Tag: road trip po Australii

DZIENNIKI Z PODRÓŻY – TYDZIEŃ 26 CZYLI NOWY ROK W AUSTRALII

Przyszedł czas na kolejne australijskie opowieści. Tym razem o tym jak spędziliśmy czas między Świętami i jak przywitaliśmy Nowy Rok. Jest dużo słońca, pięknych plaż, relaksu i magii. Jesteście gotowi? Proponuję, żebyście jednak najpierw nadrobili poprzedni tydzień!


DZIEŃ 182 – 27.12.2017

Spałam nieco niespokojnie, budziłam się i chyba czekałam podświadomie na jakiś policyjny wóz, który podjedzie wprost pod nasz namiot, a potem bez ceregieli policjanci wpadną do naszego namiotu i wlepią mandat za nielegalne biwakowanie. Jak się pewnie domyślacie, nic takiego się nie stało. Stwierdzamy, że nie zostajemy tutaj na śniadanie, więc składamy namiot, załatwiamy szybką toaletę i jedziemy na plażę. Włączam Google Maps i tylko na tej podstawie podejmujemy decyzję, że śniadanie zjemy na plaży w New Brighton.

Aplikacja WikiCamps pokazuje nie tylko kempingi, ale również miejsca, gdzie można piknikować, grillować albo za darmo wziąć prysznic. Wybieramy więc miejsce blisko plaży, gdzie gotujemy owsiankę. To pierwszy test naszej nowej kuchenki gazowej!

Na plaży rozkładamy koc i siadamy z owsianką z mango i bananem i zieloną herbatą. Na plaży sporo już ludzi, większość spaceruje z psami albo biega. Dla mnie to poranek idealny. Moczymy nogi w oceanie, ale nie decydujemy się na kąpiel.

Zbieramy się, bo zaczyna nieco kropić. Jedziemy na sam cypelek, gdzie rzeka wpada do oceanu. Rozciąga się stąd przepiękny widok, jednak największą przyjemność sprawia nam spacer po lesie, którego cień daje przyjemne ukojenie.

Wsiadamy w auto i decydujemy, że zmierzamy do Balliny, która słynie z genialnych krewetek. Nie żeby w jakiś sposób mnie to pociągało (jestem na nie uczulona), ale Arek nie może się doczekać. Wyszukujemy najlepsze miejse na takie przysmaki i zgodnie z poleceniami udajemy się do A Fish Shop Called Dory’s. Arek wybiera seafood basket, a ja decyduję się na kalmary. Kilka tygodni temu, gdy byliśmy na Stradbroke Island, Arek zamówił sobie właśnie kalmary i nieco mnie przymusił, żebym od niego chociaż odrobinę spróbowała, bo podobno to były najlepsze kalmary jakie jadł w życiu. I rzeczywiście, były genialne. Dlatego robię mały wyjątek i nie żałuję. Oczywiście jedzenie wzięliśmy na wynos i jemy na plaży w towarzystwie skrzeczących mew. Na szybko wybraliśmy plażę przy moście na Hill Street, ale totalnie nam nie pasuje, więc zaraz po jedzeniu przenosimy się na Angels Beach.

Jesteśmy jedynymi ludźmi po tej stronie plaży, jedynie na skałach stoi van z otwartym bagażnikiem, gdzie starsza pani w cieniu czyta książkę, a pan przy sztaludze maluje rajski krajobraz, który ma przed oczami. Z przyjemnością wskakujemy do wody, choć o swobodnym pływaniu nie ma mowy. Fale są ogromne, prąd silny, więc wchodzimy do wody jedynie tak, aby schłodzić rozgrzane słońcem ciała. Spacerujemy, zbieramy muszelki i znów obserwujemy szalone kraby. Czytamy, ale w pewnym momencie stwierdzamy, że nadszedł czas na zmianę miejscówki. Arek chciałby poleżeć w cieniu, więc przenosimy się na Shelly Beach, gdzie mamy całkiem niezły widok na latarnię morską. Nie chcemy przesadzić ze słońcem już pierwszego dnia dlatego po 16-ej pakujemy koce, wskakujemy pod prysznic przy plaży i szukamy na mapie jednej z atrakcji Balliny – największej krewetki świata!

