kokosem… Niebo w gębie!

Leniwie spacerujemy, co rusz przystajemy, bo przy wielu budynkach są tabliczki z historią danego miejsca. Trochę przypomina mi to miasteczko z amerykańskiego westernu. Zaglądamy do miejscowego second handu, idziemy nad rzekę, która jest tu wyjątkowo zamulona i wygląda niezbyt atrakcyjnie. Na koniec postanowiliśmy zajrzeć do pubu, który mieści się w starym hotelu. Na wysokich krzesłach barowych siedzi śmietanka towarzyska miasta, no i należy dodać że swoim przyjściem wzbudzamy spore zainteresowanie, a przy okazji zaniżamy również średnią wieku.

Zamawiamy po piwku i siadamy przy barze. Zaraz zaczynają się pierwsze pytania i tak oto nawiązujemy dialog nie tylko z barmanką, ale i z panami w wieku mojego dziadka. Przestrzegają przed krokodylami, polecają grę w zdrapki i chwalą za rozmiar pitego piwa. Czas się tu zatrzymał. Na ścianach wiszą tablice z wynikami lokalnych rozgrywek piłkarzyków i bilarda, w kącie stoją maszyny do gry, a ceny piwa tylko zachęcają do częstego spożycia.

Z bólem serca wychodzimy, ale żegnamy się jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi.

Maryborough zdecydowanie zapamiętamy na długo, ale nie macie wrażenia jakby zbyt długo nie było nas nad oceanem? Ja tak właśnie czuję, więc jedziemy do Hervey Bay, w którym rozkładamy się na ławeczkach i na szybko przygotowujemy kanapki z oliwkami, pomidorkami i szpinakiem. Głód zaspokojony, więc czas na mały spacer. Wzdłuż wybrzeża ciągnie się ścieżka rowerowa, a przy niej mnóstwo atrakcji dla dzieciaków. Kreatywne place zabaw, darmowy park wodny, wszędzie są ławeczki, grille, a po drugiej stronie ulicy ciągnie się sznur kawiarni, restauracji i sklepików.

Dopada nas jakieś ogólne zmęczenie, więc rozkładamy kocyk w cieniu i zarządzamy półgodzinną drzemkę. Idealne, leniwe, wakacyjne popołudnie, nieprawdaż?

Po drzemce jedziemy w kierunku mariny po drodze zatrzymując się przy molo. Urangan Pier był przedłużeniem sieci kolejowej i służył przede wszystkim do transportu ładunków z i na statki. Wyobrażacie sobie, że molo mierzyło ponad kilometr, a dokładnie 1107 metrów? W 1985 roku molo zostało zamknięte a 239 metrów mola zostało zburzonych. Miejscowa ludność się zbuntowała i Urangan Pier został przekazany urzędowi miasta.

Z mola rozpościera się piękny widok na okoliczne plaże, gdzieniegdzie odważni próbowali swoich sił na windsurfingu, a po wzburzonej tafli wody dryfowały pelikany. Wiatr dawał nieźle w kość i dojście na sam koniec mola wcale nie było łatwe.

Szybki przystanek w marinie i już nas nie ma. Jedziemy, bo słońce już zachodzi, a przed nami jeszcze kawał drogi. Docieramy już po zmroku, ale dobrą wiadomością jest światło w toaletach! Dziś taki luksus, proszę państwa. Stoimy na parkingu w parku, rozkładamy namiot, ja zajmuję się kolacją, a potem przy herbatce, pod gwiazdami oboje czytamy. Dobranoc!

DZIEŃ 226 – 9.2.2017

Wstajemy w miarę wcześnie, pakujemy torby i idziemy na basen. Stwierdziliśmy, że trening + ciepły prysznic w cenie $2,50 to dobra inwestycja. Kiedy docieramy okazuje się, że na basenie od rana panuje ruch, bo za kilka chwil rozpoczną się lekcje zumby w wodzie. Długo nie myśląc zapytałam prowadzącej czy mogę dołączyć i tak kilka chwil później wywijałam w wodzie z roześmianymi kobietami w wieku mojej babci. Te zajęcia to darmowa inicjatywa urzędu miasta. Bawiłam się wyśmienicie, przy tym pogadałam sobie z niezwykle sympatycznymi i otwartymi paniami, które gorąco mnie zapraszały na kolejne zajęcia. To wszystko wydawało mi się tak nierealne. Ja, rzucona gdzieś w przypadkowym miejscu na mapie Australii, ćwiczę zumbę o 8 rano. Tak mnie to naładowało pozytywną energią, że uśmiech nie schodził mi z ust przez resztę dnia.

