Tag: dzienniki z podróży

DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 19

Kolejny tydzień oznacza kolejne dzienniki! Zapraszam na relację z naszej australijskiej rzeczywistości. Ciekawi jak wygląda życie w Brisbane? Chodźcie będą randki, odpoczynek i małe przyjemności.


DZIEŃ 126 – 1.11.2017

W Polsce wolne, tutaj dzień jak co dzień. Myśli uciekają w stronę bliskich, ale nie daję się melancholii. W przerwie lecę po sushi rollki, siadam na trawie i czytam książkę. Oczyszczam umysł i korzystam z ciepłych promieni słońca. W biurze mam klimatyzację, więc z przyjemnością wygrzewam się na słoneczku.

W pracy dostaję smsa, Arek zaprasza na randkę niespodziankę. Jak się dostaje taką propozycję to nie zastanawia się dwa razy. Wracam do domu, jemy kolację i idziemy nad rzekę po miejskie rowery. Jedziemy do kina na film Georga Clooney’a Suburbicon. W rolach gównych Matt Damon i Julianne Moore. Mocno przerysowany obraz amerykańskiego społeczeństwa. Ale film mi się podobał, polecam!

A potem idziemy do ulubionego pubu na zimny cydr i frytki z aioli z nerkowców… Chcę umieć sama zrobić taki sos! Wieczorna przejażdżka nad rzeką to idealne zakończenie dnia.

DZIEŃ 128 – 3.11.2017

A dziś zaczęłam świetną książkę, którą dostałam od wydawnictwa Wielka Litera „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia”. Zapowiada się super! Takie slow life w japońskim wydaniu. Wciągam się i naprawdę trudno mi wrócić do pracy… Ale jeszcze kilka godzin i weeeeekeeeeend!

Wracam i już zgodnie z piątkowym rytuałem włączam sobie Chirurgów. A potem pracuję nad Przewodnikiem. Nudziaaaara ze mnie, co? Jak Wy spędzacie piątkowe wieczory?

DZIEŃ 129 – 4.11.2017

Nareszcie ta moja długo wyczekiwana sobota. Mówię Wam, od kilku tygodni trudno mi było złapać oddech. Śmieję się, że piszę bloga o życiu w rytmie slow, a ostatnie kilka miesięcy to istny roller coaster bez trzymanki. Organizm czasami błaga mnie o to żebym zwolniła. Więc cieszę się, że w ten weekend nie mamy planów wyjazdowych, Arek pracuje, a ja będę miała chwilę dla siebie.

Tak więc w sobotę, kiedy miałam sobie bezkarnie pospać, budzę się o 5:45 i nie udaje mi się już zasnąć. Uwielbiam pracować rano, gdy w domu jest cicho, ja potrafię się skupić i nic mnie nie rozprasza. Piszę nowy wpis, ogarniam komentarze, robię smoothie. Potem zabieram się za ćwiczenia, Arek wymienia olej w aucie. Zjadamy owsiankę na tarasie, a na zewnątrz temperatura koło 10 wynosi już jakieś 30 stopni. Siedzimy i się topimy. A ja w związku z tym, że nie miałam ostatnio czasu na relaks w kuchni, zabieram się za lasagne. Tym razem będzie ze szpinakiem, pieczarkami, sosem pomidorowym i beszamelem. Obiad zjadamy na dole, gdzie chociaż trochę dosięga nas wiatr. Otwieramy zimne piwko i oglądamy Belfra. A potem bezkarnie ucinam sobie drzemkę. Robię dziś wszystko co normalnie wzięłabym za niedopuszczalne! Totalnie odpuszczam i tyle.

Czytam książkę, oglądam serial, pracuję nad Przewodnikiem. I wcześnie idę spać.

DZIEŃ 130 – 5.11.2017

Wstajemy koło 8, jemy domowy chleb z humusem własnej roboty i jedziemy na targ po szybkie warzywno-owocowe zakupy. Potem Arek mnie wyrzuca na West Endzie, a sam jedzie do pracy. Dziś randka ze sobą! Zapomniałam jak to lubię i jakie to potrzebne. Najpierw zaglądam do ulubionych second handów. Ten sklep, który działa na zasadzie komisu jest tak świetnie urządzony, że uwielbiam tu wracać. Przymierzam strasznie fajne Levisy i spódniczkę z Wranglera, ale cena mnie powstrzymuje.

Zahaczam też o rewelacyjną księgarnię wypełnioną od podłogi po sufit książkami. Natrafiam na kilka interesujących pozycji o typografii. Potem idę do mojej ulubionej knajpki. Dziś decyduję się na zielone smoothie z bananem, miętą, zieleniną i wodą z młodego kokosa. Do tego dużo lodu. Dziś znów słońce praży od rana! Siadam w cieniu w ogródku, rozkoszuję się smakiem smoothie i otwieram najnowszy numer Frankie. Nigdzie się nie spieszę, przeglądam ciekawe artykuły. Strasznie lubię ten magazyn, nie tylko za dobre teksty, ale również piękną szatę graficzną. Kiedy czuję, że już czas się ruszyć zmierzam wolnym krokiem w stronę South Banku i idę do Queensland Art Gallery. Mają tu bardzo fajne wystawy odnoszące się do historii, nie tylko Queensland, ale również i Australii. Muzealny sklepik pełen jest inspirujących książek, które jakbym mogła to wykupiłabym wszystkie. I wiecie co jeszcze tu mają? KLIMATYZACJĘ.

Wracam na South Bank, spaceruję leniwie wzdłuż rzeki, ląduję na basenie miejskim, zanurzam opuchnięte od ciepła nogi w wodzie, obserwuję szczęśliwych ludzi dookoła i żałuję, że nie założyłam stroju. Kiedy zaczyna doskwierać mi głód wsiadam na prom i zmierzam w kierunku domu. Dziś odgrzewam wczorajszą lasagne, włączam sobie serial na Netflixie (na tapecie You Me Her), a potem zabieram się za pisanie tekstów na blogu.

Kładę się spać wypoczęta, szczęśliwa i zadowolona z tego, że mogłam zwolnić. Bez wyrzutów sumienia!

DZIEŃ 131 – 6.11.2017

Jakiś wcale nie straszny ten poniedziałek. Poważnie, lubię to w mojej pracy, że dzień mija w niej tak szybko, że nawet nie ogarniam. Arek dziś pojechał z kolegą nad ocean posurfować, więc kiedy wracam, zabieram się za szybkiego stir fry’a (matko, wyszedł tak genialny, że muszę go powtórzyć i na pewno się podzielę przepisem). Jedzenie pakuję do pojemników i kiedy tylko Arek wraca porywam go na kolację na świeżym powietrzu. Mieszkamy zaledwie 4 km od pięknego punktu widokowego, z którego widać całe miasto jak na dłoni. Ciemno już, bo przypomnę Wam, że mimo wiosny słońce zachodzi tu po 18, ale z przyjemnością rozkładamy się na kocyku, wyjmuję przemycone wino i jedzenie. Dobrze czasami tak się zresetować po całym dniu. Naprawdę nie trzeba cudów, ogromnych planów i dalekich wyjazdów by się zrelaksować i zwolnić. Kiedy ostatnio zrobiliście coś takiego?

Po powrocie dzwonimy do mojego taty (raz jeszcze wszystkiego najlepszego, tato!) odpalamy Watahę i odpływam.

DZIEŃ 132 – 7.11.2017

Dzień jak co dzień, choć dla Australijczyków dziś bardzo ważny dzień. Melbourne Cup to jedno z ważniejszych sportowych wydarzeń w tym kraju. Całe moje biuro przystanęło na chwilę po 14-ej, poszło oglądać wyścigi, każdy przyniósł jakąś przekąskę, były też zakłady. Mówię Wam, duża sprawa! Jeśli macie ochotę poczytać o świętach w Australii to zobaczcie na bloga Karoliny, w którym naprawdę dobrze wyczerpała temat.

A ja po powrocie z pracy mijam jeszcze Arka, co jest dosyć rzadkie. Szybko nadrabiamy zaległości, opowiadamy jak nam minął dzień. Arek już prawie skończył kolejną stronę i każda kolejna jest coraz lepsza!

Kiedy wychodzi, ja wyrabiam ciasto na chleb i zostawiam do wyrośnięcia i zabieram się w międzyczasie za ćwiczenia. Dziś na spokojnie Skalpel, potem gorący prysznic, maseczka na włosy, maseczka na twarz, chleb do piekarnika. Multitasking jak się patrzy!

A potem siadam, włączam spokojną muzykę i piszę do Was!


Jak Wam się podoba w Brisbane? Jak widać wcale nie trzeba jechać daleko żeby spędzić miło tydzień!

DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 17

Kolejny tydzień, kolejne doświadczenia, kolejne wspomnienia. Trochę o Brisbane, trochę o naszych przygodach, dużo o życiu w Australii. Gotowi na kolejne dzienniki z podróży?