Strzelamy klasyczne selfie z krewetą i podjeżdżamy do sklepu z owocami morza, bo szkoda przegapić taką możliwość i nie kupić świeżych krewetek. Arek szykuje się na ucztę!

Teraz czas znaleźć miejsce, w którym będziemy mogli ugotować kolację i które nie będzie znajdowało się zbyt daleko od naszego miejsca noclegowego. Wybór pada na maleńką przystań przy East Wardell. Rozkładamy stół (nawet nakrywamy obrus!), przygotowujemy na szybko wrapy z falafelami, szpinakiem, pomidorkami, oliwkami… Arek podsmaża również dla siebie krewetki i po jego zadowolonej minie wiem, że to genialne krewetki. Czosnek, sól, oliwa i dobre krewetki – prosty przepis na szczęśliwego męża.

W wodzie odbijają się chmury, które niebezpiecznie przybierają zbyt ciemny odcień… Czas uciekać przed burzą. Liczę, że jeszcze zaliczymy zachód słońca na plaży, ale kiedy tylko dojeżdżamy, zaczyna lać jak z cebra. Widoki jednak są niesamowite, nagle na horyzoncie pojawia się tęcza, która wygląda wręcz magicznie na tle kolorowego nieba, które już przygotowywało się na zachód. Rzeka, niekończące się zielone pola uprawne (najwięcej tu trzciny cukrowej), przywodzą na myśl polską wieś latem niż egzotyczne krajobrazy Australii. Nowa Wschodnia Walia przynajmniej na północy jest niesamowicie zielona. Mimo, że jesteśmy oddaleni od Queensland zaledwie 100 km to widoki za oknem są zgoła inne.

Kiedy docieramy do Woodburn Rest Area ledwo wyściubiam nos z auta a już zostałam użarta przez 10 komarów. Zanim zdążyłam popsikać się sprayem na komary pierwsze bąble pojawiają się na moich nogach. Rozkładamy namiot w ekspresowym tempie i bunkrujemy się na górze. To był dobry dzień.

DZIEŃ 183 – 28.12.2017

Kiedy Arek jeszcze śpi, ja przeszukuję informacje w przewodniku Lonely Planet i zerkam na WikiCamps, gdzie można wziąć za darmo prysznic. W ten oto sposób wybieramy Ilukę jako nasz kolejny przystanek. Docieramy do maleńkiego, uroczego miasteczka, w którym leniwie budzi się życie. My zmierzamy od razu na plażę, przy której znajdują się publiczne prysznice. Wyciągamy sprzęt i dziś również serwujemy na śniadanie owsiankę z mango i bananem. Rezygnuję tym razem z gorącej herbaty, bo temperatura od rana nieźle daje się we znaki. Idziemy się opalać, czytamy, kąpiemy się i znów obserwujemy rozszalałe kraby, które dziś wyjątkowo ryją dziurki blisko naszego koca.

Plaża wydaje się bezkresna, mimo że piękna, wcale nie ma na niej tłumów. Naprawdę zaczynam czuć się jak na wakacjach. Nie planujemy za dużo, bierzemy to co daje dzień, podejmujemy decyzje na bieżąco w zależności od samopoczucia, pogody i tego co ciekawego znajdziemy w okolicy. Koło południa, gdy słońce stoi już wysoko, zbieramy się. Bierzemy zimny, orzeźwiający prysznic i jedziemy do miasta kupić coś na lunch. W porcie zebrało się sporo turystów – w końcu dochodzi pora lunchowa. Największą popularnością cieszy się miejscowy hotel przy samej wodzie, gdzie jest spory pub i najwidoczniej można również dobrze zjeść. Kolejka do fish and chips jest długa, więc z ciekawości zaglądamy, bo Arka zaintrygowały świeże ostrygi. Niestety pani dopiero co sprzedała ostatnią porcję. Zaglądamy więc do miejscowego warzywniaka, kupujemy zimnego arbuza i jedziemy na plażę Bluff Beach, gdzie znajduje się punkt widokowy, ale są również ławeczki piknikowe.