Po gorącym prysznicu (hej! Nałożyłam nawet odżywkę na włosy!) zmierzamy do pobliskiej kawiarni, która położona jest we foyer kina. Arek zamawia kawę, a my w międzyczasie wchodzimy do The Paragon, w którym raz na miesiąc organizowane są projekcje filmowe. Na początku lat 60. kino kupiło małżeństwo – Marietta i Carmelo Riccardi, którzy prowadzili biznes aż do 1998 roku, kiedy to ze względu na wiek nie byli w stanie sami puszczać filmów. W 2007 roku Merissa, wnuczka Riccardich odkupiła od nich kino i od tego czasu wraz z mężem remontują budynek. W foyer otworzyli wspomnianą kawiarnię, w której serwują genialną kawę (kawy nie lubię, a posmakowałam od Arka i powiem Wam, że była to pierwsza kawa jaką kiedykolwiek spróbowałam i mi smakowała), domowe ciasta czy śniadania. Raz w miesiącu puszczają klasyki kina i tak 17 lutego odbędzie się projekcja Pretty Women! Oczywiście moje koleżanki z zumby siedzą przy stoliczkach na zewnątrz i żwawo do mnie machają.

Czas opuszczać Childers, choć muszę przyznać, że to na  takie właśnie doświadczenia najbardziej liczyłam podczas tej podróży. Przed nami prawie dwugodzinna droga, więc nie ma na co czekać. Stajemy w Bundenburgu żeby zatankować auto i ruszamy dalej, choć żałuję, że nie stanęliśmy i nie zrobiliśmy sobie zdjęcia z wielką butelką ginu. Bundaberg słynie, po pierwsze z produkcji wspomnianego trunku oraz oranżad, w takich charakterystycznych, beczułkowatych buteleczkach dostępnych w całym kraju. My jednak sprawnie przejeżdżamy przez most, gdzie rzeka wygląda naprawdę pięknie i przez ułamek sekundy można było pomyśleć, że jesteśmy w Europie.

Następny przystanek w miejscowości 1770. Zdziwieni? Ano nazwa dosyć charakterystyczna i na wielu znakach oznaczona jest jako Town of 1770, choć oficjalnie miasto to nazywa się Seventeen Seventy. Miasto to mieści się między Zatoką Bustard a Morzem Koralowym i dziś trafiło na szczyt mojej australijskiej listy rzeczy wartych zobaczenia. Seventeen Seventy to maleńkie, ale niezwykle malownicze miasto, w którym w roku 1770 Kapitan Cook postawił stopę. Spokojna, turkusowa woda, biały piasek, masywy górskie w tle… Z takim właśnie widokiem jemy lunch przygotowany na szybko na ławce zaraz przy plaży. Potem chwila orzeźwienia w wodzie, wylegiwanie się na słońcu i z powrotem lądujemy w aucie. Podjeżdżamy jeszcze na punkt widokowy, z którego rozpościera się widok na całą zatokę. To naprawdę jeden z piękniejszych widoków jakie przyszło mi oglądać w Australii.

Oboje potrzebujemy na chwilę skorzystać z Internetu, wysłać kilka CV, odpisać na maile, więc jedziemy do biblioteki w Agnes Waters. O 17 zamykają dlatego dokładnie o tej porze wychodzimy i ruszamy w dalszą drogę. Do naszego miejsca noclegowego zostało nam ponad 100 km, więc jedziemy.

Po drodze mijamy malownicze pola, zielone góry, pastwiska. Obrazek jak z polskiej wsi. Docieramy jeszcze przed zachodem słońca, ja w ekspresowym tempie przygotowuję makaron na kolację, Arek rozkłada namiot. Wieczorna rutyna.

Po kolacji odpoczynek z książką w ręku, a potem łączymy się na Skypie z rodziną.

DZIEŃ 227 – 10.2.2017

Jakiś dziwny był ten dzień. Ani za dużo nie zrobiliśmy, ani za daleko nie zajechaliśmy. Rano odbywamy kolejny rodzinny telefon, a potem jedziemy prosto do Gladstone. W planach mamy pracę w bibliotece – wysyłanie CV, ogarnięcie paru blogowych spraw i generalny research co powinniśmy zobaczyć w okolicy.

Poranek mija bardzo pracowicie, wychodzimy tylko na szybki lunch, a po powrocie zastajemy tak wolny Internet, że nie da się totalnie nic zrobić. Nieco przymuszeni jedziemy do McDonalda, a tam nie ma kontaktów. W następnym nie ma wi-fi (akurat dzisiaj nie działa!), a w ostatnim również nie ma kontaktów.