DZIEŃ 112 – 18.10.2017

Wiecie co? Ta pogoda za oknem staje się coraz bardziej przygnębiająca. Deszcz, deszcz, mgła, deszcz. Totalnie angielska pogoda! Jak to się stało, że skubana dotarła aż do Australii?

Pakując się w moją 20 kg walizkę jakoś umknęła mi kurtka przeciwdeszczowa, tak więc jedynym okryciem, które ma kaptur jest moja kurta zimowa. Hm, więc noszę ją na uparciucha, dlatego podczas przerwy na lunch idę kupić parasol. Ale oczywiście nie ma porządnych parasoli, które można złożyć i wrzucić do plecaka. Rozglądam się też za prezentem urodzinowym dla Arka i tak oto przypadkiem w sklepie z rzeczami na kamping wpadam na promocję promocji kurtek przeciwdeszczowych z North Face’a. Czarna, prosta, przewiewna, przeciwdeszczowa i z kapturem. Przeceniona z $229 na $129. No i tak właśnie stałam się właścicielką nowej kurtki.

Prezent dla Arka też kupiłam, ale jeszcze Wam nie mogę zdradzić co to!

W pracy dziś przygotowano niespodziankę dla osób, które w ostatnim czasie miały urodziny. Był tort, zdmuchiwanie świeczek i hihih niezdrowe przekąski! Naprawdę trafiłam na rewelacyjny zespół i mimo, że moja praca do najlżejszych nie należy, to z uśmiechem na ustach codziennie chodzę do pracy. Wciąż jednak ubolewam nad dojazdami, ale w takich momentach zapomina się o wszelkich utrudnieniach.

Wracam do domu, ale tym razem jeszcze odpuszczam trening. Kurczę, te trampoliny nieźle dały mi w kość. Za to zabieram się za domową produkcję mielonych kalafiorowych, które oboje z Arkiem kochamy, kończę poprzednie dzienniki, które lądują na blogu i siadam do nauki nad InDesignem. Udało mi się skończyć pierwsze plakaty, które niedługo pojawią się do ściągnięcia na blogu.

DZIEŃ 113 – 19.10.2017

Dziś kolejna koleżanka z pracy ma urodziny, więc pierwszy raz od niepamiętnych czasów na przerwie kawowej zajadam ciasto. Red velvet. Jedliście kiedyś? To był mój pierwszy raz, ale ciacho było rewelacyjne!

Zwykle na przerwie staram się wyjść żeby się przewietrzyć i rozruszać, ale jakoś nie potrafię się ruszyć zza stołu w kuchni, kiedy mam ostatnie strony najnowszej części przygód Chyłki spod pióra Remigiusza Mroza. Długą przerwę miałam od kryminałów, ale nie mogłam się powstrzymać przed przeczytaniem Oskarżenia. 

Dziś Arek zaczyna na 18, więc nawet udało nam się na chwilę zobaczyć i próbujemy nadrobić zaległości przez te 10 minut, które spędzamy razem. We wtorek i środę, kiedy Arek wracał z pracy, ja już spałam, a kiedy ja wychodziłam, Arek jeszcze spał. Przypomina mi to czasy naszych początków w Anglii, gdy to ja pracowałam na zmiany i mimo, że mieszkaliśmy razem widywaliśmy się rzadko… Potem zabieram się za InDesigna, ale kiedy dopada mnie zmęczenie sięgam po książkę i kończę ją dobrze po 23… Będę jutro zombie!

W międzyczasie wrócił Arek i tym razem mamy dłuższą chwilę żeby po prostu porozmawiać. Takie sytuacje uczą doceniać nawet krótkie wspólne momenty.

DZIEŃ 114 – 20.10.2017

Ach, piątek, piąteczek, piątunio! Jak poprzedni tydzień mi się ciągnął, tak ten zleciał mi w okamgnieniu. Dziś cały poranek spędzam na szkoleniu, a popołudniu staram się pozamykać wiele spraw, więc ani się obejrzę, a już gnam do domu. Nawet mocno nie przeklinam kiedy spod nosa ucieka mi pociąg.

Siadam na ławce na peronie, wyciągam Kindla i zatapiam się w lekturze. Tym razem na tapecie David Airey i jego książka Pracuj dla pieniędzy, projektuj dla przyjemności. Strasznie lubię sposób pisania Davida, a także jego podejście do projektowania. David Airey prowadzi też bloga, na którym znajdziecie sporo ciekawostek jeśli interesuje Was ta tematyka. Jego pierwsza książka Love Logo Design otworzyła mi oczy na wiele istotnych aspektów związanych z projektowaniem, w szczególności identyfikacji wizualnej marki.

Ostatnie promienie słońca przyjemnie rozgrzewają po całym dniu spędzonym w klimatyzowanym pomieszczeniu. Jakoś wyjątkowo nie pada!

Dziś są Arka urodziny. Ja widzicie oboje jesteśmy urodzeni w październiku i dzieli nas zaledwie 5 dni różnicy. Rano zdążyłam jedynie złożyć Arkowi szybkie życzenia, ale na wieczór szykuję pyszną kolację. Prosecco już się chłodzi, wrzucam na szybko buraki do piekarnika, obieram ziemniaki i szykuję resztę składników. Dziś na stole królować będzie krem z buraka z mleczkiem kokosowym i placki ziemniaczane. To mój debiut jeśli chodzi o placki, zwykle ten przysmak królował u mnie w domu, a tata nie miał najmniejszej konkurencji. Jego placki miażdżą wszystkie inne placki świata.

Kiedy w końcu Arek dociera do domu otwieramy prosecco na tarasie, jemy, odbieramy urodzinowe telefony.

DZIEŃ 115 – 21.10.2017

Dziś pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu i nie nastawialiśmy budzików. Wstaliśmy wyspani i radośni dobrze koło 10. Jedynie dźwięk uderzających kropel o okna przypomina, że sezon angielskiej pogody jeszcze się nie skończył. Nie zniechęcamy się, ogarniamy w nieco leniwym tempie, wsiadamy do naszej fury (już od kilku tygodni zastanawiamy się nad imieniem dla naszego Jeepa, jakieś sugestie?) i jedziemy do Paddington na urodzinowe śniadanie. Wczoraj  nie mogliśmy zjeść śniadania razem, więc zrobimy to dzisiaj. Uwielbiam nieco przeciągać wszelkie okazje do świętowania.

Wylądowaliśmy w The Java Lounge, niezwykle przytulnej kawiarni, która przywodzi na myśli bistro, w którym pracowałam w Cambridge. Wygodne kanapy, stare stoły i krzesła, ciekawe menu, podobno rewelacyjna kawa (chyba byliśmy jedynym stolikiem bez kawy) i niezwykle przyjazna i pomocna obsłucha. Arek poszedł w klasykę i zamówił toasty z awokado z jajkiem w koszulce, ja miałam kolorowe i smaczne wegańskie śniadanie mistrzów. Tost z pieczoną dynią, awokado, fasolka, młody szpinak z pieczarkami i grillowane pomidory. Idealny początek dnia.

Wracamy do domu i po chwili przyjeżdżają do nas goście. Pamiętacie chłopaków, którzy gościli nas w Perth? Dobre dwa miesiące temu opuścili Perth i wyruszyli w podróż po północnej Australii, a teraz zjeżdżają od Cairns na południe aż do Sydney. Siadamy z zimnym piwkiem w ręku i fascynującym opowieściom nie ma końca. Chłopaki tylko podsycili mój apetyt, naprawdę chciałabym już wyjechać, poczuć wiatr we włosach i beztrosko podróżować i budzić się codziennie w nowym miejscu. Jeszcze trochę przyjdzie mi poczekać…

Kiedy Arek wraca z pracy ogarniamy się i udajemy się do Fortitude Valley, imprezowej dzielnicy Brisbane. W ciągu nocy zmieniamy kluby kilka razy, tańczymy, gramy w piłkarzyki (kto ze mną w drużynie ten przegrywa, kto chętny?). Aż nagle okazuje się, że jest 5 rano, a my dopiero lądujemy w łóżkach.

DZIEŃ 116 – 22.10.2017

Matko, za stara jestem na imprezowanie… Poważnie… Jak kiedyś funkcjonowanie/praca/studia nie bardzo mi przeszkadzały na następny dzień, tak teraz jestem wrakiem człowieka. Całe szczęście kac mnie ominął, jednak zmęczenie materiału daje o sobie znać. Cóż, budzę się już przed 11, wszyscy śpią, a ja zabieram się za sprzątanie. Jak widzicie całkiem normalna nie jestem. Robię pranie, segreguję śmieci, szykuję śniadanie, wypijam mocną herbatę. A potem siadam do komputera i piszę, jakoś wyjątkowo lekkie mam dziś pióro.