Zaspokajamy głód, gasimy pragnienie i ruszamy na krótki spacer w cieniu drzew. Z punktu widokowego dostrzegamy plażę, na której jeszcze całkiem niedawno leniuchowaliśmy. Powoli zbieramy się, bo na lunch jesteśmy umówieni z Arka znajomym z pracy, który niedaleko kempinguje. Docieramy do Yumby, gdzie przy zimnym piwku rozmawiamy o surfingu (Arka znajomy był jednym z pierwszych surferów w Nowej Zelandii), bo w tym rejonie warunki są naprawdę sprzyjające. Zjadamy genialny smażony ryż z warzywami, a potem wybieramy się na przejażdżkę, aby obejrzeć piękną latarnię morską, która dumnie się pręży na klifach, a także miejsce, gdzie nasz znajomy dziś próbował swoich sił na desce. Angourie to kolejna rajska plaża, która oglądana z góry wygląda jeszcze piękniej.

Około 18 pakujemy się do auta i wracamy nieco na północ, po drodze zauważyliśmy świetny zajazd, przy którym kempingowało mnóstwo osób. Kiedy docieramy do New Italy Rest Area sporo miejsc jest już pozajmowanych. Panuje tu naprawdę przyjazna atmosfera. Jest to miejsce, w którym można za darmo kempingować. Znajduje się tu muzeum, w którym można poznać historię pierwszych imigrantów, którzy przybyli tu jeszcze w XIX wieku z Włoch, a także włoska kawiarnia i sklep z pamiątkami. Oczywiście o tej porze wszystko jest zamknięte, ale cały kompleks udostępniony jest dla przejezdnych. Jest toaleta ze światłem! A przy świetle mieszka sobie patyczak gigant.

Arek zabiera się za namiot, a ja za makaron z sosem pomidorowym. Przy świecach i winie zjadamy pyszny makaron. Naprawdę dobrze nam w tej podróży.

DZIEŃ 184 – 29.12.2017

Od rana na kempingu spory ruch, bo jest tutaj też punkt, w którym dla zmęczonych podróżnych serwowana jest darmowa kawa. Takich punktów w całej Australii jest sporo i są one prowadzone przez wolontariuszy, a to wszystko pod hasłem Stop Revive Survive.

Dziś na śniadanie wyjątkowo wafle ryżowe z masłem orzechowym i dżemem. Tak jak na poprzednim kempingu doskwierały komary, tak tutaj olbrzymie muchy końskie nie dają wytchnienia. Jak to w Australii wszystko musi być większe, a te muchy są jakieś 5 razy większe od tych, które znamy z Polski.

No to co? Plaża?

Zerkamy na mapę i w pobliżu mamy uroczo wyglądającą małą mieścinę położoną nad oceanem. Do Evans Head mamy zaledwie kilkanaście minut. Najpierw zatrzymujemy się pod sklepem, bo musimy nieco uzupełnić zapasy jedzenia i kupić lód do turystycznej lodówki. Z okna zauważam małą kawiarnię, która od razu przyciąga mój wzrok nieoczywistym designem i to właśnie tam kierujemy nasze kroki w Evans Head. Arek decyduje się na mrożoną kawę z dripa, a ja na świeży sok z pomarańczy, mango i malin. Pierwszy raz w tej podróży siadamy gdzieś na spokojnie. Zostajemy tu nieco dłużej. Ja zaczytuję się w pięknie wydanych magazynach, są tu też pierwsze wydania Frankie sprzed 10 lat, a Arek pisze scenariusz do filmu, który mam nadzieję niedługo powstanie.

Miasteczko wygląda naprawdę intrygująco. Zresztą, wszystkie te nadmorskie mieścinki są niesamowicie urocze. Wszędzie sporo turystów, ale kiczu brak. Da się? Da. Robimy rozeznanie w terenie, dochodzimy aż do kolejnego cypla, gdzie kolejna rzeka wpada do oceanu. Dopada nas głód, więc idziemy na szybkie zakupy i znów lądujemy w przepięknym miejscu, w którym przyrządzamy lunch. Tym razem z widokiem na ocean a’la Makłowicz w podróży! Dziś sałatka z grillowanymi warzywami, pomidorkami koktajlowymi, suszonymi pomidorami, świeżymi ziołami… Arek nie potrafił sobie odmówić kolejnej porcji krewetek. A do tego zimne piwko, bo w tym upale chce się go aż za dużo…

A potem schodzimy wydmami na plażę usianą czarnymi kamieniami, na której oprócz nas nie ma żywego ducha. Tylko od czasu do czasu przejeżdża jakieś auto, bo jak już wiecie w Australii po wielu plażach można jeździć autem z napędem na cztery koła. Czytamy, moczymy nogi, rozmawiamy. Na tej plaży trzeba być jednak wyjątkowo ostrożnym, bo sporo tu niebieskich morskich ślimaków, które oczywiście są jadowite. Dobrze koło 17 postanawiamy się zbierać, bo publiczne prysznice, które wyhaczyliśmy w Evans Head są czynne jedynie do 18.