Stwierdzamy, że pojedziemy do Rockhampton, tam na pewno będziemy mogli spokojnie popracować. Zastajemy dokładnie to samo – brak kontaktów + brak wi-fi. Dacie wiarę, że już po 17? Jedziemy na kemping, bo i tak wystarczająco czasu zmarnowaliśmy. Mówię Wam, jakiś totalnie dziwny i bezproduktywny był ten dzień…

Chociaż miejsce kempingowe okazało się pięknie. W szczerym polu, za lokalnym pubem, pod niebem usianym gwiazdami i drogą mleczną. Matka Natura czarodziejka!

DZIEŃ 228 – 11.2.2017

Wstaję skoro świt, bo już przed 6 budzę się wyspana i pełna energii. Czytam, a przed 7 zaczynam się krzątać i przygotowuję dla nas śniadanie. Termometr już wskazuje 26 stopni, a później ma podskoczyć aż do 40… Boję się!

Kiedy tak sobie spokojnie jemy podchodzą do nas konie. Całe szczęście, że mamy marchewkę, więc oboje z radością karmimy zwierzaki.

Zwijamy manatki najszybciej jak potrafimy, bo pot nam leci nie tylko z czoła. Szybki prysznic w parku (poważnie, w parku poprowadzono wąż, słuchawkę przymocowano do drzewa i jest prysznic!) i jedziemy do ogrodów botanicznych i zoo w Rockhampton. Wiecie, że urokliwie nazywane Rocky jest australijską stolicą wołowiny? Widać to nie tylko w trakcie jazdy, gdy mijamy liczne pola, na których pasą się brązowe bądź białe krowy, ale również w samym mieście, gdzie na każdym kroku znajdują się ogromne statuetki krów.

Zoo i ogrody botaniczne zaliczamy ekspresowo, bo mimo, że jest dopiero koło 9 to nawet cień nie daje ukojenia. W zoo przywitaliśmy się z koalą, mnóstwem kangurów, krokodylami, kolorowymi papugami i jaszczurkami. W ogrodzie botanicznym zresztą mogliśmy podziwiać kolorowe papużki na wolności.

No to jak? Jedziemy? Przed nami najdłuższy odcinek od kiedy wyjechaliśmy – prawie 400 km. W połowie drogi zatrzymujemy się na szybki lunch, w przydrożnej rest area. Oboje czujemy się słabo, od rana wypiliśmy łącznie ponad 4 litry wody. Czy ja Wam wspominałam, że w naszym jeepie nie działa klimatyzacja? No i właśnie w tym tkwi problem… Naprawa klimatyzacji kosztuje $2500, a za auto zapłaciliśmy $3500.

Postanawiam się przełamać i zmieniam Arka za kierownicą. To mój trzeci raz za kółkiem jeepa. Raz jeździłam 3 minuty po parkingu, raz 10 minut w Byron Bay, no i dzisiaj. W zeszłym roku postanowiłam, że muszę zacząć przełamywać swoje strachy, bo niestety jazda samochodem zawsze przyprawia mnie o spory stres i raczej jej unikam. Stwierdziłam, że muszę zacząć z tym walczyć i muszę zacząć częściej jeździć, aby nabrać wprawy i pewności siebie. No więc jest okazja! Przed nami 160 km prosto. I powiem Wam, że nawet mi się spodobało! Arek miał chwilę dla siebie, mógł odpocząć, poczytać. Zmieniamy się już przed Mackay, bo na jazdę po ruchliwym mieście jeszcze nie jestem gotowa, ale wiem, że to kwestia czasu.

Gorąc dał nam się mocno we znaki, więc decydujemy się na chwilę odpoczynku. Już późno dlatego większość kawiarni jest już dawno pozamykana, zostaje nam McDonald. Matko jak dobrze pobyć w klimatyzowanym pomieszczeniu…

Oboje pracujemy a przed 18 zbieramy się i jedziemy na pole kempingowe. Tym razem lądujemy na pięknym, zielonym terenie przy małym hoteliku. I jak co wieczór wpadamy w rutynę – ja gotuję, Arek rozkłada namiot. Potem kilka telefonów do bliskich i pora spać!