Arek budzi się o 14, jemy razem obiad i zanim się obejrzałam, a już musiał wyjść do pracy. Goście pojechali do miasta, dziś pogoda im sprzyja i po wczorajszym deszczu nie ma już śladu.

Czytam sobie najnowszy numer Frankie, trochę leniuchuję, aż nagle na Insta Stories Ani Ułanickiej mignęło mi, że ogląda Julie & Julia  i nachodzi mnie niewiarygodna ochota na ten film. Oglądam go jednak tylko do połowy, bo wracają goście z jeszcze dwójką gości. Ale mamy dziś wesoło. Poznajemy się z dwoma sympatycznymi Niemkami, dowiaduję się co tu robią, jak się wszyscy poznają… Ale koło 21 wszyscy padamy ze zmęczenia.

DZIEŃ 117 – 23.10.2017

Chłopaki podczas swoich opowieści podpowiadają nam najlepsze rozwiązania jakie podpatrzyli u swoich współpodróżników. Przez większość trasy jechali w kilkudziesięcioosobowym konwoju. Kilkanaście jeepów, kilkanaście narodowości, kilkaset dni, setki wspomnień. Podpowiadają nam jakie praktyczne rozwiązania sprawdzały się najlepiej. I padł temat namiotów na dach.

Temat ten już się u nas przewinął, jednak na początku ze względu na cenę (ok. $1000.00) odrzuciliśmy ten pomysł. Stwierdziliśmy, że zbudowanie łóżka w tylej części auta będzie tańsze. Jednak po wymianie argumentów za i przeciw, a także po obejrzeniu kilku filmików na YT stwierdziliśmy, że chyba jednak warto by było raz jeszcze to przemyśleć. Arek zaczął szperać i wynalazł outlet z rzeczami na kamping i właśnie w poniedziałek podjechał po mnie do pracy i pojechaliśmy zobaczyć to cudo.

No cóż, wystarczył jeden rzut oka, a potem porozumiewawcze spojrzenie żebyśmy wiedzieli, że już zdecydowaliśmy. Zachowawczo jednak powiedziałam, że musimy jeszcze poczytać opinie o tej firmie, rozejrzeć się i dopiero zdecydować. Trwała właśnie promocja na ten konkretny namiot, który dodatkowo miał przedsionek i cena $680.00 naprawdę przyspieszyła podjęcie decyzji.

Wracamy do domu, gdzie wyjątkowo czeka na nas ugotowana kolacja. Dziewczyny dziś w ramach podziękowania ugotowały dla nas wszystkich pyszny makaron z dynią i szpinakiem. Goście wprowadzili strasznie fajną atmosferę do domu, już zapomniałam jak lubię słuchać opowieści od innych podróżników, wymieniać się opiniami i najzwyczajniej na świecie wspólnie spędzać czas. Zaktualizowałam profil na Couchsurfingu i otworzyłam naszą kanapę na nowych podróżników.

DZIEŃ 118 – 24.10.2017

Długo nie trzeba było się zastanawiać. Arek podrzuca mnie do pracy, a potem jedzie po nasz nowy domek na dach! Matko, motyle w brzuchu szaleją. To będą nasze pierwsze własnościowe cztery kąty! Pełnowymiarowy materac, przedsionek, takie tam bajery.

Kilka dni temu kupiłam sobie nowe buty. Klapki z Birkenstocka, które męczę prawie codziennie od dobrych kilku miesięcy nie dość, że powoli zaczynają odczuwać skutki takiego intensywnego użytkowania, to może nie do końca są eleganckie. Ja to jestem raczej z tych, co uwielbiają skórzane, porządne buty, jednak ostatnio budżet nie pozwala na większe wydatki, więc kiedy w oko wpadają mi buty za $15.00, postanawiam zaryzykować. Ale wiecie co? One są… różowe!

W pracy jakieś 15 osób zwróciło mi uwagę i skomplementowało moje butki. Są na niewielkim obcasie, więc spokojnie daję radę wytrzymać w nich cały dzień w pracy. Są pastelowo różowe i fajnie podkreślają moje proste, raczej stonowane stylizacje. Dobrze zainwestowane $15.00!

Wracam do domu, odpalam Bikini i lecę z koksem, bo lato i plażowanie coraz bliżej. Wiecie, znów się zważyłam i wygląda na to, że od przybycia do Australii straciłam 5kg. Myślę, że duże znaczenie ma tu zmiana diety na wegańską, dużo ruchu w pracy, powrót do ćwiczeń i rezygnacja ze śmieciowego jedzenia. Wiadomo, jak każdy miewam cheat meale, ale pogodziłam się z tym. Kiedyś miałam niezbyt zdrową relację z jedzeniem i często po małych żywieniowych wpadkach miałam napady bólu żołądka. Jestem pewna, że miało to dużo wspólnego z tym, jak się odżywiałam, ale również z tym co o tym myślałam. Stres i presja wcale nie pomagały. Teraz pozwalam sobie na małe odstępstwa, traktuję je jak coś naturalnego. Myślę nad nowym wpisem z cyklu #projektdzik, ale nie wiem kiedy uda mi się usiąść i spisać wszystkie przemyślenia. Macie jakieś sposoby na rozciągnięcie doby? Będę wdzięczna za wszelkie sugestie!

Wieczorem zasiadam do InDesigna i powstają pierwsze strony nowego Przewodnika, który już niedługo ujrzy światło dzienne!

PS. Jeśli chcecie być na bieżąco z tym co u nas w trawie piszczy koniecznie zaglądajcie na moje Insta Stories.

PS 2. W poniedziałek znów poleci do Was newsletter prosto z Australii. Jeśli jeszcze nie ma Was na liście mailingowej, możecie zapisać się tutaj.


Kolejny tydzień przygód za nami. Aż trudno mi uwierzyć, że za chwilę listopad. U nas robi się coraz cieplej, więc naprawdę mam wrażenie jakbym była zagubiona w czasie… Ani się obejrzymy, a będą Święta!

 

 

DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 14

Dzień za dniem. Kolejny tydzień z naszej australijskiej rzeczywistości przed Wami. Gotowi na mnóstwo wegańskich pyszności, fajerwerki, pierwszą wycieczkę nowym autem i pierwsze deszczowe dni w Brisbane?


DZIEŃ 91 – 27.09.2017

Oj dziś pierwszy dzień od kiedy wyjechał na urlop mój znajomy, który w ostatnich tygodniach był tak uprzejmy i podrzucał mnie z pracy do domu. Wracam do trybu autobusowo-pociągowego, ale jakoś nawet dziś mi się wszystko poskładało i w domu jestem już o 17:20. Nie tracę czasu i zabieram się od razu za gotowanie. Dziś robię warzywa z piekarnika, a do tego burgery ze słodkich ziemniaków. Rozmawiam sobie z mamą, plotkujemy. Wieczór na luzie przy książce, wodzie z melonem i ulubionej muzyce. Czasami warto zwolnić.

DZIEŃ 92 – 28.09.2017

Dziś wielki dzień w rodzinie Pińkowskich. Od rana poruszenie, Arek wyjątkowo wstaje razem ze mną, bo na 8:30 umówiony jest w urzędzie komunikacji na przerejestrowanie auta na nas. To dla nas mega ekscytujące, bo po pierwsze, to nasze pierwsze wspólne auto (wcześniej przez rok na studiach miałam Tico), a po drugie nareszcie będziemy niezależni i będziemy mogli wyjeżdżać na weekendy poza miasto jeszcze częściej. Od rana siedzę w  pracy jak na szpilkach, czekam na wiadomości od Arka i kiedy w końcu dostaję zdjęcie naszego cacka na parkingu pod domem naprawdę się wzruszam.

Wiecie co? Naprawdę uwielbiam oversizowe ubrania, czuję się w nich swobodnie, ale chyba muszę to przemyśleć… Kiedy wracałam do domu w mojej ulubionej sukience, takiej w kształcie litery A (możecie ją podejrzeć tutaj) i rozmawiałam z mamą przez telefon, pani w pociągu na migi pyta mnie czy nie chcę usiąść. Odruchowo się uśmiecham i odpowiadam, że nie, dziękuję. Dopiero po chwili dociera do mnie to co się wydarzyło! Pani proponowała mi siedzenie, bo myślała, że jestem w ciąży… No cóż, wracam do domu i mimo 37 stopni za oknem, odpalam Skalpel, bo cholerka bez przesady… Nawet jeszcze nie zaczęłam ćwiczyć, a już się pocę. Poważnie, nawet tak prosty zestaw ćwiczeń jak Skalpel przy takiej temperaturze to wyzwanie.