Wskakujemy jeszcze na chwilkę do rzeki, która jest dużo cieplejsza niż ocean. A woda słona!

Prysznic, tym razem nawet z kabiną! Wykorzystuję ten luksus i nawet nakładam odżywkę na włosy.

Czas na kolację. Tradycyjnie wybieramy koszyk dobroci wraz z frytkami. Cóż ja poradzę, że te kalmary takie dobre? Bierzemy na wynos i jedziemy na plażę. Liczyłam, że dziś niebo da jakiś piękny popis przy zachodzie słońca, ale nic z tego. Pamiętajcie, że tutaj ocean jest na wschodzie, więc słońce zachodzi nam za plecami. Czasami jednak kolory na niebie są imponujące. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj siedzimy i obserwujemy popisy niezwykle zdolnego pana na kitesurfingu. Matko, co on tam wyprawia!

Powoli zapada zmierz, więc wracamy na kemping, na którym nocowaliśmy wczoraj. Podobał nam się, a że jest w pobliżu, to stwierdziliśmy, że bez sensu ryzykować i jechać gdzieś dalej. Tym razem przy świecach i winie czytamy książki. Poważnie, emeryty z nas jak się patrzy.

DZIEŃ 185 – 30.12.2017

To już ostatni dzień naszej samotnej podróży. Już wieczorem jedziemy do znajomych, ale póki co pakujemy manatki i jedziemy wykąpać się pod wodospadem. Killen Falls znajdują się kilkanaście kilometrów w głąb lądu, a żeby się do nich dostać przejeżdżamy przez zielone doliny. Trudno uwierzyć, że to tak blisko.

Kiedy przyjeżdżamy na miejsce okazuje się, że parking pęka w szwach, a wiecie co to oznacza, prawda? Rzesze ludzi… Do wodospadów idzie się jakiś kilometr, ale już w połowie drogi słychać echo ludzi zażywających orzeźwiającej kąpieli. Tak więc wodospady ekstra, tylko po co tu tyle ludzi? Cały urok prysł.

Woda niezwykle ciepła, szczególnie w porównaniu do tej w Springbrook, ale podłoże jest niesamowicie kamieniste i raz stoję na kamieniu i mam ledwo zanurzoną kostkę, gdy po chwili nie mam gruntu. Chaos i harmider sprawiają, że po pół godzinie już nas tam nie ma.

Po drodze musimy zatankować i trafiamy na maleńką stację benzynową połączoną z lokalnym sklepikiem, w którym są owoce i warzywa. Wypatruję fingerlime, którą poznaję z odcinka polskiego MasterChefa, gdy uczestnicy gotowali w Sydney. Podchodzę płacić i wspominam pani, że będziemy próbować tego owocu pierwszy raz i pani z uśmiechem na ustach stwierdziła, że to w takim razie na jej koszt. Naprawdę mamy szczęście do spotykania życzliwych ludzi na swojej drodze.

A teraz kierunek Lennox Head. Znów mi się chce arbuza, czy to już uzależnienie? Jednak jakoś przypadkiem natrafiamy na uroczą, maleńką piekarnię, do której długość kolejki sugeruje, że zjemy tu dobrze. Arek sięga po tradycyjne pie i sausage roll a ja stawiam na pasztecika ze szpinakiem i serem. Przystajemy przy plaży, gdy nagle dosięga nas ulewa. Zanosiło się na nią zresztą od rana, bo nie było czym oddychać. Nareszcie chociaż można poczuć bryzę.

Stwierdzamy, że jedziemy w takim razie na punkt widokowy, bo skoro pada to i tak nic tu po nas. A na wzgórzu impreza. Kilka vanów i kamperów zaparkowanych tyłem tak, że ludzie siedzą w bagażnikach i obserwują zatokę. Nie będziemy gorsi, prawda?

