HISTORIA PEWNEJ PODRÓŻY AUTOBUSEM W PERU

Dziś przygotowałam dla Was krótką historię pewnej podróży autobusem w Peru. To właśnie takie momenty w podróży sprawiają, że zapamiętujesz ją na długo. Peru było magiczne, pełne niespodzianek, aromatów, smaków, gwaru, hałasu i rumoru. Mam nadzieję, że uda mi się przenieść Was chociaż na chwilę w tę odległą krainę, gdzie czas się zatrzymał i nikt nigdzie się nie spieszy. Zapraszam na przejażdżkę autobusem w Peru!

HISTORIA PEWNEJ PODRÓŻY AUTOBUSEM W PERU

Aby dostać się nad Jezioro Titikaka musieliśmy przebyć dosyć długą drogę. Pan na dworcu w Cusco obiecywał, że będziemy na miejscu o 14, ale jak się zapewne domyślacie dotarliśmy dobrze po 17. Sama podróż rozklekotanym autobusem, który myślałam, że się w połowie drogi popsuł i już czarno widziałam była bardzo ekscytująca. Kupując bilety autobusowe zawsze trzeba przedstawić swój paszport. W tych lepszych busach można nawet wybrać sobie miejsca, na których chcemy siedzieć. Troszkę się rozczarowaliśmy, że te przednie na piętrze były już wyprzedane, więc wzięliśmy te w drugim rzędzie. Wsiadamy, no i oczywiście czekamy, bo jakby inaczej. Przychodzi pani, lat może 20 i życzy nam bezpiecznej podróży, a potem zaczyna śpiewać. No i tak sobie śpiewa i śpiewa. Absurdalność sytuacji tylko wzrasta kiedy oglądam się wokół siebie.

Zacznijmy od starszego małżeństwa, które usiadło przed nami. Pani dosyć sporych rozmiarów, lat może z 60 i jej wychudzony mąż. Para idealna. Ona krzyczy, wydaje polecenia, a on siedzi cicho. Pani ewidentnie repertuar śpiewaczki nie przypadł do gustu, bo głośno tupie nogą i krzyczy, że czas ruszać. Koncert dobiega końca więc pani niezrażona zdenerwowaniem podróżujących sprzedaje jakieś słodycze. Okazyjna cena! (Pamiętacie pana sprzedającego maść na altretyzm?). Pan mąż przyłącza się do tupania. Przychodzi kierowca i mówi, że policja sprawdza dokumenty i jeszcze trochę minie zanim ruszymy. Odchodzi. Co jakiś czas jednak tupanie przypomina kierowcy, że czas ruszać. Kiedy wreszcie opuściliśmy dworzec w Cusco, po 15 minutach zatrzymujemy się na przystanku. Tym razem szybka akcja – Inka Kola, galaretka, jakieś owoce i inne cudactwa można kupić od ręki. Panie w tradycyjnych strojach przepychają się między siedzeniami i próbują dobić targu. I tym razem nie zabraknie tupania. Przekupki wychodzą a my ruszamy dalej.

Kiedy wreszcie udaje mi się oderwać wzrok od pięknych widoków za oknem zabieram się za czytanie. Ale, ale! Nie tak łatwo. Pani z przodu postanawia opowiedzieć historię swojego życia sąsiadce, która przysiadła się obok. Narzeka również na słońce zbyt mocno grzejące przez przednią szybę. Wtedy dziękuję, że jednak nie wybraliśmy tych siedzeń… No, a pani leci dalej. Mówi, mówi, mówi… Powoli przysypiam…

Budzę się, jedziemy okropnie wolno. Nie wiem czy osiągamy 10 km na godzinę… Patrzę na zegarek, nasze opóźnienie wzrasta. A pan kierowca jedzie tak wolno, że jedyne co przychodzi mi do głowy to to, że autobus się przegrzał i zaraz rozklekocze po środku niczego. Arek oczywiście zachowuje stoicki spokój. No, bo w sumie co moje zdenerwowanie zmieni? Nic.

Po pół godzinie kierowca przyspiesza, jak gdyby nigdy nic. Jedziemy.

W najbliższej wsi wsiadają przekupki. W końcu pora obiadu. Zapach roznosi się po całym autobusie. Kurczak. Pani rozkłada się z kilka upieczonymi kurczakami na blaciku i rąbie je siekierką. Troszkę piesi, troszkę udka i sru do wora. Tak zapakowanego kurczaka na wynos kupuje pół autobusu. Państwo przed nami również. Pani się zajada. Krzyczy do pani przekupki, że jak to tak? Serwetek nie dała?

Wszyscy najedzeni więc można ruszać. Krajobraz za oknem jak zawsze zapiera dech w piersiach. Góry, pagórki, pola uprawne, kozy, jeziorka, rzeczki, wysokie szczyty. W pewnym momencie moja ekscytacja sięga zenitu. Na horyzoncie pojawiają się różowe plamy. Flamingi! Leniwie spacerują w jeziorkach. Flamingi towarzyszą nam już prawie do samego Puno. Niestety zdjęcia zrobiliśmy jedynie telefonem.


Poniżej przygotowałam dla Was małą fotorelację. Nie lada gratka dla fanów motoryzacji! Przeróżne auta, autobusy, tuktuki.

Muszę przyznać, że podczas naszej podróży do Peru staraliśmy się poruszać jak najwięcej komunikacją miejską, w której również znajdowali się lokalsi. Nie do końca odpowiada mi opcja busów za kosmiczne pieniądze, w których jadą wyłącznie turyści. Zanim pojechaliśmy do Peru wyczytałam, że może być tam niebezpiecznie, że powinno się korzystać wyłącznie z dużych firm przewozowych, które mają monitoring i przez to są mniej narażone na ataki rabusiów w nocy. Ani przez chwilę nie czułam niebezpieczeństwa będąc w tym kraju. Może mieliśmy szczęście, a może niektórzy przesadzają? Trudno powiedzieć. Najbardziej mi się podobały podwózki tuktukami. Ja z moim 159 cm jakoś dawałam radę, ale Arek przy wzroście ponad 180 cm już trochę mniej. Do tego nasze bagaże! Frajda jakich mało.

Zostawiam Was ze zdjęciami i peruwiańskim słońcem, którego mi bardzo brakuje.

Macie jakieś ciekawe opowieści z podróży związane właśnie z komunikacją?

  peru transport

peru transport

peru transport

peru transport

peru transport

peru transport

peru transport

peru transport

peru transport

peru transport

peru transport