Biorę zimny prysznic i jakoś nie mam do końca ochoty robić nic. Pobolewa mnie głowa, bolą oczy, więc decyduję się wyłączyć komputer i poczytać sobie Frankie i książkę Marka Niedźwiedzkiego o Australii, którą pożyczyłam od Karoliny, która prowadzi bloga Moja Australia i świat. Jakoś dopada mnie zmęczenie, a cisza w domu uspokaja więc koło 22 padam jak mucha.

DZIEŃ 93 – 29.09.2017

Piąteczek! Wstaję w wyśmienitym humorze, bo wiem, że za kilka godzin rozpoczniemy długi weekend. W Australii w pierwszy poniedziałek października świętuje się urodziny Królowej, więc czeka na nas niesamowicie intensywny weekend, no i w końcu wypróbujemy naszego Jeepa!

Po powrocie do domu wpadam w rytm i robię zapasy na weekendowe pikniki i wyjazdy. Przygotowuję pełnoziarniste bułeczki, wegańskie rafaello, curry z kalafiora i cynamonowy ryż z kurkumą. Dziś temperatura dobrze ponad 30 stopni, więc towarzyszy mi zimne rose. Ach, jakie tu mają dobre to wino… A w piątkowy wieczór jakoś nie mogłam go sobie odmówić. Siadam na tarasie, zajadam curry, piję wino, piszę, a nad głową szaleją mi trzy gekony, a w ogrodzie słyszę possumy. W drodze z pracy spotkałam gigantycznego konika polnego, a nad głową przelatywały mi kolorowe papugi. Za to kocham to miejsce. Staję sobie nieraz i obserwuję gekony, uwielbiam na nie patrzeć, obserwować jak polują i czają się na małe i duże insekty.

Po 20-ej stwierdzam, że dosyć pracy na dzisiaj i razem ze współlokatorką decydujemy się wpaść na imprezę do sąsiadów. Kilka dni temu w skrzynce na listy znaleźliśmy zaproszenie informujące, że zaraz naprzeciwko, sąsiedzi odprawiają 23 urodziny jednego ze współlokatorów. No i stwierdziliśmy, że czemu by nie poznać sąsiadów? Idziemy więc, a tam dom pełen młodzików, już dobrze pod wpływem. Impreza trochę jak z projektu X. Odszukujemy jubilata, składamy życzenia, przedstawiamy się. Kręcimy się trochę i znajdujemy nieco spokoju w garażu, gdzie rozstawiono ogromny stół i można grać w beer ponga. Dołączamy do sporej grupy grających, ale small talki idą nam kiepsko, bo trochę dziwnie odkrywać karty i mówić ile się ma lat, gdy większość to 19-20 latki… Po chwili poruszenie. Przyjechała policja. Mimo że dopiero 22:30 ktoś z sąsiadów zadzwonił ze skargą. Trochę tego nie rozumiem, bo nasza dzielnica jest naprawdę spokojna i imprezy zdarzają się niezwykle rzadko, a chłopaki roznieśli powiadomienia i zostawili swoje numery telefonów w razie gdyby było za głośno. Cóż, czmychamy bokiem i wracamy do siebie. Kiedy Arek przyjeżdża z pracy stwierdza, że idziemy zobaczyć jak się sytuacja rozwinęła u sąsiadów. W domu cicho, ale jeszcze grupka chłopaków siedzi w ogródku, więc dołączamy do nich. I wiecie co? Siedzimy do 3 nad ranem, śmiejemy się, wszyscy mocno chcieli mnie nauczyć brzydkich australijskich powiedzeń, porównujemy życie w Australii do tego w Europie. Wracamy do domu i ktoś genialny stwierdził, że odpalimy sobie na projektorze serial. Nie pamiętam nawet napisów początkowych, tak szybko zasnęłam. Budzę się o 6, Arek zasnął w okularach, wracamy do łóżka i śpimy dalej.

DZIEŃ 94 – 30.09.2017

Ogarnianie się idzie nam jakoś wolno, ale wiemy, że tylko dzisiaj możemy załatwić zakupy na targu. Jedziemy na West End i w ekspresowym tempie ogarniamy zakupy. Dziś na zewnątrz 33 stopnie i naprawdę ciężko się oddycha i funkcjonuje. Odgrzewam curry z kalafiorem i aromatyczny ryż z kurkumą i cynamonem, a potem przygotowuję przekąski na wieczorny piknik. Przed 17 wsiadam z C. do autobusu, a Arek ucieka do pracy. Kiedy dojeżdżamy do centrum okazuje się, że wiele ulic jest już zamkniętych, ruch jest wstrzymany, a przy rzece kłębią się setki ludzi. Nawet na mostach widać grupki, które zajęły sobie już najlepsze miejscówki.

Pewnie się zastanawiacie o czym to ja piszę. A no prawie cały wrzesień trwa Brisbane Festival, a ostatniego dnia w mieście odbywa się pokaz fajerwerków. Wyjątkowy, bo fajerwerki wystrzeliwane są z platform ustawionych na rzece.

Spotykamy się ze znajomymi pod kasynem, a potem znajdujemy idealny punkt widokowy. Zaraz naprzeciwko Brisbane Wheel. Większość ludzi ustawia się po drugiej stronie rzeki, na South Banku, ale już o 17 widać, że ciasno tam jak cholera. My, mimo że nie jesteśmy sami, to nadal możemy rozłożyć koce i chwilę popiknikować. Fajerwerki dopiero o 19, ale w międzyczasie pojawiają się nad naszymi głowami helikoptery, odrzutowce i inne obiekty latające, których nawet nie potrafię nazwać. Gadamy, śmiejemy się, wygrzewamy w ostatnich promieniach słońca. W międzyczasie dzwoni Arek, że uda mu się skończyć pracę, więc niedługo potem dołącza do nas.

Kiedy zaczyna się pokaz wszyscy przez pół godziny wlepiamy wzrok w kolorowe niebo. To był naprawdę piękny pokaz sztucznych ogni. Dacie wiarę, że podobno pół miliona ludzi zjawiło się w centrum miasta żeby to zobaczyć na własne oczy?

Powoli zbieramy się do domu, a kiedy lądujemy w łóżku padamy. Pakujemy jedynie rzeczy na jutrzejszą wycieczkę, żeby było mniej rzeczy do zrobienia rano i smacznie zasypiamy.

DZIEŃ 95 – 01.10.2017

Planowaliśmy jechać nad wodospady, ale znajoma, z którą mieliśmy się spotkać nieco się pokiereszowała podczas surfingu, więc tę destynację przekładamy na kiedy indziej. Jednak fakt, że w końcu mamy auto, które daje nam sporą niezależność, nie pozwala nam ot tak po prostu zostać w domu. Mimo że pogoda nie zachęca, bo z wczorajszych 35 stopni pozostało tylko wspomnienie, a za oknem chmury i ledwie 20 stopni, to pakujemy manatki i jedziemy na Bribie Island oddaloną jakąś godzinę drogi od naszego domu.

Większą połowę wyspy można zwiedzać tylko autem z napędem na 4 koła po wykupieniu pozwolenia. Można tam też udać się na kemping, obserwować ptaki, jeździć autem po plaży i spacerować po pięknych plażach. Jednak to plan na kolejną wizytę, dziś po prostu relaksujemy się na jednej z ogólnodostępnych plaż, Red Beach, rozkładamy koc, wyciągamy przekąski i udajemy, że wcale nam nie jest zimno.

Potem udajemy się na krótki spacer po buszu, jednak oboje stwierdzamy, że to nie najbardziej urokliwa trasa jaką widzieliśmy. Ale nie o to dziś chodzi. Dziś tak jakby świętujemy dzień chłopaka, który był wczoraj, więc najważniejsze, że mamy ten dzień tak po prostu dla siebie.

A potem na parkingu robię coś szalonego! Wsiadam za kierownicę naszego potwora. Ja, która przywykła do prowadzenia Tico, która nie lubi prowadzić auta, bo to dla niej najbardziej stresująca rzecz na świecie, przełamuję pierwsze lody i wsiadam na chwilę za kółko. Nie dość, że to pierwszy automat, którego prowadzę, to w dodatku muszę to robić po lewej stronie. Po lewej jeździłam 4 lata, ale rowerem! Matko, ten smok ma niezłe przyspieszenie. Ledwo dotykam gazu, a on jedzie jak szalony. Ale przyznam, że mi się spodobało. Muszę poćwiczyć, bo wiem, że podczas roadtripu Arek będzie potrzebował zmiennika.

Stajemy jeszcze w maleńkim parku przy moście, aby wrzucić coś na grilla. Aaaa, zapomniałam dodać, że Bribie Island to jedyna wyspa w pobliżu, która połączona jest z lądem mostem, przez co jest tak łatwo dostępna. Na grillu lądują falafele ze słodkimi ziemniakami i robimy na szybko wrapy. Kiedy zaspokoiliśmy głód, zrobiliśmy jeszcze krótki spacer wzdłuż wybrzeża. Kiedy dopadają nas pierwsze krople deszczu zwijamy manatki i wracamy do Brisbane.