DZIEŃ 229 – 12.2.2017

Kolejny dzień rozpoczynamy od porannej rutyny, która już nam weszła w krew. Śniadanie, herbata, składanie namiotu, stoliczka, krzeseł. Kończą nam się zapasy wody, więc wjeżdżamy do Woolwortha w miejscowości i uroczej nazwie „Marian” i jedziemy w kierunku Cape Hillsbourough. To park narodowy, w którym na plaży można spotkać kangury! Bywa to jednak o wschodzie i zachodzie słońca, więc jak się domyślacie żadnego nie widzieliśmy. Zastaliśmy za to bezludną plażę w rajskimi widokami. Piasek jakoś dziwnie się tu mienił, był ciemniejszy niż zwykle, za to szczególnie przy brzegu drobinki jakby brokatu odbijały słońce. Niezbyt mocno wieje, więc Arek  chwyta za drona, ja za Kindla i kocyk i kładę się na mocno już rozgrzanym piasku. Na plaży pod palmami leży kilka rozłupanych kokosów, na horyzoncie widać też maleńką wyspę, do której podczas odpływu można dojść, bo odsłania się wąska ścieżka. Teraz w trakcie przypływu nie ma mowy o przejściu dalej, więc pozostaje podziwiać ją z brzegu. Po kilku minutach jestem już totalnie ugotowana, wchodzę do oceanu, ale tylko po kostki. Znaki przy wejściu ostrzegające przed meduzami i krokodylami jakoś zbyt mocno utkwiły mi w głowie.

Po półgodzinie wskakujemy pod prysznic przy plaży i nieco orzeźwieni ruszamy w drogę do Airlie Beach. Kiedy tylko dojeżdżamy, oboje wydajemy z siebie ochy i achy, szczególnie gdy jedziemy pod górę a na horyzoncie pojawia się marina. Białe statki majestatycznie odbijają się w krystalicznej, turkusowej wodzie. Samo miasteczko wypełnione jest po brzegi turystami, podobno to wynik nadchodzącego chińskiego nowego roku. W brzuchach nam burczy, więc postanawiamy pierwsze kroki skierować ku sklepikowi z fish&chips. Kalmary to jedyny rarytas, dla którego zapominam o diecie. Z kalmarami i frytkami zawiniętymi w gazetę siadamy w cieniu z widokiem na ocean. Poważnie, woda tutaj ma tak turkusowy kolor, że trudno oderwać od niej wzrok.

Po obiedzie zaglądamy do kilku biur podróży i kiedy już wybraliśmy wymarzoną wycieczkę na Whitehaven Beach zaglądamy do Airlie Beach Lagoon – darmowych basenów położonych zaraz przy oceanie. Oj jak dobrze! Mówię Wam, ja fanka upałów i słońca, powoli zaczynam odczuwać minusy takiej pogody. Najbliższy wolny termin na wycieczkę, która podobała nam się najbardziej był w czwartek, a niestety przy Airlie Beach darmowych kempingów nie ma wcale, więc musieliśmy wybrać płatne pole. Trafiamy w internecie na Taylorwood Park oddalony 20 km od Airlie Beach, gdzie opłata za nocleg wynosi $20 za dobę. 

Kiedy już nieco ochłodziliśmy się w basenie, poszliśmy na spacer do mariny. Słońce już powoli zachodziło, więc i temperatura stała się znośniejsza. To co? Jedziemy na kemping?

Dostajemy całkiem fajne miejsce, gdzie możemy zaparkować i rozłożyć nasz namiot. Pod palmami skąd dosłownie minutę pieszo znajduje się basen. Jemy szybką kolację i wskakujemy do wody. Słońce już zaszło, a my choć przez chwilę poczuliśmy się jak na wakacjach.

DZIEŃ 230 – 13.2.2017

Ostatnio postanowiłam, że będę starać się pisać dzienniki na bieżąco, więc robię sobie herbatę (mimo tej temperatury nadal lubię zacząć dzień od zielonej herbaty) i zaczynam pisać. Kiedy kończę, oboje wskakujemy do basenu! Taki początek dnia to ja rozumiem!

Potem gonią nas obowiązki i konieczność znalezienia pracy dlatego lądujemy znów w McDonaldzie. Jak widzicie musimy sprawnie żonglować czasem i dzielić go pomiędzy zwiedzanie, odpoczynek, pracę i szukanie nowej pracy.

Koło 15 pakujemy się i jedziemy w kierunku Cedar Creek Falls, które znajdują się zaledwie kilka minut od naszego pola kempingowego. Niestety przez to, że mamy środek lata a temperatury są bardzo wysokie z wodospadów ledwo kapie. Cóż, i tak jest przepięknie a my nie jesteśmy w stanie się powstrzymać od orzeźwiającej kąpieli.

Wieczorem gramy w bilarda i lotki, pakujemy torby, bo w międzyczasie dzwoniono do nas z biura podróży i ktoś zrezygnował, więc jednak jutro płyniemy na Whitehaven Beach!


Kolejny tydzień z drodze za nami. To naprawdę piękne uczucie być w drodze, czuć, że niewiele Cię ogranicza. Z każdym dniem zakochuję się w tym kraju coraz bardziej.