Rozkładamy stoliczek, ja przygotowuję jedzenie, Arek ogarnia bagażnik, żeby było gdzie usiąść. Sąsiedzi puszczają świetną muzykę, więc zajadamy i gapimy się przed siebie. Po chwili ktoś krzyczy: delfin! No i tak oto na horyzoncie pojawiło się stado kilkunastu delfinów. Za takie magiczne momenty jestem niesamowicie wdzięczna losowi za to gdzie jestem. Spektakl trwa dobre kilka minut…

Nieco się rozpogadza, ale rozleniwiliśmy się tutaj… Czas płynie nieubłaganie, a jeszcze przed nami jeden przystanek w drodze do Byron Bay. Stajemy przy plaży w Broken Head, ale strasznie tu tłoczno. Jakoś dziś nie mamy szczęścia do ciszy i spokoju. Jedziemy więc do Byron Bay. Kiedy tylko pojawiamy się w mieście, czuję jakbyśmy wkroczyli do innego świata. Byron to naprawdę popularny kierunek, a ze względu na nadchodzącego Sylwestra ludzi jest tu jeszcze więcej. Całe miasto usiane jest tłumem ludzi. Ale to miasto wyjątkowe, pełne hippisów, surferów, ale również niby niedbale ubranych, ale wymuskanych kobiet. Atmosfera jak na jakimś festiwalu muzycznym.

Musimy zrobić zakupy, bo dziś grill, a sklep po prostu pęka w szwach od ludzi… Aaaaa! Chcę na moją bezludną plażę!

Jedziemy już powoli do znajomych, mieszkają w Suffolk Park, oddalonym jakieś 10 minut jazdy od centrum Byron Bay. Dobrze ich znowu widzieć. Od razu przystępujemy do rzeczy, pakujemy koce, piwka i idziemy na plażę. Z jednej strony widzimy latarnię (dokładnie tę samą, która jest na zdjęciu głównym, która jest jednocześnie najbardziej na wschód wysuniętym punktem Australii).

Kiedy słońce jest już nisko na horyzoncie wracamy do domu, ja zabieram się za szaszłyki, chłopaki rozpalają ogień. Siedzimy, gadamy. Beztrosko spędzamy wieczór.

DZIEŃ 186 – 31.12.2017

Rano wybieramy się do pobliskiej piekarni i sklepu dokupić parę rzeczy na śniadanie. W babskim gronie idziemy pieszo rozkoszując się gorącymi promieniami słońca, które dają o sobie znać od samego rana. Na śniadanie awokado, pieczarki, smażone pomidorki i genialny sourdough.

Może już Wam się to nudzi, ale mi totalnie nie. Jedziemy na plażę! Taki początek Sylwestra to ja rozumiem. Trudno nie siedzieć w wodzie kiedy temperatura sięga ponad 30 stopni. Arek wpadł na genialny pomysł i poszedł pobiegać po plaży. Wraca zmęczony, bo mimo, że latarnia wydaje się być całkiem blisko to dzieli nas od niej dobre 5 km.

Koło południa zbieramy się do domu. Szybki prysznic i jedziemy do miasta uzupełnić zapasy na wieczór. Dopada nas pierwszy głód więc zaglądamy do polecanej przez znajomych knajpki – Orgasmic Falafel. No i falafele tu mają pierwsza klasa. Naprawdę, najlepsze jakie w życiu jadłam.

Zebraliśmy siłę na walkę, bo w mieście ludzi od groma, a że nie tylko my potrzebujemy zrobić zakupy to pewnie sobie wyobrażacie te kolejki. Załatwiamy to najszybciej jak potrafimy i wracamy do Saffolk Park. Chłopaki idą w drzemkę, a my idziemy na spacer po plaży. Przy oceanie wieje przyjemna bryza, broczymy nogi w wodzie, plotkujemy, planujemy. Dominika jest już w Australii ponad rok więc lubię posłuchać o jej spostrzeżeniach. I fajnie mieć tu kogoś kogo się zna. Bo tych znajomych pierwiastków na drugim końcu świata jest naprawdę mało.