Zatrzymujemy się jeszcze w Paddington i bierzemy tajskie jedzenie na wynos. Dla mnie zielone, dla Arka żółte curry. W domu otwieramy butelkę włoskiego lambrusco, włączamy australijski horror, a ja udaję, że wcale się nie boję. Wolf Creek to historia oparta na faktach opowiadająca o trójce przyjaciół, którzy wybrali się w road trip po Australii. I kiedy psuje im się samochód, pomaga im pewien mężczyzna. Resztę historii dopowiedzcie sobie sami. No i jak? Świetny film wybrał Arek biorąc pod uwagę nasze plany na przyszły rok?

DZIEŃ 96 – 02.10.2017

Ej! Fajnie mieć trzydniowy weekend. Naprawdę. Dziś w Australii świętuje się urodziny Królowej. To nic, że Królowa ma urodziny w czerwcu. Kilka lat temu zdecydowano, że zbyt dużo świąt jest w czerwcu, więc urodziny Królowej przeniesiono na pierwszy poniedziałek października. O, tak.

Od rana mam wrażenie jakby była niedziela, więc tak też spędzamy ten dzień. Jemy leniwe śniadanie na tarasie (ups, znowu tofucznica), słuchamy ulubionej muzyki i powoli zbieramy się na na spacer.

Tylko wiecie co? Dziś jest taki wyjątkowy dzień, bo kiedy rano się przebudziłam słyszałam nowy, całkiem mi nieznany dźwięk w Australii. Trochę się nawet na początku przestraszyłam. A był to dźwięk deszczu uderzającego o dach! Dacie wiarę? Niebo zasnute chmurami, wszędzie mokro… To nam nie przeszkadza, więc pakujemy się w samochód (mówiłam już jak bardzo kocham fakt, że go mamy?) i jedziemy zaledwie kilka kilometrów od domu, aby znaleźć się w botanicznym raju. Ogrody botaniczne w Mt Coot-tha są ogromne. Jest ogród japoński, ogród z pięknymi paprociami, las deszczowy, mnóstwo kolorowych kwiatów, palmy i kolorowe papugi latające nad naszymi głowami. Popaduje i kiedy trochę zmarzliśmy jedziemy jeszcze na szczyt, zerknąć na panoramę miasta. Całe CBD jak na dłoni… Nawet w tej mgle miasto wygląda magicznie.

To leniwe popołudnie spędzamy na dokończeniu pierwszej serii This is us, relaksie, a potem nadrabianiu zaległości. Dzienniki nie napiszą się same, prawda?

DZIEŃ 97 – 03.10.2017

Po trzydniowym weekendzie do pracy wracam jakoś wyjątkowo wypoczęta i uśmiechnięta. W sumie uśmiechnięta to jestem zawsze. Po pracy od razu wskakuję w strój sportowy i zabieram się za Skalpel. Ufff, z każdym treningiem czuję się coraz lepiej.

Na kolację zjadam genialny makaron, który przygotował dla mnie Arek. Muszę go kiedyś Wam podrzucić tu na blogu. Makaron z pieczoną dynią i szałwią. Brzmi bosko, prawda?

A potem otwieram przepięknie zapakowaną paczuszkę, która przyleciała do mnie prosto z Polski. Notes od Ani właścicielki Yuanfen, która tworzy te piękne spersonalizowane, skórzane cuda. To chyba najpiękniejszy notatnik jaki kiedykolwiek miałam. Skórzana okładka, piękny grawer Dreamer’s Life, minimalistyczny kalendarz z jednej, a notatnik z drugiej strony, miękki woreczek, aby okładka przypadkiem się nie zniszczyła i kolejny spersonalizowany grawer na skrawku skóry przy sznureczku. Nie zwlekałam ani chwili i zaczęłam planować, wyznaczać cele, notować nadchodzące spotkania i wycieczki. Dawno nie miałam takiej frajdy. Te zdjęcia nawet w połowie nie oddają piękna tego notesu. Sesję zaplanowałam (i zapisałam sobie w kalendarzu!) na weekend, więc jeszcze nie raz zobaczycie to cudo.

Koniecznie zajrzyjcie na yuanfen.pl i zobaczcie równie piękne i minimalistyczne torebki…

Jak już wpadłam w rytm porządkowania swoich spraw, to wzięłam się za coś, co odkładałam od miesięcy… Porządkowanie dysku zewnętrznego, karty z aparatu i komputera. Ale poczułam ulgę, gdy po ponad godzinie wszystko wylądowało w odpowiednich folderach!


Trudno mi uwierzyć, że minęły trzy miesiące od naszego przyjazdu do Australii i że to już październik. Czy tylko ja mam wrażenie jakby świat przyspieszył? Jak Wam mijają pierwsze jesienne tygodnie?

 

 

 

DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 13

Oto kolejne dzienniki z podróży. Tym razem o upałach, powrocie do ćwiczeń, London Grammar, wylegiwaniu się na słońcu i grillu. Kolejny piękny tydzień za nami. Gotowi na relację?


DZIEŃ 84 – 20.09.2017

Dziś w pracy tematem przewodnim są moje włosy i brak okularów. Włosy wyprostowałam, a okularów zapomniałam. Moje niesforne włosy trudno ogarnąć, więc zaopatrzyłam się w tanią prostownicę żeby sobie nieco ułatwić życie. Koleżanka z pracy nie poznała mnie w windzie, ale w sumie nie mam nic przeciwko, przecież zgodnie z przesądem oznacza to że będę bogata. W ciągu dnia z 15 osób zapytało mnie co się stało. Uprzedzę Wasze pytania, widziałam bez okularów!

Uzgodniliśmy z Arkiem, że przez najbliższe tygodnie postaramy się podzielić obowiązkami tak, aby nie sterczeć codziennie w kuchni i każdy z nas poświęci jeden dzień na przygotowanie kilku posiłków na nadchodzące dni. Zobaczymy jak się system sprawdzi, ja dziś gotuję mój ulubiony gulasz ze słodkich ziemniaków i masła orzechowego oraz makaron w sosie pomidorowym z brokułowo-soczewicowymi pulpetami. Wszystko wyszło rewelacyjne! Jedzenie dzielę na porcje i pakuję w pojemniki, które zwykle zabieram ze sobą do pracy.

Podczas gotowania towarzyszy mi pierwszy odcinek podcastu Joanny Glogazy o 10 rzeczach, które Joasia chciałaby wiedzieć zanim założyła swój biznes. Cieszę się, że na polskim rynku pojawił się nowy podcast, chętnie będę słuchać.

Po takiej ciężkiej pracy zasiadam w łóżku i próbuję uczyć się co nieco o Lightroomie. Jakoś mi to wszystko opornie idzie…

DZIEŃ 85 – 21.09.2017

W przerwie na lunch idę do pobliskiego centrum handlowego i zaglądam do mojego ulubionego sklepu z herbatą T2, bo dostałam kupon na darmową herbatę do odebrania. Jestem w herbacianym raju! Herbaty zielone, czerwone, zielone, białe… O przeróżnych smakach, aromatach i zapachach. Do tego przepiękne czajniki, filiżanki, zaparzacze…

Zaglądam też do księgarni i oglądam wegańskie książki kucharskie. Mimo, że są pięknie wydane i mam ogromną ochotę sobie jakąś sprawić, to powstrzymuję się, bo wiem, że nie mogę się zagracać. Nacieszyłam oko i uciekłam czym prędzej!

Dziś  w planach wielki powrót do Skalpela, którego przyznam nie robiłam od długiego czasu. Pamiętam jak na Erasmusie we Włoszech, gdy po kilkumiesięcznej rozpuście musiałam przyholować, zabrałam się za siebie i było to moje pierwsze spotkanie z Ewą.

Ufff, to był dobry trening! Wieczorem kręcę się trochę po domu, czytam, piszę, oglądam.

DZIEŃ 86 – 22.09.2017

Piąteczek, kochani! Nie ma że już prawie weekend i zaraz po pracy wskakuję w strój sportowy i odpalam Sekret Chodakowskiej. Wciąż nie czuję ochoty na kardio i mocny wycisk, więc chociaż decyduję się na pilates. Kurcze zapomniałam jakie to fajne uczucie po treningu… Trochę się zaniedbałam w tym względzie, ale jestem na dobrej drodze. Plan jest, trenuję 3 razy w tygodniu plus mam nadzieję niedługo wrócę na jogę w sobotnie poranki.

Dziś znów rozrabiam troszkę w kuchni, piekę bagietki na weekend, (dopracowuję przepis i niedługo będzie na blogu!), robię domowy hummus, tym razem bez koperku, kulam genialne wegańskie rafaello z zaledwie czterech składników. Zajrzyjcie na przepis i nie wahajcie się go użyć! W międzyczasie znajduję chwilę ma manicure, pedicure i powrót do najlepszej książki o Australii jaką czytałam. Teraz mam jednak nieco inną perspektywę, bo tym razem czytam o miejscach, które znam bądź które są na mojej liście miejsc do odwiedzenia. Julia ma niesamowicie lekkie pióro i naprawdę ciężko nie przepaść w jej australijskich opowieściach.

Sprzedać Wam ciekawostkę? Ostatnio sobie rozmawiałam z Arkiem, że w sumie to nie możemy się doczekać długich, letnich wieczorów, późniejszych zachodów słońca i takiego letniego klimatu. Jakoś przypadkiem napotykam na informację, że w Queensland nie zmienia się czasu, przez co nawet latem słońce zachodzi jakoś po 18. Trochę czujemy się oszukani, ale kiedy przychodzą pierwsze naprawdę upalne dni (ponad 35 stopni!) i pot leje się nam nie tylko z czoła stwierdzamy, że w sumie taka mała ochłoda po tej 18 nie jest taka zła. A potem w książce Julii znajduję taką informację:

Nie ma większego znaczenia czy to lato, jesień, czy zima – dni są ewentualnie krótsze, ale o dłuższym śnie i tak nie ma mowy. W Brisbane nikt nie zawraca sobie głowy zmienianiem czasu w zależności od sezonu, ten zawsze jest jeden, co powoduje zresztą wieczne przepychanki. Zwolennicy zmiany czasu krzyczą, że chcą spać, i że zmiana przysłuży się biznesom – w Melbourne i Sydney zegarki bowiem się przestawia. Przeciwnicy zaś stają w obronie… krów, uzasadniając, że mogłyby się pogubić przy dawaniu mleka. To jest autentyczny argument z corocznej debaty, która toczy się przede wszystkim między „miejscowymi” a „przyjezdnymi”, a dzięki temu łatwo poznać, kto jest stąd. Żeby było jasne – ci stąd są przeciw przestawianiu zegarków.Julia Raczko 'Julia jest w Australii'

Ktoś wie jak się mają nasze krowy i co myślą o zmianie czasu?

Arek wraca dziś nieco wcześniej niż w środę i w czwartek (przez co nie widywaliśmy się w ogóle) i przynosi pizzę ze swojego miejsca pracy… No cóż, pizzy się nie odmawia i wciągam kawałek (no może dwa) i oglądamy nowy sezon Kuchennych Rewolucji. Jak zawsze głupich komentarzy nie ma końca, ale po północy oboje padamy ze zmęczenia.

DZIEŃ 87 – 23.09.2017

Wstajemy dziś wyjątkowo bez budzika, wypijamy szybkie smoothie, pożyczamy auto od współlokatora (tego, którego auto jest ubezpieczone i zarejestrowane…) i jedziemy na wielkie zakupy. Tym razem chcemy spróbować innego targu, więc jedziemy na West End. Wybieramy owoce i warzywa, zaopatrujemy się w świeże zioła, przechadzamy bez pośpiechu, słuchamy muzyki na żywo, która towarzyszy nam na każdym kroku. Dlaczego nie ma takich miejsc w Polsce? Poważnie. Owoce i warzywa są tu tanie, stoją food trucki, kawiarnie na kółkach, ale są też stoiska lokalnych sprzedawców ryb i mięsa. Są też ubrania, piękne wiklinowe kosze na zakupy, kosmetyki naturalne, a do tego świetna atmosfera tuż nad rzeką, gdzie ludzie siedzą na trawie i słuchają występów różnych artystów. Idealny sposób na sobotni poranek.

Potem jedziemy szybko do Colsa załatwić pozostałe zakupy, a do domu przyjeżdżamy w porze obiadowej nieźle wygłodzeni. Arek odpala grilla, ja przygotowuję jedzenie i na dole na kanapach chillujemy, pijemy zimne piwko, jemy sałatkę z mango przed chwilą kupionym na targu, przegryzamy kolby słodkiej kukurydzy z grilla. Arek kupił sobie krewetki i kalmary i zajada się świeżymi owocami morza. Temperatura jest dziś kosmiczna i poważnie mam wrażenie zaraz się roztopimy. Odpalamy sobie odcinek serialu, a potem ogarniamy i pędzimy na rowerkach na koncert London Grammar.

Koncert odbywa się zaraz przy rzece, przy niewielkim amfiteatrze, gdzie na trawie tłumy wsłuchują się w zespoły, które występują przed London Grammar. Atmosfera jest rewelacyjna, ludzie poubierani festiwalowo. Siedzimy sobie na trawie wsłuchujemy się w muzykę, odpoczywamy i chłoniemy te chwile.

London Grammar dał niezłego czadu. Poważnie, ta dziewczyna ma głos tak niesamowity, że nie dość że mam ciarki na ciele, to w kilku momentach z emocji poleciały mi łzy. Nie jestem ich jakąś psychofanką, ale to co ona wyprawiała ze swoim głosem przechodziło ludzkie pojęcie.

Wieczór kończymy przejażdżką promem po oblanej światłami miasta rzece. Kocham łódki i to naprawdę fajny sposób na zakończenie tego jakże udanego dnia.

DZIEŃ 88 – 24.09.2017

Rano ogarniam rzeczywistość, robię pranie, chwilę sprzątam, jemy śniadanie na tarasie. Tym razem serwuję tofucznicę z papryką i szpinakiem, a potem łapiemy łódkę i płyniemy na South Bank. Naprawdę trudno mi się zdecydować czy wolę oglądać miasto z punktu widzenia wody w ciągu dnia czy w nocy. Pozwolę sobie delektować się każdą przejażdżką, bez względu na porę dnia.

Dziś temperatura równie wysoka co wczoraj. Udajemy się więc do Queensland Museum (gdzie jest klimatyzacja!), aby chwilę pooglądać tutejsze wystawy. Oglądamy przepiękne zdjęcia kuli ziemskiej i innych planet zrobionych przez NASA, podziwiamy świetne wystawy australijskich zwierząt i tych ze stanu Queensland. Powoli zaczynamy już kojarzyć niektóre zwierzaki i ptaki, próbujemy zapamiętać jak najwięcej nazw. Podziwiamy setki gatunków, które w większości wyglądają tak egzotycznie, że nigdy wcześniej nawet o nich nie słyszeliśmy. W terrarium podziwiamy patyczaki, które nieźle się kamuflują, a także gekony, ale nieco inne niż te, które spotykamy u siebie na tarasie.

Muzeum jest rewelacyjnie przystosowane do potrzeb dzieci. Jest mnóstwo zabaw interaktywnych, ukrytych zagadek, a na ostatnim piętrze podłoga jest podświetlana i znajdują się na niej ruchome iluminacje, a dzieciaki gonią za uciekającymi krabami i innymi morskimi stworzeniami. Naprawdę warte odwiedzenia.

Teraz czas na relaks. Idziemy na South Bank, gdzie planujemy zanurzyć się w przyjemnie chłodnej wodzie, poczuć piasek pod nogami i po prostu się poopalać. Robimy sobie również mały piknik i tym razem zajadamy się sałatką owocową z mango, ananasa i melona. Odświeżająco, zdrowo, kolorowo.

Kiedy wracamy do domu, Arek zabiera się za makaron z bakłażanem, a ja za przyziemne rzeczy czyli pranie, przebranie pościeli i zmywanie. Potem oboje czujemy, że najzwyczajniej na świecie nie chcemy robić nic. Odpalamy sobie więc This is us, jeden z najlepszych seriali jakie widziałam. Poważnie, jest śmiesznie i poważnie, więc na przemian się śmieję i płaczę.

DZIEŃ 89 – 25.09.2017

Dziś jakiś taki dziwny ten dzień. Moja mama ma dziś urodziny (raz jeszcze wszystkiego najpiękniejszego!) i właśnie w takie dni zazwyczaj łapie mnie chandra. Dobrze mi tu gdzie jestem, ale czasami chciałabym móc choć na chwilę teleportować się i spędzić trochę czasu z bliskimi. Cóż, krótki Skype musi mi wystarczyć.

Piszę dla Was kolejny list z Australii i trzęsącymi się rękoma klikam: wyślij. Jakoś strasznie mnie stresuje wysyłanie newslettera… Sama nie wiem dlaczego. Koniecznie dajcie znać czy doleciał do Was list z Australii, a jeśli nie chcecie przegapić kolejnego za dwa tygodnie w poniedziałek to koniecznie zapiszcie się tutaj.

Arek robi domowe chipsy, więc chrupiemy, zaczepiamy Grzesia, naszego gekonowego współlokatora i po prostu sobie gadamy. Kiedy nagle na zegarku wybija 21 na dobranoc oglądamy jeszcze jeden odcinek This is us a ja niepostrzeżenie zasypiam.