Kiedy wracamy przychodzi pora na naszą drzemkę. Próbuję zebrać siły na wieczór. Czytam książkę i niepostrzeżenie zasypiam. Budzę się wypoczęta koło 18 i od razu zabieram się za gotowanie. Będą wrapy z falafelami, pieczarkami, papryką i szpinakiem, deska serów, winogrona, guacamole, nachosy, koreczki z mozzarellą, pomidorkami i oliwkami. Arek przygotowuje również śliwki wędzone zawijane w boczek. Piwka i szampany się chłodzą.

Koło 20 jesteśmy zwarci i gotowi. Ruszamy w przeciwnym kierunku niż latarnia. Plaża jest pięknie oświetlona światłem, które rzuca księżyc w pełni.

Mijamy Broken Head Beach, idziemy jeszcze chwilę lasem, a potem znajdujemy idealny punkt na dzisiejszy wieczór. Kamienisty klif obrośnięty trawą, który jest jednocześnie cyplem zatoki. Mamy genialny widok na całą zatokę. Rozkładamy koce, włączamy muzykę, wyciągamy jedzenie i drinki. Ten wieczór jest po prostu magiczny. Trudno mi uwierzyć, że tu naprawdę jesteśmy i że za kilka chwil przywitamy nowy rok… Gdzie się podział ten czas?

O północy wznosimy toast, a także zgodnie z hiszpańską tradycją każdy z nas zjada po 12 winogron.

To wszystko jest dla mnie totalnie nierzeczywiste…

DZIEŃ 187 – 01.01.2018

Wiecie jak przyjemnie wstać w Nowy Rok i nie mieć kaca? Pewnie nie wiecie, więc mówię Wam, że to całkiem miłe uczucie! W związku z 10 godzinną różnicą czasu, gdy się budzimy w Polsce powoli dochodzi północ. Obdzwaniamy rodzinę i przyjaciół, oglądamy fajerwerki na Skypie, przenosimy się do Włocławka, Warszawy (wariatki ściskamy Was!), Torunia. Sztokholm i Jastrzębie nieco przysnęły, ale życzenia i tak poleciały!

Pakujemy manatki i jedziemy na plażę. Dziś Arek rozpoczyna rok na desce, ja tak jak lubię najbardziej czyli z książką opalam się i spaceruję, moczę nogi, a kiedy towarzystwo wychodzi zadowolone z wody zajadamy zimnego arbuza. Lepiej nie moglibyśmy rozpocząć tego roku.

Fale były idealne dla początkujących więc nareszcie Arek wychodzi z wody z uśmiechem na ustach. Wszyscy wiemy, że woda wyciąga więc kierujemy się do Tree House, gdzie byliśmy również podczas ostatniej wizyty w Byron Bay. Matko, jakie tu pyszności serwują! Grillowane hallumi, pikantna salsa pomidorowa, awokado, ryż z migdałami i marynowanym kalafiorem, marchewka, kwaśna, czerwona kapusta… Och na samą myśl zachciało mi się tam wrócić!

Czas płynie nieubłaganie… Jutro do pracy, wiecie? Totalnie mi się nie chce…

Wskakujemy pod prysznic, Arek przed podróżą chce się zdrzemnąć, my chillujemy na kanapie, kiedy niespodziewanie niebo zachodzi czarnymi chmurami, zaczynają walić pioruny, a z nieba zaczyna lać. Po chwili znika prąd. Ale mamy szczęście, co? Pamiętacie o naszej awarii prądu podczas Świąt? Czekamy aż burza przejdzie i po 19 pakujemy auto i ruszamy do domu.

Ale że przyszła pora zachodu słońca stwierdzamy, że jeszcze zatrzymamy się przy latarni. I wiecie, co? To był najpiękniejszy zachód jaki w życiu widziałam. Z jednej strony róże, fiolety, błękity, z drugiej ogniste niebo. Mam nadzieję, że to znak, że w tym roku czekają na nas najpiękniejsze zachody słońca.

Do domu docieramy po dwóch godzinach… Ledwo kładę się do łóżka, a już śpię… Witaj Nowy Roku!

Ciekawi jesteście tego wypadu oczami Arka? Koniecznie zajrzyjcie na jego vloga!


A Wy jak w tym roku przywitaliście Nowy Rok? Jak Wam się podoba taki alternatywny sposób spędzenia Sylwestra?