DZIEŃ 90 – 26.09.2017

Wtorek mija mi w pracy jakoś tak niepostrzeżenie. Jak zawsze dużo się dzieje, a kiedy jestem w rytmie czas płynie jak szalony. I dobrze! Bo ani się obejrzałam a byłam już w domu. Arek już w pracy, ale kochany zostawił mi obiad. Ale zanim zabiorę się za te dobrocie zabieram się za siebie. Dziś Sekret z Ewką, potem prysznic, peeling z kawy, cynamonu i oliwy z oliwek, maseczka na twarz z aloesu i miodu, a dopiero potem pyszne curry z ananasem, czerwoną papryką i soczewicą z kaszą jaglaną, kolendrą i wiórkami kokosowymi. Tak sobie dogadzamy!

A teraz siedzę i piszę dla Was, a może dla siebie?


Czy trzynasty tydzień był pechowy? W żadnym wypadku. Kolejne wspomnienia i piękne momenty za nami. A jak u Was? Co myślicie o Brisbane? Myślicie, że spodobałoby Wam się tu?

 

 

DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 12

O dniach lepszych i gorszych, o spokojnych wieczorach w domowym zaciszu i szalonych randkach. O górach i oceanie, o pierwszych kontaktach z policją i powrocie do ćwiczeń z Chodakowską. Gotowi na kolejną relację prosto z Brisbane?


DZIEŃ 77 – 13.09.2017

Czas coś zacząć robić z tym pięknym aloesem, który kupiłam w zeszłym tygodniu na targu. Nakładam więc na twarz maseczkę ze świeżego aloesu i miodu oraz funduję swojej twarzy bombę witaminową. Nawet nie wiecie jak skóra jest miękka i nawilżona po zaledwie chwili z taką miksturą. Szykuję się też do zrobienia toniku z aloesu, ale jak macie jakieś fajne sposoby na wykorzystanie tej rośliny to koniecznie się podzielcie pomysłami.

Na blogu pojawił się też przepis na genialny hummus koperkowy, który robi się w ekspresowym tempie. Zajrzyjcie!

DZIEŃ 78 – 14.09.2017

Robota, robota, a po robocie zabunkrowuję się w kuchni i robię mielone kalafiorowe w ilościach hurtowych. Przy okazji robię też chlebek i gadam sobie z mamą. Nawet nie wiecie jak rewelacyjne wyszły mi tym razem te kotlety! Kiedy już styrana padam do łóżka otwieram Frankie, które sobie pozwoliłam kupić. Staram się nie kupować rzeczy, które potem trudno mi będzie ze sobą zabrać, ale że ostatnio czytam tylko ebooki, jakoś zatęskniło mi się za papierem.

I nawet nie wiecie jak się cieszę, że kupiłam ten przepięknie wydany magazyn. Głowa od nowych pomysłów kołacze, wszystko sobie pospisywałam i mam głębokie postanowienie, że nie będę tych planów odkładać na wieczne potem, tylko zacznę działać. Nigdy nie wiadomo gdzie inspiracja czeka. Arek znów pracuje dziś wieczorem, a ja naprawdę dobrze wykorzystałam ten wieczór. Szkicuję (pracuję nad pierwszym w życiu logiem), oglądam tutoriale, planuję.

DZIEŃ 79 – 15.09.2017

Piątek, piąteczek, piątunio! Naprawdę na koniec tygodnia jestem już styrana. Moja praca to naprawdę non-stop coś. Przez to czas leci szybciej, więc totalnie mi to nie przeszkadza. Jednak mój organizm czasami mówi: stop! Ogarnij się! Zwolnij.

W ogóle cały tydzień podwoził mnie z pracy znajomy, który mieszka niedaleko. Naprawdę sympatyczny, miły, starszy pan, który codziennie raczy mnie historiami związanymi z jego przygodami, gdy pracował dla rządu, ale na północy wśród rdzennej ludności. Najbardziej lubię opowieści o zwierzakach. O tym jak karmił krokodyle, które ochoczo zaczepiały ich gdy siedzieli na pace ich wielkiego auta i rzucali im surowe mięso, o dzikach, o wężach, rekinach. Dzięki niemu dowiedziałam się, że istnieją węże morskie, ryby przypominające kamienie (stone fish), czy że niesamowicie trzeba uważać na meduzy. Dowiedziałam się również, że posiadanie pytona w ogrodzie to nic niezwykłego. Pokazał mi zdjęcia ogromnego węża, który odwiedza ogródek jego brata od czasu do czasu. Pokazał też zdjęcie tego samego węża z wystającą papugą z gęby…

Kiedy o tym wspomniałam w pracy i opowiadałam o tym jakie to przerażające, okazało się, że pół biura natknęło się kiedyś na pytona w swoim ogródku, a jedna koleżanka nawet w domu… Wszyscy mnie uspokajali i zapewniali, że to unusual… Chyba przyjdzie mi się przekonać w praniu jak to jest.

Kolejnym plusem podwózek jest to, że w domu jestem o 17, zamiast o 17:30-18, więc kiedy wpadam do domu, współlokatorka siedzi przy piwku na tarasie. No cóż pozostaje mi chwycić pod pachę paczkę doritosów i kieliszek zimnego, białego wina i się dołączyć prawda? W sumie rzadko mamy czas pogadać we dwie, więc naprawdę nadrabiamy, gadamy, żartujemy. W międzyczasie robię manicure i po prostu odpuszczam. C. jest mega śmieszna, dobrze się przy niej czuję. Zamawiamy wegańską pizzę, włączamy Queens i tańczymy w salonie. Kiedy pada słowo impreza ja od razu mówię, że odpadam. Wkładam piżamę, biorę kocyk i w salonie na projektorze odpalam Netflixa i Girlboss. Po dwóch minutach śpię i tylko czuję jak w pewnym momencie Arek przenosi mnie do łóżka.

DZIEŃ 80 – 16.09.2017

Budzę się z samego rana, może to dlatego, że przywykłam już do tego, że budzik dzwoni koło 6:20? A może dlatego, że wczoraj poszłam spać (to chyba za dużo powiedziane – po prostu zasnęłam) o 21:30? No cóż, leżę sobie jeszcze trochę, myślę, analizuję i jakoś tak nagle dzwoni Arka budzik o 8:00. Powoli się rozbudzamy, pijemy smoothie w łóżku, ogarniamy się i lecimy po rowery. Postanowiliśmy zjeść wspólnie śniadanie, zanim Arek zacznie pracę o 11:30. Jedziemy na West End na targ, gdzie co tydzień rozkładają swoje stragany lokalni gospodarze, foodtracki i małe biznesy. Tłoczno tam, ale wcale się nie dziwię. Owoce i warzywa są dużo smaczniejsze niż te z supermarketu, a przy okazji dużo tańsze, można tu zjeść pyszności z całego świata, a do tego posłuchać muzyki na żywo, rozłożyć koc nad rzeką i w tak piękny sposób rozpocząć weekend.

Ja decyduję się na wegańskie pierożki dim sum z farszem z kapusty i tofu, Arek idzie w burrito. Niestety po chwili ucieka do pracy, ja za to robię szybkie rozpoznanie, kupuję melona i idę na herbatkę do Karoliny, o której pisałam Wam w poprzednich dziennikach. U Karoliny są też znajome, więc naprawdę fajnie było pogadać, pośmiać się i poznać nowe twarze. Ani się nie obejrzałam, a musiałam się zbierać na spotkanie. Biznesowe spotkanie! Na razie nie zdradzam więcej, może w przyszłym tygodniu coś się wyklaruje i mam nadzieję, będę mogła się Wam czymś pochwalić.

Wpadam szybko do Aldi (tak, tak, mają tu Aldi!), kupuję parę rzeczy, wsiadam na rower i śmigam do domu. Pogoda dziś jest naprawdę przepiękna. 26 stopni i piękne, bezchmurne niebo. W domu wyrabiam ciasto na bagietki, żeby zabrać je ze sobą w trasę, łączę się z bliskimi na skypie, nadrabiam zaległości, a także wypisuję pocztówki. Niedługo pierwsze karteczki polecą prosto do Polski.

DZIEŃ 81 – 17.09.2017

Niedzielę zaczynamy naprawdę wcześnie. Budzik o 5:30 niespodziewanie wyrywa nas ze słodkiego snu. Szybko ogarniam owsiankę z jagodami, robię herbatę w kubkach na wynos i chwila moment i siedzimy już w aucie i jedziemy w kierunku Ipswich. Pamiętacie, jak przez pierwsze dwa tygodnie mieszkaliśmy u znajomej w tej miejscowości? To właśnie tam dzisiaj jedziemy. Ale nie w odwiedziny, oj nie. Pod domem wita nas już H., wsiadamy do jej auta i ruszamy dalej, aby równo o 7 zaparkować w punkcie, z którego ruszymy na kilkugodzinny hikking. Ale wiecie co mijamy po drodze? Kilka kangurów, które skubane zatrzymują się przy drodze i kiedy zwalniamy możemy je sobie spokojnie pooglądać. W pewnym momencie myślałam, że z podekscytowania wyskoczę z auta, bo nareszcie zobaczyłam kangura z maleństwem w torbie! Kolejne małe marzenie spełnione.

Ruszamy w trasę, która okazuje się niezwykle zróżnicowana. Wędrujemy po prawie płaskim terenie pokrytym trawą, a zaraz potem stromym, mało stabilnym zboczem pokrytym grubą warstwą ziemi, a raczej kurzu. Za chwilę wspinamy się po skałach i oglądamy zapierające dech w piersiach widoki. Z jednej strony widok na okoliczne domy, pola, gdzie króluje kolor suchego siana, a z drugiej bije po oczach zieleń niekończących się eukaliptusów. Ta wspinaczka przypomina mi, jak bardzo kocham spędzać czas na łonie natury i jak bardzo zaniedbujemy góry. Kurczę lubię hikking i naprawdę powinniśmy robić to częściej.

H. jest świetnym przewodnikiem, często zresztą tu bywa, więc opowiada o napotkanych zwierzakach i swoich nocnych eskapadach. Wraz ze swoim chłopakiem nieraz wspinali się na Flinders Peak po ciemku, żeby na szczycie odpalić kuchenkę gazową i zjeść kolację pod gwiazdami. H. pokazuje nam maleńką kapliczkę, którą rozpoczęła. Jest tam mała świeczka, krzyż zrobiony z polnych kwiatów, a także przypadkowe pamiątki pozostawione przez innych wędrowców. Na szczycie robimy sobie mały piknik, dziś królują mielone kalafiorowe, domowa bagietka, która upiekłam wczoraj, pasta z pieczonego bakłażana i gorzka czekolada. Po chwili odpoczynku idziemy jeszcze zerknąć do jaskini, która kryje się po drugiej stronie góry. H. mówi, że nieraz spotkała tam nietoperze, jednak my nie mamy szczęścia. Za skałą znajdujemy też pierwszą w życiu skrytkę Geocaching. Zapisujemy swoje imiona w pamiątkowym notesie, w którym pierwsze wpisy pojawiły się w 2004 r. Zostawiamy od siebie małe pamiątki i powoli ruszamy w dół.

Przyznam, że nieco bałam się o swoją formę, ale daję radę i nawet nie czuję mocnego zmęczenia. Dzisiejsza wyprawa w góry okazała się świetnym doświadczeniem. W drodze powrotnej stajemy u H. zaglądamy do ogrodu, zerkam jak się mają papaje, ale niestety jeszcze żadna nie jest dojrzała. Zjadam za to morwę prosto z drzewa i napawam się widokiem kolorowych kwiatów i pięknych, zadbanych palm.

Okazuje się, że wcale nie jest tak późno, więc decydujemy, że jedziemy jeszcze nad ocean. Po 1,5h dojeżdżamy do pięknej plaży nieco na południe od Gold Coast – Snapper Rocks, podobno jednej z ulubionych plaż surferów. Potwierdzenie znajdujemy w ilości surferów w wodzie. Dziś jednak tylko podglądamy. Nieco się zachmurzyło, więc z opalania nici, Arek zasypia zaraz po szybkim lunchu, ja czytam Murakamiego, wsłuchuję się w szum fal i po prostu odpoczywam.

Powoli robi się nieco chłodniej, więc wracamy do auta, przebieramy się i postanawiamy przeparkować auto nieco bliżej plaży, na której chcemy obejrzeć zachód słońca. No i cóż, po chwili słyszymy dźwięk syreny i dostrzegamy policyjny radiowóz zaraz za nami. Zostajemy zatrzymani do kontroli, ciśnienie nam podskoczyło, jakoś takie sytuacje działają na mnie stresująco, mimo że wiem, że przecież nic nie zrobiliśmy. Po chwili okazuje się, że jednak jesteśmy w tarapatach. Auto, które pożyczyliśmy od współlokatorki, od prawie pół roku nie jest zarejestrowane, ani ubezpieczone… Panowie zadają mnóstwo pytań, jesteśmy w 100% szczerzy, wyjaśniamy, że nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy na wizach Work&Holiday, że tak naprawdę niedawno przylecieliśmy… Od słowa do słowa, w końcu policjanci proszą nas żebyśmy zadzwonili do C. Ona z przerażeniem stwierdza, że kompletnie o tym zapomniała, potwierdza naszą wersję, że nie mieliśmy o niczym pojęcia. Koniec końców panowie byli naprawdę mega mili, powiedzieli, że nie mogą nas karać za błędy C. i wydali nam specjalne pozwolenie, które pozwalało nam na kierowanie niezarejestrowanego pojazdu do godziny 23:59. Matko, nawet nie wiecie jakie czarne scenariusze miałam już w głowie. Po raz kolejny mieliśmy okazję przekonać się o naturze Australijczyków.

Zostajemy jeszcze na plaży na chwilę, ale oboje nadal jesteśmy nieźle zestresowani. Zachód jest naprawdę niesamowity. Mimo, że chmury zasłaniają sporą część nieba, kolory są przepiękne. Spacerujemy jeszcze chwilę wzdłuż wybrzeża, ale powoli ogarnia nas zmęczenie, a jeszcze czeka nas droga do domu. Kiedy przyjeżdżamy nie mamy siły na nic, więc decydujemy się na tajskie jedzenie na wynos. Zielone curry to był rewelacyjny wybór! Pełna, rozgrzana, wykąpana o 21:30 padam jak dziecko i zasypiam w kilka chwil.

DZIEŃ 82 – 18.09.2017

Jakiś łaskawy ten poniedziałek. Nawet telefony nie dzwonią zbyt często. Po powrocie do domu zbieramy się i ruszamy na randkę. Będzie kolacja i kino, co Wy na to? Film wybrany, idziemy na The Dinner z Richardem Gerem i Stevem Cooganem.

Jedziemy rowerami nad rzeką, w oddali widać pięknie oświetlone centrum miasta, mosty i wieżowce. Nie wiem czy ten widok mi się kiedykolwiek znudzi. Spacerujemy sobie ulicą niedaleko kina i wybór pada na Brewski, mały pub z ogromnym wyborem piw i ku mojemu zdziwieniu również wegańskiego jedzenia. Pierwszy raz w życiu jem burgera z wegańskim boczkiem i kotletem udającym kurczaka. Przyznam, że naprawdę mi smakowało! Nie żebym chciała zakupić tego typu cuda do domu, ale nie spodziewałam się, że to może smakować tak dobrze. Do tego frytaski i frytki z polenty z wegańskim aioli z nerkowców. Szczęśliwy brzuszek!

Kino okazuje się naprawdę fajne, jakoś do tego mi bliżej niż do tego, w którym byliśmy dwa razy na South Banku. I repertuar dużo fajniejszy, i wnętrze mega i okazuje się, że przy wykupieniu członkostwa cena za bilet jest taka sama. A i na urodziny bilet darmowy, a że się zbliżają wielkimi krokami to na pewno wykorzystamy. Hmm… Wiecie co? Stara i zmęczona się robię. Seans na 20:25 to zdecydowanie coś czego nie powtórzymy. Zasypiam po pół godzinie i Arek budzi mnie, gdy zaczynam pochrapywać… Mocno się staram trzymać oczy otwarte, ale fakt, że film jest średni nie pomaga. Cóż, The Dinner nie wyląduje na liście najlepszych filmów.

DZIEŃ 83 – 19.09.2017

Wtoreczek daje mi nieźle popalić. Od rana do 13 latam non-stop. Klienci postanowili przyjść w tym samym momencie, więc nieco trudno mi się ogarnąć, a na obiedzie siadam z Kindlem i próbuję naładować baterie i przez chwilę nie myśleć o pracy.

Kiedy wracam do domu podlewam zgodnie ze swoim zwyczajem ogródek, a potem przebieram się w strój sportowy, rozkładam matę do ćwiczeń i lecę z Ewką, bo kurka schudłam, a skóra mało jędrna, widać efekty odstawienia ćwiczeń. Lato coraz bliżej, samopoczucie coraz gorsze, więc naprawdę najwyższa pora się za siebie wziąć. Potem spędzam 1,5 godziny w kuchni, robię kilka obiadów na zapas żebym jutro nie musiała nic gotować. Gulasz ze słodkich ziemniaków z masłem orzechowym i makaron w sosie pomidorowym z pulpetami z soczewicy i brokuła wyszły naprawdę prze-py-szne! Niech ktoś jeszcze powie, że wegańska kuchnia jest nudna. Zaproszę na kolację!


Kolejny tydzień pełen wrażeń za nami. Jak Wam mijają kolejne dni września? Przestawiacie się na jesienny tryb?